Trudny pacjent
Książka Andrzeja Lubowskiego 'Kontuzjowane mocarstwo. Siła i słabość Ameryki' to opowieść także o Polsce.
Nie ma chyba dziennikarza ani publicysty, który będąc w Stanach Zjednoczonych nie chciałby tego kraju opisać. I wielu autorów, zanim udało im się tego dokonać, rozbiło się o rafy. Świeżą próbę podjął jeden z najlepszych w naszych mediach znawców tematu, Andrzej Lubowski. Lubowski – publicysta, ekonomista, bankowiec, który przebywa w Stanach od 25 lat, odebrał odpowiednie do napisania takiej książki wykształcenie. Ukończył SGH, więc bliskie jest mu hasło Clintona „Gospodarka – głupcze!”, a także uniwersytety amerykańskie Stanforda i Berkeley. Nabrał wyjątkowego jak na Polaka doświadczenia: 10 lat sprawował funkcje kierownicze w Citibanku w Nowym Jorku i Kalifornii, 9 lat odpowiadał za strategię VISA w Ameryce.

Przy takim nawale obserwacji, kontaktów, znajomości, doświadczeń, jakie zgromadził, główną przeszkodą w napisaniu książki jest nadmiar faktów, informacji, cytatów, pokusa, żeby napisać wszystko o wszystkim. Lubowski nie uległ tej pokusie. „Kontuzjowane mocarstwo” to nie tyle analiza cywilizacji, jaką stworzyli Amerykanie, lecz – jak wskazuje sam tytuł – jej zagrożeń: imigracji, zwłaszcza rosnącej mniejszości latynoskiej, przestępczości, rozwarstwienia, mediokracji, niepowodzeń w polityce zagranicznej Busha. Ale i zdumiewającej żywotności Ameryki, która przyciąga najzdolniejszą młodzież z zagranicy i otwiera przed nią nieograniczone możliwości. Jeden po drugim powstają epokowe wynalazki w informatyce (które okazują się przestarzałe już po kilku latach), powstają i bankrutują fortuny.

To, co pasjonuje autora najbardziej, to cudowne dzieci, które w garażach tworzą firmy internetowe i w ciągu kilku lat stają się milionerami, studenci z Pakistanu czy Indii, którzy po paru latach na uniwersytecie amerykańskim stają się właścicielami wielkich fortun.

Tylko 37 z listy 400 najbogatszych Amerykanów oddziedziczyło majątek (podawał w 2004 r. miesięcznik „Forbes”). Dziewięciu na dziesięciu to twórcy nowych fortun! Ta zdumiewająca informacja mówi o demokracji i mobilności społeczeństwa więcej niż wielotomowe rozprawy naukowe. Społeczeństwo amerykańskie znajduje się w nieustannym ruchu, Amerykanin jest raz na wozie, raz pod wozem.

„Grupą społeczną, która finansowo najbardziej ucierpiała w ostatnich dwudziestu latach, są mężczyźni bez wyższego wykształcenia. Oni pierwsi odczuli skutki regresu amerykańskiego przemysłu przetwórczego. To ich dotknęła likwidacja dobrze płatnych miejsc pracy. To oni mają powody do rozgoryczenia. I są rozgoryczeni. Rozgoryczenie popycha wielu z nich na prawo – pozbaw ich pracy, a natychmiast zarejestrują się jako republikanie. Odbierz im ziemię, a zaczną protestować przeciwko aborcji. Roztrwoń oszczędności ich życia na awionetki dla prezesów bankrutujących firm, a ich gniew skieruje się przeciwko homoseksualistom. Nie uciekają przed problemami, zaciskają szczęki, zawijają rękawy i nacierają na wroga. Sojusznik jest na prawo. Wróg na lewo”.

Tacy ludzie – pokazuje Lubowski – stanowią naturalną klientelę dla konserwatywnego populizmu, który jest reakcją na liberalizm i zepsucie epoki Clintona. Ten ruch pomógł wynieść do władzy George’a Busha, uczynił z neokonserwatyzmu główną siłę Ameryki, zwłaszcza po 11 września. Oto jeden z bardziej malowniczych przykładów opisanych w tej książce: w hrabstwie Kiowa, w stanie Kansas, są trzy banki i dziewięć kościołów. W ostatnich 20 latach ubyło tam 20 proc. ludności. Dochód na głowę jest o 25 proc. niższy od średniej krajowej. Miejscowy rzeźbiarz ustawia ogromne metalowe figury, widoczne z autostrady. Do ogromnej swastyki przyczepiona jest głowa blondynki. Podpis: „Hillary Clinton – Sieg Heil – nasza Ewa Braun”. Gdzie indziej gigantyczna śruba obraca się na wietrze – to parodia próby reformy służby zdrowia z początków pierwszej kadencji Clintona. Tytuł dzieła: „4012 Stron/Liberalne Wymioty”.

Lubowski nie ogranicza opisu Ameryki do Nowego Jorku, Chicago i Kalifornii. Pokazuje, że Ameryka liberalna, skupiona na wybrzeżach, jest bardzo tolerancyjna i pełna dziwaków, ale mieszkańcy środkowego Zachodu i Południa to całkiem inny kraj.

Mieszkańcy środkowego Zachodu stanowią zaplecze dla idei konserwatywnych, są bardziej religijni, samodzielni (włącznie z tym, że posiadają legalnie broń i czują się odpowiedzialni za własne bezpieczeństwo), tworzą tradycyjne rodziny, są bardziej skłonni wierzyć, że stworzył ich Pan Bóg, niż że zdjął ich z drzewa i postawił na nogi Karol Darwin.

„Sporą część obywateli dręczy obawa, że są bezwolnymi pionkami w grze prowadzonej przez elity. To im republikanie sprzedają teorię, w myśl której źródłem wszelkiego zła są elity intelektualne, utożsamiane z Partią Demokratyczną. To one są odpowiedzialne za moralną dekadencję Hollywood i za wysokie podatki. To oni – liberałowie (czytaj: demokraci) – naprawdę rządzą krajem. Tyrania liberalizmu trwa, a więc konserwatyzm pozostaje doktryną uciskanej większości. Republikanie kreują swój wizerunek partii ludzi zapomnianych i lekceważonych, tej, która broni tradycyjnej rodziny przed rozpustą, są twardzi, gdy chodzi o obronę kraju przed zepsuciem i przed terroryzmem” – pisze Lubowski.

Gdy dziennikarz „New York Timesa” zbierał materiały na temat roli, jaką odgrywa dziś chrześcijańska prawica, długoletni doradca obecnego prezydenta tłumaczył obrazowo: „Uważasz, że on (prezydent) to idiota, nieprawdaż? Wy wszyscy tak uważacie. Na Zachodnim Wybrzeżu, na Wschodnim Wybrzeżu, na kilku ulicach południowego Manhattanu zwanych Wall Street. Mam dla ciebie nowinę. Nas to nie obchodzi. Jest was o połowę mniej niż ludzi na środkowym Zachodzie, zagonionych ludzi pracy, którzy nie czytają »New York Timesa« ani »Washington Post«... A wiesz, co się tym ludziom podoba? Podoba im się, jak on chodzi, jak gestykuluje, jak z niego emanuje pewność. Wierzą mu. A kiedy go atakujecie za jego niezręczności językowe, nam w to graj. Bo wiesz, czego ci ludzie nie lubią? Nie lubią takich jak wy”.

Warto, w ślad za Lubowskim, zwrócić uwagę na rolę przekonań religijnych w życiu politycznym USA. Podczas gdy poza swymi granicami Ameryka widzi w religijnym fundamentalizmie największe zagrożenie dla wolności i demokracji, na jej własnym podwórku religia staje się instrumentem polityki. Społeczeństwo amerykańskie składa się w dwóch trzecich z protestantów i w jednej trzeciej z katolików. Pierwsi dotarli za ocean purytańscy radykałowie, którzy chcieli oczyścić Kościół anglikański z jakichkolwiek naleciałości katolicyzmu. Europejską kulturę postrzegali jako zbyt tolerancyjną. Gdy w 1642 r. opanowali brytyjski parlament, zakazali publicznych przedstawień teatralnych, by odwrócić gniew Boży. Głosili, że jest potępiony i skazany na piekło ten, kto nie uznaje słusznej wiary. Wszystkie te atrybuty purytanizmu – przede wszystkim rozpaczliwy strach przed ogniem piekielnym – po dziś dzień charakteryzują protestancki fundamentalizm w Ameryce. „Mnożyły się teorie spiskowe, szerzył się strach przed katolikami i komunistami oraz przed demokracją, która doprowadzi motłoch do władzy i zapanuje czerwona republika” – pisze Lubowski.

W 1920 r. William J. Bryan (nie żadna postać z marginesu politycznego jak Maciej Giertych, ale trzykrotny kandydat demokratów na prezydenta i sekretarz stanu w rządzie Woodrowa Wilsona) rozpoczął krucjatę przeciwko nauczaniu teorii ewolucji w szkołach i na uniwersytetach. Jego zdaniem darwinizm był przyczyną tragedii i okrucieństw wojny światowej. Znajdował się pod wpływem teorii, że darwinizm pchnął Niemców do wojny. Wierzył, że teorii ewolucji nie da się pogodzić z moralnością. Zakaz nauczania teorii ewolucji w stanie Tennessee obowiązywał aż do 1967 r.! Ameryka się podzieliła. Podczas gdy na Północy przybywało katolików i żydów, Południe pozostało bardziej homogeniczne; od Wirginii po Teksas, przez 15 stanów, ciągnie się tzw. pas biblijny.

W końcu lat 70. fundamentaliści przejęli kontrolę nad Konwencją Południowych Baptystów – największą organizacją religijną protestantów w USA. Wtedy narodził się ruch Moralnej Większości przeciwnej aborcji, nauczaniu darwinizmu, prawom gejów, feminizmowi, a także rozmowom rozbrojeniowym z Moskwą. Przywódcą ruchu był znany kaznodzieja telewizyjny Jerry Falwell, którego stacji radiowej słuchało w latach 80. około 40 proc. gospodarstw domowych. Po nim królem radykalnych kaznodziejów i fundamentalistów został Pat Robertson. W 1980 r. prezydentem został Ronald Reagan, a w 1988 r. sam Robertson ubiegał się o nominację republikanów na prezydenta.

Robertson posługuje się językiem krucjaty kulturowej i zachowuje jak wódz potężnej armii. Mówi, że chrześcijańskiej Ameryce zagraża „humanizm i socjalizm”. Decyzja Sądu Najwyższego, zakazująca modlitwy w szkołach publicznych, wywołała – zdaniem Robertsona – gniew Boży, sprowadziła takie nieszczęścia jak zamach na Kennedy’ego, rezygnację Nixona, kryzys naftowy, okupację ambasady USA w Teheranie. Jeden z bardziej pragmatycznych współpracowników Robertsona, Ralph Reed, był w 2000 r. szefem kampanii Busha i Cheneya w południowo-wschodniej części USA. „Prawica chrześcijańska stała się dla Partii Republikańskiej silnym, świetnie zorganizowanym i zdyscyplinowanym zapleczem, takim jakim kiedyś dla demokratów były związki zawodowe” – pisze Lubowski.

Wpływy protestanckiej prawicy pomagają też zrozumieć silny izolacjonizm w polityce USA. Fundamentaliści byli i są przeciwnikami takich instytucji jak Liga Narodów, ONZ, Trybunał w Hadze i Unia Europejska, skąd płynie zagrożenie dla tradycyjnych wartości. Czy to nam czegoś nie przypomina?

 

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj