Kraj

Chcesz mieć posła wiarygodnego? Unikaj list Kaczyńskiego

PiS nie jest wiarygodnym partnerem politycznym i nie ma problemu z niedotrzymywaniem obietnic, o ile leży to w jego interesie. PiS nie jest wiarygodnym partnerem politycznym i nie ma problemu z niedotrzymywaniem obietnic, o ile leży to w jego interesie. Prawo i Sprawiedliwość / Facebook
Najprostszym sposobem oceny wiarygodności polityków jest badanie, czy to, co mówią, jest prawdziwe. Zważywszy na historię ludzkości, pewnie rzadko który polityk przetrwałby ten test. Dlatego nie pójdę na łatwiznę.

Trudno oprzeć się pokusie komentowania bzdur permanentnie plecionych przez towarzystwo z obozu Jego Ekscelencji. I tak p. Stachowiak-Różecka utrzymuje, że aborcję wymyślili bolszewicy. Dobrozmienna Róża raczej nie zna historii swojej denominacji religijnej, bo gdyby było inaczej, powinna słyszeć o bulli „Effraenatam” Sykstusa V.

Pan (Nie Byle) Jaki i p. Witek twierdzą, że Tusk to Lampedusa. Doceniając tę subtelną alegorykę mającą zobrazować przesłanie p. Kaczyńskiego o włoskiej wyspie w Warszawie, trzeba jednak zauważyć, że równość Tusk = Lampedusa jest nawet bardziej absurdalna od uczynienia Budapesztu wzorcem dla stolicy Polski, aczkolwiek Prezes the Best sporo uczynił, aby zrealizować ten zamysł, a jeśli PiS wygra wybory, to niewykluczone, że kaczyzm stanie się kwalifikowanym orbanizmem.

Pan Zbyszek (pardon za poufałość) zdecydował, że prokuratura ma wszcząć śledztwo w sprawie naruszeń przepisów o wydawaniu wiz przez polskie urzędy konsularne w latach 2009–15. Zadano mu pytanie, dlaczego dopiero teraz. Wyjaśnił: „Odpowiedź jest bardzo prosta. Każdego roku w prokuraturze prowadzonych jest około miliona postępowań. Jeżeli pan opanował matematykę, to może pan policzyć, że Donald Tusk odpowiadał za rządy prawie osiem lat, to było ok. 8 mln spraw. Żeby znać każdą z tych spraw, które gdzieś tam w archiwach są poukrywane, to trzeba byłoby mieć przymioty Ducha Świętego. Nie znamy wszystkich spraw i zapewne jest wiele takich, które zostały zamiecione pod dywan”. Wygląda jednak na to, że p. Zbyszek został oświecony przez siły nadprzyrodzone dokładnie wtedy, gdy trzeba przykryć aferę wizową.

Tropienie głupot wypowiadanych przez aktywistów tzw. dobrej zmiany jest zajęciem pouczającym, ale drugorzędnym w obecnej, tj. przedwyborczej sytuacji. Sprawa pierwszorzędna to odpowiedź na pytanie, czy dobrozmienni politycy są wiarygodni. Oczywiście nie tylko oni, ale z oczywistych powodów jestem szczególnie zainteresowany tym, co dzieje się w Zjednoczonej Prawicy. Notabene dobrozmieńcy ciągle testują wiarygodność opozycji i czynią to dość nieudolnie, np. p. von der Leyen apeluje o zgodę państw UE na dobrowolną relokację migrantów z Lampedusy, ale mimo tego oświadczenia i wielu podobnych p. Bochenek, dobrozmienny gwardzista, powiada, że Tusk i Bruksela nie są wiarygodni, bo zgadzają się na relokacyjny przymus wobec poszczególnych krajów UE.

Czytaj też: Niemcy wprowadzają kontrole na granicy z Polską. I trudno się dziwić

Polityk jest jak saper

Zgodnie z definicją słownikową wiarygodność to cecha kogoś, komu można zaufać. Najprostszym sposobem oceny wiarygodności polityków jest badanie, czy to, co mówią, jest prawdziwe. Zważywszy na historię ludzkości, pewnie rzadko który polityk przetrwałby ten test. Dlatego nie pójdę na łatwiznę, gdyż argumentowanie, że p. Morawiecki jest niewiarygodny, bo nie mówi prawdy o wydatkach budżetowych, a p. Czarnek nie budzi zaufania swoimi przechwałkami, że nauczycieli prawie nie brakuje, byłoby zbyt trywialne.

Zastosuję dwa inne sposoby, oba dotyczące wiarygodności polityków w kontekście składanych przez nich obietnic. Załóżmy, że polityk P złożył jakąś obietnicę O, która nie została dotrzymana. Pomijając przypadek, gdy O nie mogła zostać dotrzymana z powodów obiektywnych, np. P zmarł, mogło się zdarzyć, że dany polityk od początku nie zamierzał spełnić tego, co obiecywał, ale mogło być i tak, że chciał, ale pomylił się w rachubach.

Specyfika zawodu polityka polega m.in. na tym, że są podstawy do przypisania mu braku wiarygodności również w tym drugim wypadku (w pierwszym jest to oczywiste; dodam, że granica pomiędzy obiema sytuacjami jest dość umowna, ale to nie przeszkadza w analizie), nawet gdy można znaleźć jakieś okoliczności usprawiedliwiające.

Poza tym jest rzeczą ciekawą, jak dobrozmieńcy radzą sobie w sytuacjach krytycznych (lub bardzo trudnych) i jak to potem przedstawiają. Polityk jest jak saper, myli się tylko raz. Innymi słowy, błąd w rachubach nie zdejmuje odpowiedzialności za niewiarygodność, zwłaszcza gdy eksperci ostrzegali, że może być źle. Będę argumentował, że dobrozmieńcy nie są wiarygodni we wszystkich wskazanych wyżej rodzajach.

Czytaj też: Temu państwu już dziękujemy

Jarosław Kaczyński, partner niewiarygodny

Warto zacząć od przypomnienia nie tak dawnej historii. W 2005 r. odbyły się w Polsce wybory parlamentarne. Przed nimi zapowiadano tzw. POPiS, tj. koalicję dwóch partii określających się jako postsolidarnościowe, mianowicie Platformy Obywatelskiej i PiS. Wynik był następujący: PiS – 26,99 proc. głosów (155 mandatów), PO – 24,14 proc. (133 mandaty).

Było rzeczą oczywistą, że premierem zostanie ktoś ze zwycięskiej partii (desygnowano K. Marcinkiewicza, a J. Kaczyński zapowiedział, że nie będzie szefem rządu, o ile jego brat zostanie prezydentem; w 2005 r. najpierw były wybory parlamentarne, a potem prezydenckie). Rozpoczęły się negocjacje koalicyjne – PiS otwarcie kierował się zasadą, że zwycięzca bierze wszystko, odrzucił kandydaturę J. Rokity na wicepremiera i ofiarował PO drugorzędne resorty.

Ostatecznie PiS zawiązał koalicję z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną. Przywódcy tych ugrupowań, R. Giertych i A. Lepper, zostali wicepremierami jeszcze za czasów Marcinkiewicza i pozostali na tych stanowiskach po objęciu premierostwa przez J. Kaczyńskiego.

Na pewno PiS utwardził negocjacje po wygranej L. Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich 23 października 2005 r. Można spokojnie przyjąć, że J. Kaczyński od początku zamierzał zostać premierem i tylko czekał na komunikat od swojego bliźniaka: „Panie Prezesie, zadanie wykonane”. Potem rozpoczęło się grillowanie LPR i Samoobrony, tj. próby przekupienia posłów, aby uzyskać samodzielną większość. Nie udało się, koalicja upadła i trzeba było rozpisać przedterminowe wybory w 2007 r. PiS władzę stracił.

Cała ta historia świadczy o tym, że Jego Ekscelencja nie jest wiarygodnym partnerem politycznym i nie ma problemu z niedotrzymywaniem obietnic, o ile leży to w interesie jego władzy. Notabene jego ówcześni koalicjanci okazali się twardsi od tych ostatnich, bo np. p. Bortniczuk i p. Emilewicz porzucili Porozumienie na rzecz PiS.

Płynie z tego ważny morał. Jest mało prawdopodobne, aby PiS mógł teraz rządzić samodzielnie. Jedynym możliwym (na teraz) koalicjantem jest Konfederacja. Wprawdzie jej przedstawiciele deklamują, że nigdy z PiS, ale pewnie zmiękną, oczywiście dla Dobra Ojczyzny, gdy dostaną ofertę współrządzenia. Jeśli nie chcesz żyć w państwie systematycznie naruszającym prawa obywatelskie, np. dotyczące równości w głosowaniu czy gwarantujące wolność słowa, nie głosuj na PiS lub Konfederację.

Czytaj też: Konfederacja, czyli chłopcy do wzięcia. Co zrobi po wyborach?

PiS wieje w inną stronę niż sztandar

Realizacja przedwyborczych obietnic zależy od wielu czynników, np. od tego, jaka będzie przyszłość. Jeśli światowa koniunktura gospodarcza będzie dobra, każdej władzy będzie lżej, a jeśli zła, może być różnie. Na wszelki wypadek warto założyć to drugie – dzisiaj są powody, aby sądzić, że kryzys jest realny.

Polska nie jest mocarstwem ekonomicznym; jej szanse przetrwania zapaści zależą nie tylko od jej potencjału, ale i od współpracy z otoczeniem. Tak się złożyło, że Polska od prawie 20 lat jest członkiem UE i gołym okiem widać, jak zmieniła się na lepsze m.in. dzięki europejskim funduszom. Rozmaite ważne szczegóły współpracy z UE, np. dostęp do kredytów czy realizacja własnych priorytetów w handlu zagranicznym, zależą od wiarygodności danego państwa: politycznej i ekonomicznej. Dobrozmieńcy od lat czynnie wojują z UE (z niemiecką Brukselą, jak to malowniczo określają) na rozmaitych polach: werbalnie, np. gdy uważają flagę UE za szmatę (p. Pawłowicz), a Unię za wyimaginowaną wspólnotę (p. Duda), politycznie, gdy kwestionują wspólnotowe zasady traktatowe, ekonomicznie, gdy sabotują politykę klimatyczną i energetyczną, czy cywilizacyjnie, gdy wypowiadają konwencję przeciw przemocy. Pojawiają się również konkretne konflikty, np. z Czechami czy Niemcami.

Wszystko to jest czynione w wyjątkowo agresywnym języku (nasilił się w okresie przedwyborczym), pełnym gadaniny o patriotyzmie, suwerenności, wartościach i własnej wyższości (Polska oazą wolności) itd. To zmniejsza wiarygodność Polski i koliduje z jej żywotnymi interesami (kary za niewykonywanie orzeczeń, brak dostępu do funduszy z KPO). Taka polityka rozbija spójność UE – Polska z Węgrami stały się permanentnym dezintegratorem Europy, co w oczywisty sposób jest na rękę Rosji, która zawsze starała się wzniecać konflikty poza swymi granicami, zwłaszcza zachodnimi.

Postawa Orbána nie dziwi (chociaż chyba zapomniał o 1956 r.), od dawna jest jednym z głównych eksponentów rosyjskich interesów w UE, ale zdumiewa postawa rządu PiS. Chyba pasują tu słowa Leca, że chorąży często wieje w inną stronę niż sztandar, który dzierży.

Czytaj też: Czyja będzie Polska?

NATO niespokojne, Putin uradowany

Ostatnio p. Błaszczak odtajnił plany obrony Polski przed ewentualną agresją ze Wschodu, powstałe w 2011 r. Zakładały taką możliwą sytuację, że Polska będzie musiała bronić się na linii Wisły. Plany zostały już wcześniej przekazane p. Cenckiewiczowi i p. Rachoniowi, którzy uczynili je głównym tematem 12. odcinka „Resetu”. To, co uderza w narracji „resetologów”, to brak zrozumienia, że był to plan na wypadek, gdyby trzeba było czekać na siły sojusznicze. W 2011 r. Polska od przeszło dekady należała do NATO i trudno przypuścić, że ówczesne plany nie były konsultowane z dowództwem Sojuszu.

Jeśli tak, to ich ujawnienie w celu doraźnej kampanii związanej z wyborami nie służy naszej wiarygodności, a podobny efekt mają mętne gadki p. Dudy, p. Morawieckiego i p. Raua o aktualnym stanie pomocy militarnej dla Ukrainy, np. stwierdzenie, że pomagamy i będziemy to czynić, ale z wyłączeniem najnowocześniejszego uzbrojenia, gdyż sami się zbroimy.

Te oświadczenia zaskoczyły kręgi NATO i na pewno uradowały Putina. Gdy wydawało się, że stosunki polsko-ukraińskie są bardzo dobre, Główny Lokator Pałacu Namiestnikowskiego i Bambik (jak prawdziwy narodowy wodzunio nawet ostrzegł Zełenskiego, by nie obrażał Polaków, bo nigdy na to nie pozwolą) „dali radę” zepsuć je w ciągu jednego dnia.

Słowacja też początkowo przedłużyła embargo na zboże, ale rychło dogadała się z Ukrainą. Dobrozmienni wodzireje dalej mętnie tłumaczą, że dążą do kompromisu (p. Telus, minister rolnictwa, chyba celowo miesza tranzyt z eksportem), ale bajdurzą (trudno to inaczej określić), że przede wszystkim muszą chronić interes polskiego rolnika. Jakoś nie było z tym problemu w latach 2015–23 (i wcześniej), a tu nagle eksport ukraińskich produktów rolnych stał się zagrożeniem dla polskiej wsi – akurat przed wyborami. Trudno oprzeć się wrażeniu, że p. Kaczyński i inni czołowi dobrozmieńcy oszaleli z powodu walki o kontynuację swej władzy i są gotowi poświęcić żywotne interesy państwa na rzecz realizacji hasła DKM (Dalej K...rwa My).

Czytaj też: Morawieckiego jedno zdanie za daleko

Spóźnieni, chaotyczni, lekceważący

W sprawach wewnętrznych warto wrócić do nie tak dawnej (lata 2020–21) pandemii covid-19. Zadaniem rządu jest organizacja walki z epidemią m.in. przez zbieranie, przetwarzanie i przekazywanie stosownych informacji, produkcję i dystrybucję leków, przygotowanie służby zdrowia, wprowadzenie niezbędnych restrykcji i egzekwowanie ich przestrzegania, a przede wszystkim reagowanie w optymalnym czasie.

Działania w tym zakresie są oceniane w kategoriach ich skuteczności, np. przy rozwiązywaniu dylematu, czy zamknąć szkoły i chronić dzieci przed zakażeniem, czy kontynuować normalną edukację. Działania władz były spóźnione, chaotyczne i lekceważące opinie ekspertów. Zbyt późno uznano, że pandemia dotarła do Polski, nienależycie organizowano testy i szczepienia, pojawiły się afery w związku z zakupem respiratorów i maseczek (brali w nich udział przedstawiciele władz), nie zamknięto szkół i kościołów, a niektóre oświadczenia polityków były głupie, np. p. Pinkasa, Głównego Inspektora Sanitarnego, zalecającego wkładanie lodu do majtek, czy wręcz oszukańcze, jak p. Morawieckiego namawiającego seniorów, a więc grupę najbardziej zagrożoną, do masowego udziału w wyborach prezydenckich w lipcu 2020 r.

Na covid zmarło w Polsce 120 tys. osób. Pandemia przyczyniła się też do wzrostu tzw. zgonów nadmiarowych – w latach 2021–22 umarło w Polsce najwięcej osób po II wojnie światowej, każdego roku po około pół miliona, co sytuuje nas na niechlubnych miejscach w statystykach światowych.

To polityka władz przyczyniła się do smutnego bilansu pandemii w naszym kraju. To dobry argument, aby dobrozmiennym rządom odmówić wiarygodności w polityce wewnętrznej, także m.in. w związku z ogólną polityką zdrowotną (np. termin wizyty u psychiatry dziecięcego jest ustalany na 2030 r.), programem mieszkaniowym, sytuacją nauczycieli, odejściem od węgla w energetyce (cena polskiego jest dwukrotnie wyższa od kolumbijskiego), tzw. wykluczeniem komunikacyjnym, degradacją środowiska (np. sprawa Odry), dewastacją wydatków publicznych i budżetu czy postępującym kryzysem demograficznym.

Tzw. dobra zmiana stawia własne interesy polityczne (w tym także, a może przede wszystkim, willowanie plus) przed innymi. Zatem JEŚLI CHCESZ MIEĆ POSŁA WIARYGODNEGO, NIE WYBIERAJ GO (JEJ) Z LISTY KACZYŃSKIEGO. Żeby jeszcze raz skorzystać z właściwie uzupełnionego wyjaśnienia p. Kuźmiuka: ich wiarygodność jest nieprawdopodobna, tj. ma minimalne prawdopodobieństwo, chociaż gdy zapytamy, podobnie jak w kabarecie Dziewońskiego, „co jeszcze spieprzycie, dobrozmieńcy?”, odpowiedź, że wszystko, ma silne uzasadnienie.

Czytaj też: PiS dmie w róg obfitości. Cyrk na kwadratowych kółkach

PiS jest zagrożeniem

Jak już wspomniałem, ostatni „Reset” zajmował się rewelacjami odtajnionymi przez p. Błaszczaka. Nie jestem ekspertem od spraw militarnych, ale miałem spory ubaw, słysząc opinie wypowiadane w tym odcinku i debacie po nim, zwłaszcza reklamujące, jaką to jesteśmy potęgą, która w pojedynkę zmiażdży każdego agresora. Ciągle też nie postawiono kropki nad i w sprawie winnych katastrofy smoleńskiej – p. Jachowicz coś tam bąkał o Tusku, ale inni nie podjęli tego wątku. Na razie wyręczył ich prof. Rafał Broda, „fizyk jąder atomowych”, który orzekł na swoim blogu: „Tusk powinien zapamiętać raz na zawsze, że największą w Polsce aferą XXI wieku był jego świadomy lub nieświadomy udział w przygotowaniu smoleńskiego zamachu, a potem świadomy udział w kryciu sprawców”.

I na koniec coś od p. Morawieckiego: „Chcemy przypomnieć o tym, jak wielkim zagrożeniem jest powrót rządów PiS do władzy”. Co prawda, to prawda – Bambik wreszcie powiedział (powtórzył) coś sensownego.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną