Testem bomby jądrowej Korea Północna zraża do siebie dotychczasowych protektorów, Chiny i Rosję
Monarchia blefu
Głęboko pod poligonem służącym za tradycyjne miejsce prób jądrowych północnokoreańska armia zdetonowała coś, co Pjongjang reklamuje jako bombę wodorową.
Wikipedia

Sejsmografy poza Półwyspem Koreańskim odnotowały wprawdzie trzęsienie ziemi o sile około 5 stopni w skali Richtera, ale nie ma pewności, co dokładnie wybuchło i czy faktycznie jest to potencjalnie potężniejsza od bomby atomowej bomba wodorowa. Wątpliwości zgłaszają m.in. specjaliści rządu w Seulu i Tokio. Jeśli Korea Płn. faktycznie potrafi już wyprodukować bombę wodorową, komunistyczna monarchia dynastii Kimów staje się jeszcze poważniejszym problemem.

W XXI w. tylko ona przeprowadza próby jądrowe, na razie cztery. Intensywne zbrojenia są tarczą zabezpieczającą przed zewnętrznymi wpływami. Kimowie, wcześniej Dzong Il, a teraz jego syn Dzong Un, starszą wojną odwetową, jeśli ktokolwiek spróbuje podnieść rękę na ich państwo.

Straszliwymi konsekwencjami przestrzegają Stany Zjednoczone i kuzynów z Południa, przy czym buńczuczne pohukiwania mają w sobie coś z operetki. Nie tak dawno obecnie rządzący Kim stoczył II wojnę koreańską. Sam ją wywołał, sam zakończył i sam ogłosił się jej jedynym zwycięzcą, co przyszło mu dość łatwo, bo tylko on w tej wojnie wziął udział, żadni przeciwnicy nie pofatygowali się na pole bitwy. I można by na Kima machnąć ręką, gdyby nie arsenał, którym dysponuje, i koszt, jaki jego poddanym przychodzi codziennie płacić za życie w samowystarczalnym raju.

Przyjmuje się za pewnik, że Chiny – mimo fundamentalnych różnic między oboma komunistycznymi krajami – trzymają skansen z Półwyspu przy życiu, by szachować Amerykanów i ich dalekowschodnich sojuszników, Japonię i Koreę Płd. Z podobnych powodów wstrętów Kimom ma nie robić Rosja. Z kolei Koreańczycy z Południa obawiają się ceny ewentualnego zjednoczenia, przyzwyczaili się też do prowokacji sąsiada zza 38. równoleżnika, w tym zupełnie poważnych incydentów zbrojnych, więc status quo ich urządza. Japonia nie chciałaby wzrostu znaczenia zjednoczonej Korei i tak dalej.

Jak Korea Płn. jest prywatną domeną dynastii Kimów, tak wojenny blef jest fundamentem planu biznesowego ich rodzinnego przedsięwzięcia. Tyle że okoliczności rynkowe ulegają zmianom. Chiny nie wpuściły Korei Płn. do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych, instytucji mającej finansować wielkie przedsięwzięcia w Azji i stać się kiedyś przeciwwagą dla Banku Światowego.

Kim Dzong Una zabrakło na trybunie honorowej na placu Czerwonym w Moskwie podczas świętowania 70. rocznicy zakończenia II wojny światowej. Nie było go także podczas jesiennej parady w Pekinie, zresztą nawet jeszcze nie spotkał osobiście Xi Jinpinga.

Nieznane są motywy Kima, ale wykluczyć nie można – w przypadku odciętej od świata Korei Płn. takie spekulacje są uprawnione – że najnowsza próba jądrowa wymierzona jest nie tylko w dyżurnych wrogów, ale także jest formą zwrócenia na siebie uwagi protektorów czy wręcz ostentacyjną demonstracją samodzielności.

Ale Chińczycy, którzy nie zostali uprzedzeni o teście, prawdopodobnie podniosą rękę za sankcjami wymierzonymi w Pjongjang. Mogą również dość do wniosku, że Kim przeszarżował i swoim awanturnictwem wręcz zaczyna zagrażać chińskim interesom, należy więc go zmajoryzować i przypomnieć, że blef działa tylko do momentu, kiedy ktoś powie „sprawdzam”.

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj