Kraj

Trzydzieści lat później, czyli co się dziś pisze o Okrągłym Stole

Okrągły Stół Okrągły Stół Fotonova
Przypuśćmy, że ktoś rzuciłby hasło: „Zróbmy stół, tym razem prostokątny, na temat przyszłości Polski, z udziałem wszystkich stron obecnego sporu politycznego w naszym kraju”.

Dzisiaj kilka wypowiedzi (i komentarze do nich) w większości związanych z 30. rocznicą Okrągłego Stołu.

„Prezydent Andrzej Duda uznał, że Tadeusz Mazowiecki zasłużył sobie na pomnik w Warszawie jako »postać wielce zasłużona, jako człowiek, który walczył o odzyskanie przez nas wolności«. Ponieważ obecnie modne są monumenty symboliczne, a nie figuralne, to proponuję, aby pomnik premiera rządu, w którym zasiedli pospołu komuniści i przedstawiciele tzw. konstruktywnej opozycji, miał kształt grubej kreski, bo właśnie z nią najbardziej kojarzy się Mazowiecki. Jestem pewien, że nie zabraknie artystów, którzy zaproponują oryginalną koncepcję wyrzeźbienia symbolu Okrągłego Stołu i zarazem premiera wyłonionego przez kontraktowy Sejm jesienią 1989 r.”.

Tako rzecze p. Bukowski, doktor filozofii i, jak widać, utalentowany projektant w zakresie rzeźbiarstwa. Zacytowana wypowiedź koresponduje z oceną p. Romaszewskiej: „Postawienie w Warszawie pomnika byłego premiera Tadeusza Mazowieckiego nie jest dobrym pomysłem; nie lubię go. (...) Jest za wcześnie na stawianie pomnika Mazowieckiemu, ale może to się zmienić w przyszłości”.

Mam niejakie kłopoty z uchwyceniem sensu tego oznajmienia. Nie wiadomo bowiem, czy jest za wcześnie na to, aby doradczyni prezydenta polubiła Tadeusza Mazowieckiego, czy też kwestia zasadności rzeczonego pomnika może zmienić się przyszłości. Tak czy inaczej mamy tutaj ciekawą grę czasów gramatycznych.

Sieroty po PRL, czyli dekomunizacja

Pan Bukowski, doktor filozofii, kontynuuje swoje filipiki, oczywiście w obronie imponderiabiliów narodowych:

„13 lutego 2019 r. był jednym z najsmutniejszych dni w najnowszych dziejach Warszawy. W tym dniu nastąpiła w stolicy wymiana tabliczek z niektórymi patronami ulic. Powrócili komuniści i organizacje działające wbrew polskiej racji stanu, co zawdzięczamy decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego uchylającej 44 zarządzenia wojewody mazowieckiego o zmianie nazw, m.in. alei Armii Ludowej na Lecha Kaczyńskiego. Szczególnie ohydną z moralnego, politycznego i historycznego punktu widzenia rolę odegrała zdominowana przez Platformę Obywatelską Rada Miasta Stołecznego Warszawy, która nie widzi nic niestosownego w honorowaniu zdrajców zamiast bohaterów i osób zasłużonych w walce o niepodległość. Czyżby rajcy z PO nie zauważyli, że w Polsce zmienił się ustrój, i nadal jest im tęskno za epoką PRL, kiedy nasz kraj był zniewolony przez sowieckie imperium? Bo tylko tak można tłumaczyć, że nie podobają im się Rodzina Ulmów, Danuta Siedzikówna »Inka«, Zbigniew Herbert czy Komitet Obrony Robotników. Ludziom, którzy lekceważą ofiarę życia, krwi i pracy złożone w obronie narodowych imponderabiliów, a rehabilitują zaprzańców, serwilistów, oportunistów oraz karierowiczów, należą się infamia i pogarda. Żaden uczciwy Polak nie powinien podawać ręki tym sierotom po PRL o mentalności homo sovieticusa, a ich nazwiska powinny trafić na listę narodowej hańby”.

Przyznam, że nie mam wyrobionego zdania w sprawie nazw ulic. Pan Bukowski, kombatant urodzony w 1955 r., ma poglądy bardzo stabilne (przynajmniej od pewnego czasu). Wprawdzie wspomina o orzeczeniu sądu administracyjnego, ale nie cytuje uzasadnienia ani nie wspomina o zdaniu mieszkańców w przedmiotowej sprawie. Może gdyby zrozumiał, że czymś innym jest zmiana nazwy ulicy, a czymś innym nadanie nazwy nowej ulicy, miałby większą jasność, ale troska o imponderabilia narodowe blokuje takowy namysł. Ale także brak kompetencji logicznej, o czym świadczy osobliwa konstrukcja fragmentu tekstu, z której wynika, że jakieś formacje działały przeciwko polskiej racji stanu dzięki orzeczeniu NSA.

Czytaj także: Osobliwa dekomunizacja ulic

Wybory czy referendum 4 czerwca 1989 r.

Z kolei p. Broda, profesor fizyki, prawi tak (tekst pt. „Co chcą świętować ci, którzy odrzucili wynik referendum z 4 czerwca 1989 r.”):

„W magdalenkowym dogadywaniu się stojących na skraju przepaści decydentów PRL i grupy uzurpatorów bezpodstawnie uznających się za reprezentację opozycji ustalono, że 4 czerwca 1989 r. odbędzie się spektakl częściowo demokratycznych wyborów, w której opozycja będzie mogła walczyć o 35 proc. miejsc w Sejmie i 100 proc. w Senacie. (...) Niektóre środowiska odrzucające inicjatywę Okrągłego Stołu rozwinęły kampanię zniechęcającą do udziału w tej farsie i wieszczące, że wkrótce PRL całkowicie się samo rozpadnie. Trudno twierdzić z pewnością, jakie były motywacje Polaków gremialnie przystępujących do tych »wyborów«, ale jak sądzę, wielu z nich rozumowało podobnie do mnie. Uznałem mianowicie, że trzeba wziąć w tym udział, bo choć nie będą to wybory, jest wyjątkowa szansa potraktowania tego jako referendum i wyrażenia po raz pierwszy zbiorowego protestu przeciw tym, którzy ze wsparciem obcych zawłaszczyli Polskę po II wojnie światowej. A jeżeli referendum, to trzeba było zrobić wszystko, by udział był masowy, by wygrać jak najwięcej, by za cel obrać 100 proc. tego, co jest do wygrania, a w związku z tym trzeba było skrupulatnie pilnować procedur wyborczych i liczenia głosów. Tak też wielu z nas mocno się bezpośrednio zaangażowało w komisje wyborcze czy w funkcje mężów zaufania, aby osiągnąć ten cel. Wynik był oszałamiający, wzięliśmy wszystko, co było do wzięcia. (...) To było zwycięskie REFERENDUM odrzucające PRL i PZPR, a nie wybory, i (...) tak powinno być nazywane.

Czytaj także: Państwo w świetle kapiszonów

Nie tylko farsa ugody, w której narzucono tak drastyczne ograniczenie demokracji wyklucza nazwę »wybory«, jest także inny, równie ważny aspekt, który wzmacnia to wykluczenie. Chodzi o nabór kandydatów, których lista jedynie symbolicznie precyzowała referendalne pytanie za czy przeciw PZPR. W istocie w olbrzymiej większości nie znaliśmy tych ludzi, a zdjęcie z Lechem Wałęsą było jednoznacznym sygnałem, który był instrukcją, jak głosować. (...) Kompletnie nie podejrzewaliśmy wtedy, że sam Lech Wałęsa był częścią drugiej strony, a bieg wypadków w Polsce bardzo wcześnie pokazał, że to samo dotyczyło większości wybranych wtedy parlamentarzystów, którzy zadbali o trwanie przepoczwarzonej wersji PRL z tymi samymi beneficjentami. Zwycięskie referendum, gdyby było wykorzystane, warto by świętować i przed tym świętem powinni też skłonić głowy ci, którzy namawiali wtedy do bojkotu. Z jednej strony nie wyobrażali sobie chyba, że możliwy jest tak pełny i jednoznaczny wynik, z drugiej strony ukazali słabość swoich prognoz politycznych. Gdyby posłuchano ich wezwań do bojkotu, wynik byłby o wiele mniej korzystny, ułatwiłby przepoczwarzanie systemu PRL, a wynik i tak byłby uznany, bo zdrada się już wcześniej dokonała.

Co (...) chcą świętować ci, którzy zlekceważyli, odrzucili i wykorzystali dla siebie to zwycięstwo referendalne? Ich haniebna rola została już mocno zasygnalizowana wyborem Jaruzelskiego na prezydenta. Później było wiele działań przeciw Polsce, które trudno było zrozumieć, aż do czasu, gdy sytuacja jednoznacznie się wyjaśniła trzy lata później, dokładnie w rocznicę referendum, 4 czerwca 1992 r., kiedy obalono rząd śp. Jana Olszewskiego. Tamte słowa Tuska: »Policzmy głosy«, wyjaśniły, z kim mieliśmy do czynienia i ilu ich było. Wszystko, co działo się dalej, to potwierdzające tamtą zdradę fakty i szczegóły, a przede wszystkim straszliwe skutki, które Polskę i Polaków postawiły w opresji i wyjątkowo trudnych wyzwań dla budowania przyszłości. Co oni chcą świętować? To tak jakby targowiczanie domagali się włączenia działań konfederacji targowickiej w święto Konstytucji 3 Maja. Analogia może daleko posunięta, ale historia nie dostarcza zbyt wielu przykładów do snucia takich analogii. Myślę więc, że o tym zwycięstwie referendalnym w 1989 r. warto zawsze pamiętać, ale zbyt smutna jest historia dalszych lat, by świętować coś tak ważnego, co zostało doszczętnie zmarnowane, odrzucone i sprzeniewierzone. Zamiast świętowania proponuję zrobić wszystko, by zdrajcy zostali na zawsze wyrzuceni z polskiej polityki i z przestrzeni publicznej”.

W biografii p. Brody wyczytałem, że w latach 1989–91 bawił w Kopenhadze. Niestety nie wiem, w jakich miesiącach 1989 r., a więc trudno ocenić, czy 4 czerwca 1989 r. był wśród tych, o których powiada „nas” i „wzięliśmy”. Z tego samego powodu nie wiem, czy p. Broda, profesor fizyki, uczestniczył w spotkaniu z p. Brzezińskim (Zbigniewem) bodaj w końcu czerwca 1989 r. Ten drugi, zapytany o prognozy rozwoju sytuacji, dopowiedział (okazując słabość swoich prognoz politycznych, w przeciwieństwie do retrospekcji dokonanej przez p. Brodę, profesora fizyki), że teraz czeka „was” (tj. Polaków) długi okres współistnienia z komunistami.

Dość dobrze wiadomo, co było dalej – właśnie dzięki Okrągłemu Stołowi. Byłoby dobrze, gdyby p. Broda to przemyślał. Może jednak jest tak, że w jego przypadku myślenie ma nie tyle kolosalną przyszłość, ile znikomą. Na razie współmyśli z p. Zybertowiczem, doradcą p. Dudy, też profesorem, ale socjologii, który odkrył (za p. Gwiazdą): „Podczas obrad Okrągłego Stołu komuniści podzielili się władzą z własnymi agentami”.

Czytaj także: Czy Okrągły Stół dałoby się powtórzyć?

Prostokątny stół o przyszłości Polski

Jeden z komentatorów na blogu p. Pasierbiewicza, doktora nauk technicznych, wywodzi:

„W PRL taki tytuł [szef Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych] nie brzmiał dumnie – zresztą, bez eufemizmów – takie stanowisko mógł zajmować tylko wierny komunista. Zbitek słów »nauki polityczne« powinien Pana [Pasierbiewicza] ostrzec, że jakakolwiek dobra sława tego [prof. Marka Waldenberga] człowieka (»wyselekcjonowanego starannie z grona najbardziej szanowanych krakowskich prawników«) była komunistycznym fałszem. Był Pan wtedy zbyt młody i zbyt naiwny, żeby być w stanie dokonać starannej selekcji. Łudził się Pan, że inteligenci z tytułami to elita. Niestety, to już była nowa sowiecka podklasa z awansu społecznego i lizusostwa – w PRL większość ludzi, która zrobiła karierę, to byli ludzie źli i nieuczciwi – tzw. najbardziej szanowani... Każdy dziekan musiał mieć pisemną rekomendację swojego opiekuna z SB, że wiernie służył, inaczej nie mógł zostać dziekanem. Oczywiście mimo to była mniejszość ludzi uczciwych, a taki burak z SB był podczas rozmowy z panem profesorem taki onieśmielony, że nawet przez myśl by mu nie przeszło, żeby odmówić rekomendacji... Jednak w przypadku »nauk politycznych« selekcja była ostra już na samym początku – nikt uczciwy ani inteligentny nie mógł się dostać na taki kierunek studiów – atmosfera pogardy wokół takich wydziałów czy instytutów była tak silna, że nawet podpisanie cyrografu było dla człowieka uczciwego łatwiejsze niż »zapisanie się« do tego środowiska”.

Pan Pasierbiewicz potwierdza: „Tak właśnie było, ale szybko się z tej naiwności wyleczyłem, albo lepiej, życie mnie wyleczyło”.

Pomijam rozmaite głupoty wystukane (anonimowo) przez rzeczonego komentatora i powtórzone przez p. Pasierbiewicza. Nie wiem jednak, czy ten drugi wyleczył się ze swojej naiwności przed udaniem się do sekretarza PZPR w AGH po protekcję (skuteczną) w sprawie zatrudnienia go na stanowisku asystenta, czy po. Przypuszczam, że wystosuje po raz drugi taki oto komentarz (prywatnie przesłany też do mnie): „Szanowna Redakcjo portalu internetowego Tygodnika Polityka! Czuję się wielce nobilitowany, że Jan Woleński, profesor zwyczajny Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Polskiej Akademii Umiejętności, członek Institut International de Philosophie, przewodniczący Europejskiego towarzystwa Filozofii Analitycznej, wieloletni działacz Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej na Uniwersytecie Jagiellońskim, laureat prestiżowej Nagrody na rzecz Nauki Polskiej nazywanej polskim Noblem, a także członek założyciel Żydowskiego Stowarzyszenia B’nai B’rith w Rzeczypospolitej Polskiej, gdzie w latach 2007–12 pełnił funkcję wiceprezydenta, poświęca mi aż tyle swego bezcennego czasu. Z poważaniem, Krzysztof Pasierbiewicz”.

Otóż cała przyjemność po mojej stronie, aczkolwiek p. Pasierbiewicz, doktor nauk technicznych, niezbyt staranie opisał moją osobę, ale nie będę prostował. Ponoć ten komentarz został ocenzurowany, ale bardzo proszę, aby pozostał w tym felietonie bez skreśleń, tj. w całości.

Przypuśćmy, że ktoś rzuciłby hasło: „Zróbmy stół, tym razem prostokątny, na temat przyszłości Polski, z udziałem wszystkich stron obecnego sporu politycznego w naszym kraju”. Pomysł wart rozważania, ale co zrobić z takimi jak pp. Bukowski, Broda, Pasierbiewicz i rzeszami im podobnych, w tym reprezentowanych nieco wyżej, tj. w sferach politycznych, jak np. p. Romaszewska i p. Zybertowicz, doradzający p. Dudzie?

Czytaj także: Chore mięso, taśmy i uczciwość. Życie codzienne w IV RP

Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Demonstrancie, pokaż twarz!

Zakazy zakrywania twarzy podczas demonstracji mnożą się nie tylko w państwach autokratycznych, ale też na Zachodzie. Czy możliwa jest demokracja bez anonimowości?

Jędrzej Winiecki
15.10.2019
Reklama