Nieprzepracowana Zagłada jest w każdym z nas

Widziane z Plant
Zrozumienie, że jako wspólnota obywatelska w czasie wojny zawiedliśmy na całego, jest jeszcze ciągle przed nami – mówi w 72. rocznicę pogromu kieleckiego prof. dr hab. Joanna Tokarska-Bakir.
Okładka „Pod klątwą” Joanny Tokarskiej-Bakir
mat. pr.

Okładka „Pod klątwą” Joanny Tokarskiej-Bakir

mat. pr.

KATARZYNA CZARNECKA:– Są w historii wydarzenia zmieniające rzeczywistość. Czy pogrom kielecki w 1946 r. jest jednym z nich?
JOANNA TOKARSKA-BAKIR: To z pewnością wydarzenie, które zmienia spojrzenie na powojenną historię. Wojna skończyła się w 1945 r., ale nie można powiedzieć, że wtedy skończyła się Zagłada. To, co stało się w Kielcach takie myślenie po prostu wysadza.

To był zatem koniec czegoś? Początek?
Nie chciałabym rozmawiać o tym w takich kategoriach. Rzeczywistość, która wyłoniła się z mojej kwerendy, ma siłę większą niż tego typu konkluzje.

Jej znaczącą częścią jest wspomnienie dziewiętnastoletniej Niusi Borensztajn, które przywołuje pani w swojej książce „Pod klątwą”: „Ja myślałam, że oni, milicja i wojsko, przyszli nas bronić, ocalić nas, ale już widziałyśmy, że tutaj się dzieje coś niedobrego. Po drodze jak sobie kogo upatrzyli, to bili (...) walili karabinami po głowie”.
Tak, Niusia Borensztajn-Nester, jedna z ostatnich żyjących ocalałych, jest dla mnie szczególnie ważna. Po pierwsze dlatego, że była cholernie odważną kobietą. 4 lipca rano Niusia po raz pierwszy wyszła na spacer ze swoim narzeczonym, Szmulkiem. Kiedy zaczął się pogrom, chłopak, który rok wcześniej znalazł się w pogromie krakowskim, ukrył się u rabina na Focha. Ona przedarła się przez tłum i wróciła na Planty.

Wracając do jej wspomnień: z zachowanych materiałów wynika, to głównie milicjanci, czwartacy z Drugiej Dywizji Piechoty WP i KBW zrobiło pogrom kielecki. W jego tle obserwujemy codzienną, powszechnie tolerowaną przez władze przemoc wobec Żydów. Doniesienia o wymuszeniach i mordach dokonywanych przez milicjantów w latach 1944–46 systematycznie ukrywano, maskując jeden z największych problemów powojennego komunizmu. Ukryto je na przykład w odnalezionej w archiwum IPN teczce z tytułem „Syjoniści”, zapewne doklejonym w latach 60. przez jakiegoś milicyjnego archiwistę. Meldunki te były tak kłopotliwe, że mimo upływu 70 lat nie znalazł się chętny, by się nimi zająć. Może dlatego, że to, czego można się z nich dowiedzieć na temat powojennej rzeczywistości zmiata iluzje, w których żyjemy. Te bezpieczne podziały na Polaków i Żydów. Historie o „żołnierzach wyklętych” i domniemanej „żydokomunie”. Tymczasem ja znalazłam w Kielcach zaledwie dwóch Żydów przez krótki czas pracujących w MO i nie więcej niż tuzin w lokalnym bezpieczeństwie i poza nim. Jak to się ma do wyobrażeń, że komunizm w Polsce zbudowali Żydzi?

I dlatego mówi pani, że w Kielcach w 1946 r. ujawniła się słabość ówczesnej władzy?
Ona rządziła w oparciu o potężną armię, która tutaj przyszła ze Wschodu. 4 lipca władza ta się skompromitowała, bo tego akurat dnia została pozbawiona wsparcia – Rosjanie alarmowani, że na Plantach coś się dzieje, odmówili przyjścia, bo bali się, że zostaną wmieszani w awanturę między Polakami i wystąpią w roli tych, którzy do Polaków strzelają. Pozbawiona „ruskich bagnetów” władza ludowa okazała się bezradna.

Czytaj także: Gniewczyna – drugie Jedwabne

Na to, że w tej zbrodni uczestniczyła milicja, zwraca pani w książce szczególną uwagę. To przecież też władza.
Ale do niej garnęła się cała Kielecczyzna, w tym także – co jednak trochę komiczne – ludzie z Narodowych Sił Zbrojnych, Armii Krajowej czy Batalionów Chłopskich. Można to wyczytać zarówno z meldunków archiwum zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, jak i z teczek osobowych milicjantów. Oni chcieli już skończyć tę wojnę, mówili: dosyć, ja mam rodzinę, urodziło mi się dziecko. Zaczynali od sortów mundurowych, których zresztą na początku też nie było, ale przynajmniej była stołówka. W milicji mieli dach nad głową, ubranie, wyżywienie, opał, podwózkę. Mogli jakoś kontrolować swoje życie, i, co nie mniej ważne, zastraszać świadków swoich wojennych wyczynów. Bo niemal każdy miał jakichś Żydów na sumieniu. To zresztą kolejne niewygodne odkrycie mojej kwerendy.

Może w innej sytuacji niż wojenna ten rodzaj kompromisu z systemem nie byłby tak pociągający, ale wtedy prawie wszyscy byli wyczerpani. To, co działo się w Polsce pod okupacją, było wyrwą egzystencjalną. A później ze Wschodu nadciągnął komunizm – kolejna zmiana, którą trzeba było jakoś zasymilować. Praca w milicji była pewną formą asymilacji. Zajęciem pozycji wyczekującej, w której można było ustalić, czy będzie się z kolegami, czy z tymi, którzy kolegów zamykają.

Prawdziwa polska historia powojenna mówi o zaradności, mimikrze, o tym, co się robi, żeby przetrwać, a nie o tym, czego się za żadną cenę nie robi. Jeden z moich ulubionych przykładów to ubek Mieczysław Sierant, zwany Skoczkiem, bo skakał z partii do partii, z oddziału do oddziału. Ważne nazwisko na Kielecczyźnie, duża rodzina, zamieszana w różne rzeczy. Kolega z NSZ mu mówił: Mietek, jak moi wygrają, to ja za ciebie poręczę, a jak twoi wygrają, to ty poręczysz za mnie. Taka wymiana usług to była podstawa tamtej rzeczywistości, rozgrywającej się „daleko od szosy”. Stolica mogła się pieklić: wyrzućcie tego, wyrzućcie innego. Kiedy płk. Michał Rosner, szef personalny w Komendzie Głównej MO, chciał się pozbyć eneszetowców i akowców z kieleckiej milicji, nie udało mu się to przez prawie rok. Dopiero pogrom ruszył zawiasy w prowincjonalnym status quo, opartym na powszechnym szabrze i „zblatowaniu” śmiertelnych wrogów. Prowincja zawsze umiała przechytrzyć Warszawę. Może czas w końcu napisać prowincjonalną historię Polski?

Byłaby to też opowieść o ludziach, którzy z dzisiejszego punktu widzenia zachowali się w sposób nieoczywisty?
Tak. Choć absolutyzm moralny nie ma tu zastosowania, dobrze jest jednak pomyśleć, że w Kielcach były co najmniej trzy osoby, które można ich nazwać sprawiedliwymi na Plantach. Pierwszy jest dozorca w budynku Komitetu Żydowskiego, który z krzyżem w dłoni powstrzymywał pogromszczyków, wołając „ludzie, tu nie ma żadnych piwnic” (chodzi o piwnice, w których Żydzi mieli przetrzymywać porwane chrześcijańskie dzieci).

Czytaj także: „Przy Planty 7/9”: pogrom kielecki na kinowym ekranie

Drugą – Zygmunt Majewski, pseudonim „Chrystus”, robotnik z Częstochowy, komunista, który przed wojną ożenił się z towarzyszką partyjną, Żydówką. Mieli dziecko. Cudem udało im się uciec przed likwidacją getta częstochowskiego, później ukrywali się gdzieś pod Zawichostem. A po wojnie on pracował w UB. Kiedy zaczął się pogrom jako jeden z nielicznych pojawił się na Plantach w mundurze i pod pistoletem wyprowadził stamtąd pobitego chłopca żydowskiego, Jakuba Średniego. Za chwilę dołączył do nich młodszy brat Jakuba, Dawid, więc prowadził już dwóch. Zabrał ich do swojego mieszkania, gdzie zajęła się nimi jego żona, Czesia Goldberg. Po pogromie Majewskiemu powierzono zadanie przeprowadzenia czystki w skompromitowanej kieleckiej MO. Robił co mógł, ale dwa lata później zmarł nagle podczas pozornie niegroźnej operacji. Kilka tygodni temu na moje spotkanie autorskie w Krakowie przyszła jego wnuczka, i upewniła mnie, że nie była to śmierć przypadkowa.

Trzeci „sprawiedliwy” był jeszcze barwniejszy...
Tak, to też był ubek, Sylwester Klimczak. Podobnie jak Majewski, częstochowski komunista, przed wojną w ułanach. Skazany na kilka lat więzienia za odmowę strzelania do robotników na Wawelu. Pijak i cwaniak, ale z iście ułańską fantazją: w czasie wojny za pieniądze rodziny Markowiczów kupił dom w Częstochowie i skutecznie przechował w nim dwie rodziny żydowskie, mimo że kilkakrotnie donosili na niego eneszetowcy z sąsiedztwa. Po wojnie pobił się z jednym z uratowanych, twierdził, że dostał od niego za mało pieniędzy za to przetrzymanie. Ukarano go trzema miesiącami w kieleckim więzieniu. Ale od czerwca 1946 r. Klimczak już sam tym więzieniem zarządzał, został awansowany przez UB na jego kierownika. I teraz: czwartego lipca nasz ułan przyjeżdża z żoną Żydówką na Planty. Zajeżdżają z fasonem i służbowym willisem – to takie duże kombi – i wywożą z tego domu aż 6 zagrożonych osób, w tym panią Mappen z córeczką Esterą. Czy w taki scenariusz można w ogóle uwierzyć? Wszystkie te postaci, ze opisanymi komplikacjami ich biografii, są jednocześnie fantastyczne i obsceniczne dla polskiej historii. Bo czy ubek może być Sprawiedliwym, a jego żona Żydówka w mundurze UB – bohaterską Emilią Plater? Nasza wyobraźnia jest tak popsuta przez politykę historyczną i tak doszczętnie zdziecinniała, że w ogóle nie potrafimy tego zassać. Chodzimy jak konie w kieracie, z klapkami na oczach. Działamy w fałszywych symetriach, w dychotomiach, których nigdy było. I to właśnie one zwracają nas przeciw sobie.

Czytaj także

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj