Sąd Najwyższy powstrzymuje taryfowy amok Trumpa. Amerykanom wyjdzie to na dobre
Amerykański Sąd Najwyższy orzekł, że Donald Trump naruszył prawo, gdy – powołując się na zagrożenie interesów państwa – nałożył taryfy celne na importowane do USA towary. Decyzja zdominowanego przez konserwatystów Sądu Najwyższego jest poważnym ciosem dla polityki ekonomicznej prezydenta, który nazwał ją „haniebną”. Paradoksalnie może jednak pomóc jego Partii Republikańskiej. Potwierdza też, że demokracja amerykańska broni się na razie przed ciągotami Trumpa do konsolidacji całej władzy w Białym Domu. Nakładanie taryf importowych należy do kompetencji Kongresu, nie prezydenta.
W wygłoszonym tego samego dnia przemówieniu Trump skwitował decyzję SN bezprecedensowym atakiem na jego sędziów. Powtórzył te same co zwykle kłamstwa o rzekomo epokowych sukcesach swojej administracji w kraju i za granicą.
Trump nie miał prawa
Orzeczenie sądu dotyczy około połowy ogólnej kwoty taryf importowych wpływających do budżetu USA za rządów Trumpa. Chodzi tu o cła nałożone głównie w kwietniu ubiegłego roku w – jak to określił prezydent – „dniu wyzwolenia” Ameryki od jej domniemanego wyzysku przez obce państwa, do czego ma się sprowadzać deficyt w wymianie handlowej z nimi. Wprowadzając 10-procentowe cła na import z niemal wszystkich krajów partnerujących USA w handlu, Trump powołał się na ustawę Kongresu z 1977 r., tzw. International Emergency Economic Powers Act (IEEPA), która pozwala prezydentowi „regulować import” ze względu na nadzwyczajne zagrożenie interesów państwa.
Sąd Najwyższy uznał jednak, że ustawa ta nie upoważnia go do „jednostronnego nakładania taryf o nieograniczonej wielkości, trwaniu i skali” w drodze prezydenckich rozporządzeń. Sąd przypomniał, że ma do tego prawo tylko Kongres. SN podjął swoją decyzję większością sześciu do trzech głosów. Do trzech sędziów liberalnych: Soni Sotomayor, Eleny Kagan i Ketanji Brown Jackson, przyłączyło się troje sędziów konserwatywnych: John Roberts (prezes SN), Neil Gorsuch i Amy Barrett. Co ciekawe, dwoje ostatnich to sędziowie mianowani przez samego Trumpa. W większości wypadków sąd w obecnym składzie orzekał dotąd po myśli prezydenta.
Werdykt sądu rozstrzygnął spór toczący się od dawna między administracją Trumpa a władzami stanów rządzonych przez Demokratów oraz licznymi firmami, przeważnie drobnego biznesu, które musiały płacić nowe, wysokie cła, co zmuszało wiele z nich do redukcji zatrudnienia i podwyższania cen. Wniosły one pozwy przeciw prezydentowi i sądy niższych instancji przyznały im rację.
Zapłacą Amerykanie?
Orzeczenie SN oznacza, że rząd będzie prawdopodobnie musiał renegocjować umowy handlowe z niektórymi państwami oraz zwrócić pobrane od amerykańskich importerów fundusze. Ich łączną kwotę szacuje się na 133 do 175 mld dol. Sąd nie wypowiedział się jednak bliżej w tej sprawie i nie wiadomo na razie, jak ewentualne refundacje będą przebiegać – może się to stać przedmiotem osobnych postępowań. Refundacja powiększy jeszcze bardziej deficyt budżetu i dług USA. Praktycznie uniemożliwi także Trumpowi spełnienie obietnic złożonych niektórym grupom elektoratu – choćby farmerom, którym przyrzekał zrekompensowanie dotacjami strat poniesionych wskutek podwyższenia cen artykułów niezbędnych w ich działalności.
W reakcji na decyzję Sądu Najwyższego Donald Trump powiedział, że „wstydzi się niektórych jego członków”, i stwierdził, że są oni kontrolowani przez nieokreślone „zagraniczne interesy”. Zapowiedział też, że wykorzysta inne uprawnienia, by ponownie nałożyć opłaty importowe. Prezydent może to robić, powołując się na inne ustawy umożliwiające ominięcie Kongresu ze względu na specjalne okoliczności, jak Trade Act z 1974 r., ale z istotnymi ograniczeniami, na przykład do 15 proc. Delegalizacja nakładania taryf o dowolnej wielkości z uzasadnieniem „ekonomicznego stanu wyjątkowego”, do czego prawo rości sobie Trump, jest jednak poważnym ograniczeniem jego władzy.
Taryfy importowe, ulubione narzędzie polityki ekonomicznej prezydenta, są krytykowane przez niemal wszystkich poważnych ekonomistów amerykańskich. Bronią ich tylko podwładni Trumpa w Białym Domu: sekretarz skarbu Scott Bessent i przodujący w potakiwaniu prezydentowi szef Krajowej Rady Gospodarczej Kevin Hassett. Panuje przekonanie, że podwyższone cła przyczyniły się do utrzymywania się wysokich cen artykułów konsumpcyjnych, co pogarsza nastroje w kraju. Według raportu ogłoszonego niedawno przez badaczy z nowojorskiego oddziału Rezerwy Federalnej (New York Fed) prawie 90 proc. ekonomicznych kosztów wynikających z taryf Trumpa ponoszą amerykańskie firmy i ich konsumenci.
To może wyjść USA na dobre
Według sondaży poparcie dla Trumpa spadło do poziomu 35–37 proc., najniższego w ciągu jego dotychczasowych rządów. Amerykanie szczególnie źle oceniają jego politykę ekonomiczną, pamiętając obietnice z kampanii wyborczej, że doprowadzi do poprawy ich sytuacji materialnej. Wzrost PKB jest w USA szybszy niż w większości krajów europejskich, ale korzystają z tego głównie najzamożniejsi.
Z drugiej strony powstrzymanie taryfowego amoku Trumpa – zwracają uwagę eksperci – może wyjść gospodarce USA na dobre. Pomoże też z pewnością Republikanom przed tegorocznymi połówkowymi wyborami do Kongresu. Ich demokratyczni przeciwnicy atakują ich bowiem, przypominając głównie o drożyźnie spowodowanej – jak argumentują – podwyższonymi przez republikańskiego prezydenta cłami na import.