„Wyborcze zwycięstwo Viktora Orbána ma ogromne znaczenie dla pomyślnej przyszłości suwerennych narodów Europy. Dlatego mimo doraźnych różnic wolna Polska popiera węgierskich patriotów” – napisał w niedzielę w serwisie X były wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, który dziś w PiS jest na marginesie partyjnego głównego nurtu, ale wciąż zdarza mu się odpowiednie dać rzeczy słowo. Bo zarówno wybory parlamentarne na Węgrzech, jak i zaplanowane na kwiecień przyszłego roku wybory prezydenckie we Francji, zdecydują, w którą stronę będzie wiać wiatr historii w polskiej kampanii wyborczej.
Utrzymanie władzy przez Orbána i wygrana kandydata lub kandydatki Zjednoczenia Narodowego we Francji dałyby Prawu i Sprawiedliwości do ręki argumenty o nowej dynamice politycznej na Starym Kontynencie, rychłym rozluźnieniu integracji europejskiej oraz o Polsce, która w tej sytuacji tym bardziej musi sama dbać o własne interesy, bez oglądania się na brukselskie elity. Jeśli natomiast Orbán straci władzę, dla partii Kaczyńskiego będzie to katastrofa, radykalnie obniżająca wiarygodność dominującej dziś w Prawie i Sprawiedliwości eurosceptycznej opowieści o konieczności walki na śmierć i życie o narodową suwerenność.
Czytaj też: „Chcemy być w Unii, ale...”. Tak Nawrocki i Czarnek budują społeczną fantazję o zyskach z polexitu
Przegrana Orbána mocno uderzy w PiS
Stąd inwestycja PiS w Orbána jest zamaszysta: w sobotę w Budapeszcie na organizowanej przez trumpistowską prawicę konferencji CPAC gościł Mateusz Morawiecki, dziś z węgierskim premierem spotyka się prezydent Karol Nawrocki.
Oczywiście te wizyty w polskim kontekście mają elementy wizerunkowo uwierające, bo Morawiecki na CPAC dzielił scenę między innymi z Alice Weidel, liderką wrogiej Polsce, skrajnie prawicowej niemieckiej AfD, a Nawrocki spotyka się z Orbánem tuż po publikacji rewelacji „Washington Post”, że Rosjanie zaoferowali premierowi Węgier przysługę w postaci sfingowania zamachu na jego życie, a Węgrzy raportowali do Moskwy o decyzjach i rozmowach liderów na szczytach Unii Europejskiej. Ale też nie jest to dla Prawa i Sprawiedliwości jakąś wielką przeszkodą, ponieważ partia Jarosława Kaczyńskiego dawno już zastąpiła skrupuły cyrkową wręcz narracyjną elastycznością. U Morawieckiego przyjęło to zresztą dość zabawny obrót, kiedy najpierw wrzucał na platformy społecznościowe ogniste tyrady o tym, że Polska zawali się od uznawania małżeństw jednopłciowych, by chwilę później wystąpić na jednej konferencji z liderką AfD, która do Budapesztu przyjechała z żoną. Nawrocki zaś bliskie stosunki Orbána z Putinem skwitował zdaniem, że Putin to zbrodniarz wojenny, ale przyjaciele nie muszą się we wszystkim zgadzać, natomiast „tych rzeczy, w których się zgadzamy, jest zdecydowanie więcej”.
Orbána w wyborach popiera cała radykalnie prawicowa międzynarodówka – od Trumpa, przez Weidel, lidera hiszpańskiego VOX Abascala, po Netanjahu i Argentyńczyka Mileia – ale to dla PiS-u ewentualna utrata władzy na Węgrzech przez Fidesz miałaby najpoważniejsze konsekwencje. Od tych praktycznych, bo Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski musieliby szukać sobie nowego schronienia, aż po metapolityczne, bo zwycięstwo opozycyjnej Tiszy byłoby w polskim kontekście zwycięstwem Donalda Tuska. Stanowiłoby kolejne potwierdzenie, że partii Kaczyńskiego po prostu nie idzie: nie dość, że w kraju kiepsko radzi sobie w sondażach, gubiąc wyborców na rzecz prawicowej konkurencji, to jeszcze traci swój główny przyczółek na scenie europejskiej.
Jak będzie na Węgrzech, trudno dziś powiedzieć. Viktor Orbán zrobił wiele, by cały system państwa – od instytucji po ordynację wyborczą i granice okręgów – wykorzystać do utrzymania autorytarnej władzy, nawet w wypadku utraty społecznego poparcia. Zwycięstwo Tiszy musiałoby być naprawdę okazałe, żeby opozycja przejęła władzę. Sondaże pokazują, że jest na to szansa, ale też węgierskie badania opinii publicznej są ogromnie rozstrzelone: pracownie niezależne lub sympatyzujące z opozycją pokazują od 8 do 14 pkt proc. przewagi Tiszy, te bliskie rządowi wskazują 5–6 pkt proc. przewagi Fideszu.
Czytaj też: CPAC na cześć Orbána. Prawica pręży muskuły w Budapeszcie. Ciąg dalszy w Teksasie z Nawrockim
A poza tym...
A poza tym Polska 2050 Szymona Hołowni dokonała rebrandingu, przekształcając się w Polskę 2050 Rzeczpospolitej Polskiej. Cóż, ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że zamiana Hołowni na całą Rzeczpospolitą pokazuje znaczące rozszerzenie pola widzenia partii prowadzonej dziś przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz.
Ale odkładając złośliwe żarty na bok, trzeba przyznać, że nowy przekaz odświeżonej Polski 2050 jest spójny i ma sens, a skoncentrowanie się na interesach klasy średniej, nacisk na pracę, mieszkania, usługi publiczne i odrobina antyelitarnego populizmu to nie jest najgorsza oferta polityczna na rynku. Problem w tym, że sam przekaz wydestylowany z socjologicznych opracowań do sukcesu nie wystarczy, tym bardziej że głównym problemem Polski 2050 jest dziś polityczna nieistotność znaczona szorującymi po dnie notowaniami sondażowymi. Jak trudno wydostać się z takiego dołka, testowała przez lata partia Razem, którą wielu chwaliło za merytoryczne propozycje, ale z pozycji nieistotnego outsidera wydobyła ją dopiero koalicja z SLD i Wiosną w 2019 r.
Przed takim samym dylematem stanie wkrótce również formacja Pełczyńskiej-Nałęcz: czy bezkompromisowo szturmować wiatraki w przekonaniu o własnej wyjątkowości, czy może jednak poszukać wehikułu, który pozwoli Polsce 2050 myśleć o reprezentacji w przyszłym Sejmie.