Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Notatnik polityczny. PiS inwestuje w Orbána, żeby pokonać Tuska w Budapeszcie

Mateusz Morawiecki na konferencji CPAC w Budapeszcie Mateusz Morawiecki na konferencji CPAC w Budapeszcie X (d. Twitter)
Zaplanowane na 12 kwietnia wybory parlamentarne na Węgrzech będą bardzo istotne również w naszej polityce, odgrywając rolę polskich wyborów zastępczych. Jeśli Viktorowi Orbánowi uda się utrzymać władzę, PiS odetchnie z ulgą i dostanie zastrzyk energii. Jeśli Orbán padnie, zachwieje się także partia Kaczyńskiego.

„Wyborcze zwycięstwo Viktora Orbána ma ogromne znaczenie dla pomyślnej przyszłości suwerennych narodów Europy. Dlatego mimo doraźnych różnic wolna Polska popiera węgierskich patriotów” – napisał w niedzielę w serwisie X były wicemarszałek Sejmu Ryszard Terlecki, który dziś w PiS jest na marginesie partyjnego głównego nurtu, ale wciąż zdarza mu się odpowiednie dać rzeczy słowo. Bo zarówno wybory parlamentarne na Węgrzech, jak i zaplanowane na kwiecień przyszłego roku wybory prezydenckie we Francji, zdecydują, w którą stronę będzie wiać wiatr historii w polskiej kampanii wyborczej.

Utrzymanie władzy przez Orbána i wygrana kandydata lub kandydatki Zjednoczenia Narodowego we Francji dałyby Prawu i Sprawiedliwości do ręki argumenty o nowej dynamice politycznej na Starym Kontynencie, rychłym rozluźnieniu integracji europejskiej oraz o Polsce, która w tej sytuacji tym bardziej musi sama dbać o własne interesy, bez oglądania się na brukselskie elity. Jeśli natomiast Orbán straci władzę, dla partii Kaczyńskiego będzie to katastrofa, radykalnie obniżająca wiarygodność dominującej dziś w Prawie i Sprawiedliwości eurosceptycznej opowieści o konieczności walki na śmierć i życie o narodową suwerenność.

Czytaj też: „Chcemy być w Unii, ale...”. Tak Nawrocki i Czarnek budują społeczną fantazję o zyskach z polexitu

Przegrana Orbána mocno uderzy w PiS

Stąd inwestycja PiS w Orbána jest zamaszysta: w sobotę w Budapeszcie na organizowanej przez trumpistowską prawicę konferencji CPAC gościł Mateusz Morawiecki, dziś z węgierskim premierem spotyka się prezydent Karol Nawrocki.

Oczywiście te wizyty w polskim kontekście mają elementy wizerunkowo uwierające, bo Morawiecki na CPAC dzielił scenę między innymi z Alice Weidel, liderką wrogiej Polsce, skrajnie prawicowej niemieckiej AfD, a Nawrocki spotyka się z Orbánem tuż po publikacji rewelacji „Washington Post”, że Rosjanie zaoferowali premierowi Węgier przysługę w postaci sfingowania zamachu na jego życie, a Węgrzy raportowali do Moskwy o decyzjach i rozmowach liderów na szczytach Unii Europejskiej. Ale też nie jest to dla Prawa i Sprawiedliwości jakąś wielką przeszkodą, ponieważ partia Jarosława Kaczyńskiego dawno już zastąpiła skrupuły cyrkową wręcz narracyjną elastycznością. U Morawieckiego przyjęło to zresztą dość zabawny obrót, kiedy najpierw wrzucał na platformy społecznościowe ogniste tyrady o tym, że Polska zawali się od uznawania małżeństw jednopłciowych, by chwilę później wystąpić na jednej konferencji z liderką AfD, która do Budapesztu przyjechała z żoną. Nawrocki zaś bliskie stosunki Orbána z Putinem skwitował zdaniem, że Putin to zbrodniarz wojenny, ale przyjaciele nie muszą się we wszystkim zgadzać, natomiast „tych rzeczy, w których się zgadzamy, jest zdecydowanie więcej”.

Orbána w wyborach popiera cała radykalnie prawicowa międzynarodówka – od Trumpa, przez Weidel, lidera hiszpańskiego VOX Abascala, po Netanjahu i Argentyńczyka Mileia – ale to dla PiS-u ewentualna utrata władzy na Węgrzech przez Fidesz miałaby najpoważniejsze konsekwencje. Od tych praktycznych, bo Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski musieliby szukać sobie nowego schronienia, aż po metapolityczne, bo zwycięstwo opozycyjnej Tiszy byłoby w polskim kontekście zwycięstwem Donalda Tuska. Stanowiłoby kolejne potwierdzenie, że partii Kaczyńskiego po prostu nie idzie: nie dość, że w kraju kiepsko radzi sobie w sondażach, gubiąc wyborców na rzecz prawicowej konkurencji, to jeszcze traci swój główny przyczółek na scenie europejskiej.

Jak będzie na Węgrzech, trudno dziś powiedzieć. Viktor Orbán zrobił wiele, by cały system państwa – od instytucji po ordynację wyborczą i granice okręgów – wykorzystać do utrzymania autorytarnej władzy, nawet w wypadku utraty społecznego poparcia. Zwycięstwo Tiszy musiałoby być naprawdę okazałe, żeby opozycja przejęła władzę. Sondaże pokazują, że jest na to szansa, ale też węgierskie badania opinii publicznej są ogromnie rozstrzelone: pracownie niezależne lub sympatyzujące z opozycją pokazują od 8 do 14 pkt proc. przewagi Tiszy, te bliskie rządowi wskazują 5–6 pkt proc. przewagi Fideszu.

Czytaj też: CPAC na cześć Orbána. Prawica pręży muskuły w Budapeszcie. Ciąg dalszy w Teksasie z Nawrockim

A poza tym...

A poza tym Polska 2050 Szymona Hołowni dokonała rebrandingu, przekształcając się w Polskę 2050 Rzeczpospolitej Polskiej. Cóż, ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że zamiana Hołowni na całą Rzeczpospolitą pokazuje znaczące rozszerzenie pola widzenia partii prowadzonej dziś przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz.

Ale odkładając złośliwe żarty na bok, trzeba przyznać, że nowy przekaz odświeżonej Polski 2050 jest spójny i ma sens, a skoncentrowanie się na interesach klasy średniej, nacisk na pracę, mieszkania, usługi publiczne i odrobina antyelitarnego populizmu to nie jest najgorsza oferta polityczna na rynku. Problem w tym, że sam przekaz wydestylowany z socjologicznych opracowań do sukcesu nie wystarczy, tym bardziej że głównym problemem Polski 2050 jest dziś polityczna nieistotność znaczona szorującymi po dnie notowaniami sondażowymi. Jak trudno wydostać się z takiego dołka, testowała przez lata partia Razem, którą wielu chwaliło za merytoryczne propozycje, ale z pozycji nieistotnego outsidera wydobyła ją dopiero koalicja z SLD i Wiosną w 2019 r.

Przed takim samym dylematem stanie wkrótce również formacja Pełczyńskiej-Nałęcz: czy bezkompromisowo szturmować wiatraki w przekonaniu o własnej wyjątkowości, czy może jednak poszukać wehikułu, który pozwoli Polsce 2050 myśleć o reprezentacji w przyszłym Sejmie.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną