Kraj

Pensje dla VIP-ów i dzielenie opozycji ponad podziałami

Elżbieta Witek i Ryszard Terlecki w Sejmie, 14 sierpnia 2020 r. Elżbieta Witek i Ryszard Terlecki w Sejmie, 14 sierpnia 2020 r. Adam Chełstowski / Forum
Opozycja powinna unikać upodobniania się do PiS (niestety afera z podwyżkami pokazała, że bywa inaczej) i przede wszystkim nie dać dzielić się ponad podziałami.

Znane hasło „pecunia non olet” (pieniądze nie śmierdzą) dotyczy (prawie) wszystkich ludzi, a polityków w szczególności. Politycy nie tylko nie najgorzej zarabiają „na rękę”, ale także mają spore możliwości „dochodowe”. Tak więc nie ma powodu do nadmiernego zdziwienia, że zarówno Zjednoczona Prawica, jak i opozycja są zainteresowane własnymi uposażeniami. Te zaś są w Polsce niższe niż w większości krajów, np. sąsiednich, więc jest realny powód, by domagać się podwyżek. Nawet znaczniejszy po stronie opozycji, bo szanse dojnozmieńców na pomnażanie swojego bogactwa i ukrywanie go przed fiskusem są większe np. poprzez wprowadzanie odrębności majątkowej, chronionej przez mgr Przyłębską i jej team.

Ponadto rozmaite beneficja, np. korzystanie z bezpłatnego transportu lotniczego, dyżury lekarskie (wprawdzie dla idei, ale nieźle płatne) są łatwiej dostępne np. p. Karczewskiemu niż, jak sądzę, p. Grodzkiemu. Dotyczy to także posad w spółkach skarbu państwa dla „krewnych i znajomych króliczka”, których dystrybucja jest powszechniejsza w obozie władzy (każdym, nie tylko obecnym) niż opozycyjnego pospólstwa, ale i to drugie korzysta z rozmaitych bonusów. Chociaż dodatkowe przywileje modyfikują „niemal głodowe” pensje parlamentarzystów, kwestia uposażeń zasługuje na dyskusję i jakieś, jak to się modnie mówi, systemowe rozwiązanie tym bardziej, że Zwykły Poseł obciął poselskie pensje o 20 proc. Wprawdzie „sami swoi” ministrowie, o ile wiadomo, nie zwrócili nagród przyznanych przez p. Szydło, ale zostali poszkodowani przez Nowogrodzką Zwierzchność, a wraz z nimi reszta parlamentarnego bractwa.

PiS uznaje sprawę za zamkniętą. Ale...

Przypuszczam, że w prywatnych rozmowach (wrogość polityczna wcale nie wyklucza koleżeństwa) dobrozmieńcy powiadali coś takiego: „W tajemnicy powiem, że obniżenie pensji było złym pomysłem. Wiem, że On nie ma nic przeciwko naprawieniu tej sytuacji, ale rozumiesz, stary, że nam głupio z tą sprawą wystąpić. Jeśli odpowiedni projekt zostanie poparty ponad podziałami, to rzecz da się załatwić. My skorzystamy, wy skorzystacie i będzie git”.

Może była taka gadka, może inna (patrz niżej), ale gdzieś w lipcu pojawiła się pogłoska, że opozycja jest namawiana do stosownej inicjatywy. Można rzec, że czas od pomysłu do przemysłu był krótki – 14 sierpnia Sejm przyjął ustawę zmieniającą dotychczasowe uregulowania w zakresie wynagradzania osób sprawujących funkcje publiczne oraz o finansowaniu partii politycznych, przewidującą dość znaczne podniesienie pensji prezydenta, pierwszej damy, premiera, parlamentarzystów, ministrów, wiceministrów, wojewodów, wicewojewodów i niektórych samorządowców oraz zwiększenie subwencji dla partii.

Procedura była błyskawiczna – trwała aż bite siedem godzin. „Za” byli prawie wszyscy posłowie PiS, zdecydowania większość opozycji, a konfederaci przeciw. Ustawa spotkała się z ostrą krytyką, szczególne pretensje były kierowane do opozycji, że egoistycznie głosowała za podwyżkami w sytuacji pandemii i kryzysu. Jej przedstawiciele wycofali się z poparcia projektu i wezwali Senat do naprawienia sytuacji. Izba wyższa procedowała szybko (ale dłużej niż Sejm) i odrzuciła ustawę 17 sierpnia. Senatorowie PiS byli za podwyżkami, opozycyjni – za odrzuceniem. Nie bardzo wiadomo, co dalej – p. Terlecki oświadczył, że PiS uznaje sprawę za zamkniętą, ale nie wyklucza powrotu do niej we wrześniu. Ponoć niektórzy dojnozmieńcy chcą tylko uchylenia obniżki zarządzonej przez p. Kaczyńskiego, ale ten na razie milczy.

Czytaj też: Nowe zasady w Sejmie. Poseł fuchę chętnie przyjmie

Środek lata, wakacje, ludzie są zajęci...

Sprawa wymaga szerszej analizy. Druk (nr 551) z tekstem projektu pojawił się na stronie Sejmu 13 sierpnia jako wniesiony przez komisję regulaminową, spraw poselskich i immunitetowych – był podpisany przez przewodniczącego komisji p. Smolińskiego (PiS), natomiast jej reprezentantem w dalszych pracach miał być p. Zieliński (PiS). Nie ujawniono, kto sformułował projekt. senator Koalicji Polskiej (KP) p. Libicki opowiedział o spotkaniu w gabinecie p. Zgorzelskiego (PSL, czyli KP) 29 lipca w przytomności m.in. p. Terleckiego i p. Borowskiego (Lewica): „Tego dnia mieliśmy zarysy projektu. Nikt go nie przyniósł, ale urodził się w toku naszej dyskusji. W czasie tego spotkania nie było ani jednego słowa o pieniądzach dla partii politycznych. (...) Zgłoszony później w Sejmie komisyjny projekt ustawy był inny niż zarysy, które wypracowaliśmy wspólnie 29 lipca”.

Wynika z tego, że sprawa była dyskutowana w międzypartyjnym gronie posłów i senatorów – wcale nieszeregowych. Potem ktoś sformułował projekt wykraczający poza uzgodnienia. Trudno oprzeć się wrażeniu, że było to dzieło powstałe wewnątrz Zjednoczonej Prawicy, skoro wykraczało poza wstępne „zarysy”. Nie wiadomo, do kogo należała cała inicjatywa.

Pan Terlecki widzi to tak: „Chcieliśmy zrobić to we wrześniu, naszym rozmówcom się spieszyło. Mówiłem wyraźnie, że jeżeli mamy to zrobić teraz, to zróbmy to szybko, zanim burza medialna sparaliżuje część posłów, część polityków. Dopiero gdy mieliśmy informację, że trzy kluby opozycyjne są gotowe poprzeć tę podwyżkę, to zaczęliśmy o tym poważnie rozmawiać. (...) Żaden moment nie byłby dobry. Ten był akurat w miarę dobry, bo środek lata, wakacje, ludzie są zajęci innymi problemami niż śledzenie medialnej nagonki. Tak się stało. Gdyby Senat głosował w piątek wieczorem nad tą ustawą, to ona by przeszła. W poniedziałek już wszyscy się wystraszyli. Przypomnę, że nie my wyszliśmy z inicjatywą tej podwyżki, tylko jedna z partii opozycyjnych. Powiedzieliśmy: dobrze, możemy o tym rozmawiać, pod warunkiem że inne kluby się na to zgodzą. To nie my rozpoczęliśmy rozmowy z innymi klubami, tylko klub, który był inicjatorem całego przedsięwzięcia”.

Czytaj też: Co jedzą posłowie?

Czyja była inicjatywa, a kto przejął stery

Mogłoby być tak, jak prawi z ujmującą szczerością p. Terlecki, znany z legendarnej obiektywności i prawdomówności. Wszelako jego tyrada nie jest całkowicie transparentna. „Myśmy” to chcieli zrobić we wrześniu, ale ponieważ naszym rozmówcom się spieszyło, to powiedzieliśmy, że trzeba to zrobić w środku lata. Z tą wypowiedzią spójny jest scenariusz, że „myśmy” zainicjowali, aby rzecz dokończyć we wrześniu. A także taki, że inicjatywa „wrześniowa” należała do „nas”, ale inni nastawali, aby sprawę zamknąć wcześniej. Oraz taki, że to jacyś „oni” zaczęli, ale „myśmy” kierowali dalszym przebiegiem wydarzeń.

To ostatnie jest chyba najważniejsze w całej sprawie i potwierdzone przez fakt, że treść druku 551 wykroczyła poza wstępne ustalenia. Może było tak, że ktoś z opozycji spotkał się z p. Terleckim i rzekł: „Rysiu (lub Panie Marszałku), warto by wrócić do sprawy naszych uposażeń”. Na to padła odpowiedź: „Słusznie, ale rzecz wymaga poparcia wszystkich klubów opozycyjnych. Załatw to (niech Pan załatwi to), a wtedy my przejmiemy stery, bo trzeba przekonać nasz klub. Umówmy się też, że opozycja będzie broniła sprawy z moralnego punktu widzenia, bo nam, tj. partii rządzącej, nie wypada”.

Czytaj też: Anulowanie głosowania może skończyć się kryzysem

KO przygotowała propagandowe wskazówki dla „swoich” (tu fragmenty): „Na zarzuty o brak skromności nigdy nie odpowiadajcie nieśmiało, ze wstydem – musicie pokazać (...), że nie chcieliście zrobić tego po cichu i w atmosferze wakacji, ale że to jawny, niezbędny ruch, by skończyć z patologią. Nie wiecie, jakie motywacje ma PiS, (...) wiecie, jakie motywacje macie wy. A macie antykorupcyjne. Nie należy utwierdzać Polaków w przekonaniu, że nie chcą, by politycy zarabiali więcej, tylko w tym, że chcą, by politycy zarabiali legalnie. (...) Subwencje dla partii też dadzą się obronić, bo może wreszcie partie zaczną zatrudniać nie niedouczonych kolesiów, ale najlepszych ekspertów”.

Oczywiście, KO chciała tymi prymitywnymi argumentami ugrać coś dla siebie, ale ich przesłanie „ponad podziałami” jest oczywiste. Jakby nie było, skoro PiS specjalnie nie odżegnuje się od autorstwa inicjatywy, można przyjąć, że to właśnie dojnozmieńcy byli spiritus movens całej sprawy.

Czytaj też: Męki opozycji

Więcej zarobić i opozycję skłócić

Nie ma wątpliwości, że zarówno autorom, jak i realizatorom całego przedsięwzięcia chodziło przede wszystkim o indywidualną kasę dla politycznych VIP-ów. Subwencje dla partii pojawiły się później, podobnie jak jakieś dodatkowe grupy beneficjentów. Zjednoczona Prawica mogłaby sama załatwić sprawę, korzystając z własnej zdyscyplinowanej większości. Powiedziałoby się, że obniżka zarządzona przez Zwykłego Posła była tylko okazjonalna i może zostać odwołana.

Oczywiście, skoro strzeżonego Pan Bóg strzeże (dojnozmieńcy są przecież głęboko wierzący i praktykujący), to lepiej było rzecz zdecydować znaczniejszą większością i ponad podziałami. Wszelako, przynajmniej taka jest moja hipoteza, w grę wchodził jeszcze jeden czynnik, mianowicie „dzielenie ponad podziałami”.

Oto nadarzyła się okazja, aby opozycję podzielić, ponieważ było rzeczą wysoce prawdopodobną, że zamysł podwyższenia uposażeń znajdzie zwolenników poza Zjednoczoną Prawicą. Z drugiej strony było jasne, że sam pomysł jako taki i wspólne głosowanie z PiS spotka się z krytyką zarówno w parlamencie, jak i poza nim. Wspaniały prezent dla dojnej zmiany, marzącej przecież o skłóceniu swoich oponentów politycznych. Kolejnym krokiem mogłoby być pozyskanie jakiegoś senatora i zyskanie uprawnionej przewagi (lub przynajmniej równowagi) w tej izbie. I wreszcie: jakby to było pięknie, gdyby dało się powiedzieć: „Patrzcie, obywatele. Totalna opozycja jest zdolna współpracować z nami dla kasy, ale nie wtedy, gdy chodzi o reformowanie państwa”.

Czytaj też: Podwyżki, czyli niewybaczalna głupota

Już się PiS witał z gąską propagandową

Negatywna decyzja Senatu zniweczyła plany Zjednoczonej Prawicy i doprowadziła dojnozmieńców do prawdziwego szału. Oto kilka reakcji. Pan Karczewski: „Donald Tusk tak kazał głosować swoim senatorom. Ustawa obejmuje szeroki zakres osób sprawujących ważne funkcje. Przed głosowaniem w Sejmie podjęliśmy męską decyzję, umówiliśmy się z opozycją. Senatorowie PO uważają, że słabo pracują, i uznali, że muszą zarabiać słabe pieniądze”.

Pan Schreiber: „Super jest opozycja! Zablokowali w Senacie projekt, który forsowali – wzrost uposażeń dla samorządowców i parlamentarzystów. Tylko chcieli znacznie więcej, niż zostało zaproponowane. Może uznali, że podwyżki za małe?”.

Pan Terlecki: „Opozycja wystąpiła z propozycją podwyżek dla posłów, senatorów, samorządowców itd., potem domagała się, żeby zrobić to szybko, następnie narzekała, że powinny być jeszcze wyższe. Gdy doszło do głosowania, oszukała jak zwykle. A teraz płacze po kątach” (słowa p. Schreibera i p. Terleckiego wyglądają na gotowce na czas po spodziewanym wejściu w życie ustawy).

Złość dojnozmieńców była tym większa, że już witali się z propagandową gąską. Senat uważali za urobiony, a na p. Dudę liczyli jak na Zawiszę. Ba, zarządził on podwyżki w swojej kancelarii (jakieś 400 osób) z wyrównaniem od 1 stycznia. Zapewne tak był pewien zgody Senatu na podwyżki dla VIP-ów, że postanowił nie czekać i skorzystać z okazji, aby przykryć bonusy dla „swoich”. Pan Dera gdera, że to należy się z „ustawy budżetowej”. Wyjątkowa bezczelność: milionom ludzi odmawia się tego, co im się należy na mocy tarcz antykryzysowych, a prezydencki czynownik nagle sobie przypomina, że ustaw trzeba przestrzegać. Wychodzi na to, że tylko wtedy, gdy „nam” służą.

Kryzys największy od założenia świata

Wprawdzie opozycja zachowała się naiwnie i głupio, co sama przyznała bardzo szybko, chociaż nie obyło się bez mataczenia (patrz cytowane „wytyczne”) i prób przemilczenia całej sprawy. Niemniej naprawiła swój błąd. Posypywanie głów popiołem dotyczyło jednak wyłącznie zgody na podwyższenie pensji VIP-om i, ewentualnie, współpracy z PiS. Zdecydowanie zabrakło szerszej refleksji, zwłaszcza nad konsekwencjami całego zdarzenia dla globalnego oblicza opozycji i jej taktyki w rywalizacji z tzw. dobrą zmianą.

Kilku parlamentarzystów z opozycyjnych klubów zadeklarowało ich opuszczenie, aczkolwiek bez zmiany barw politycznych. Kierownictwo PO z nie bardzo zrozumiałych powodów potępiło krytyczne wypowiedzi niezadowolonych. To dziwna postawa, zważywszy że właśnie teraz dyskusja jest jak najbardziej potrzebna, zwłaszcza przy założeniu, że PiS-owi szło także o skonfliktowanie opozycji.

Rzecz jednak nie ograniczyła się do opozycji w sensie ścisłym, tj. parlamentarnej. Do boju od razu ruszył p. Hołownia i ocenił: „Opozycja dała się wmanewrować Kaczyńskiemu jak dzieci. Przecież wiadomo, że on wciągnął ich w to bagno celowo. W opozycji mają największy kryzys wizerunkowy od założenia świata. On się wcale przez Senat nie zmniejszy”. Nie mam zamiaru bronić tych, których dotyczy ta krytyka, bo dali się łatwo wkręcić. Decyzja Senatu coś jednak zmieniła, także w postrzeganiu KO, Lewicy czy KP, i nie należy tego ignorować.

Czytaj też: Kaczyński nas upokorzył – z pomocą opozycji

Ogarnijcie się, Panie i Panowie z opozycji

PiS (przystawki p. Ziobry i p. Gowina można pominąć) jest partią wodzowsko-leninowską z ducha i litery, w której wszyscy kierują się przekazem dnia, mówią to samo i tak samo, np. uśmiechają się w tym samym miejscu wydalanego przez siebie tekstu, przerywają innym (obrażają się, gdy im wytyka się to samo), stosują te same wyświechtane argumenty i nie cofają się przed emitowaniem dowolnego kłamstwa, o ile przygotowany gotowiec tego wymaga. Opozycja słusznie chce być inna i w tym widzi jedną ze swoich szans.

Dlatego winna unikać upodobniania się do PiS (niestety afera z ustawą pokazała, że bywa inaczej) i przede wszystkim nie dać dzielić się ponad podziałami. Jakaś dyscyplina partyjna i ideowa jest potrzebna w każdej działalności politycznej, jeśli dana formacja chce zasługiwać na miano demokratycznej. Jasne, że tylko współpraca całego obozu opozycyjnego może doprowadzić do sukcesu. A to wymaga otwartej dyskusji, ostrożności w obrażaniu się, samokrytycyzmu przywódców (nie takiego à la Budka) i rezygnacji z bajdurzenia à la Hołownia o największym kryzysie wizerunkowym od założenia świata.

Ogarnijcie się, Panie i Panowie z politycznych elit opozycji, i nie dajcie się dzielić ponad podziałami, podobnie jak publicyści w rodzaju p. Danielewskiego, autora tekstu: „Koniec romansu, opozycja zrywa z wyborcami. Potrzebuje terapeutów, nie spin doktorów” (zdumiewające, że autor nawet nie wspomina o stanowisku Senatu – tekst jest datowany na 23 sierpnia!), bo zapewne nieświadomie robicie za użytecznych idiotów PiS. Niezbędna jest pluralistyczna jedność tych, którzy chcą zatrzymać szaleństwo tzw. dobrej (dojnej) zmiany. Rola niezależnych mediów w kształtowaniu takiej postawy jest trudna do przecenienia, o ile polega na racjonalnej krytyce, a nie tanim efekciarstwie. Nie zawsze ma się wrażenie, że spełniają to zadanie.

Czytaj też: Haracz na władzę. Kto i za co płaci partii Kaczyńskiego

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Prof. Leociak: Kościół jako instytucję należy odrzucić

To już nie są czasy zdobywania nowego świata i nawracania siłą wszystkich „dzikusów”, czy tego chcą, czy nie – mówi prof. Jacek Leociak z Instytutu Badań Literackich PAN, autor „Młynów Bożych” i wydanego właśnie „Wiecznego strapienia. O kłamstwie, historii i Kościele”.

Katarzyna Czarnecka
30.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną