Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Świat

CPAC na cześć Orbána. Prawica pręży muskuły w Budapeszcie. Ciąg dalszy w Teksasie z Nawrockim

Konferencja CPAC w Budapeszcie, 21 marca 2026 r. Konferencja CPAC w Budapeszcie, 21 marca 2026 r. Gergely Besenyei / AFP / East News
Konferencja w Budapeszcie, sytuująca się gdzieś między potężnym sojuszem prawicy a drogim obwoźnym cyrkiem, miała pokazać światu prawdziwą siłę premiera Węgier. Okazała się przewidywalnym i słabym spektaklem.

Teoretycznie grono prelegentów było projekcją siły narodowego populizmu z różnych kontynentów. Oprócz Viktora Orbána, występującego w roli gospodarza, zapowiedzieli się m.in. były szef rządu Zjednoczonej Prawicy Mateusz Morawiecki, przewodniczący ultrakonserwatywnego hiszpańskiego ugrupowania Vox Santiago Abascal, członek Izby Reprezentantów z Maryland i zwolennik wojny w Iranie Andy Harris, Eduardo Bolsonaro, syn byłego brazylijskiego prezydenta i brat najbardziej prawdopodobnego rywala Ignacio Luli da Silvy w tegorocznej elekcji, oraz cała rzesza ludzi Fideszu. A prócz tego szef rządu Gruzji Irakli Kobakhidze, jawnie prorosyjski oligarcha.

Na ratunek Orbánowi

Oczywiście nic w ramach konferencji organizowanej już piąty raz nad Dunajem nie dzieje się przypadkiem. Budapeszt staje się centralnym ośrodkiem nowej, reakcyjnej prawicy. Tu spływają m.in. amerykańskie pieniądze i tworzą się instytucje – jak Instytut Macieja Korwina czy Instytut Dunajski, które mają budować ogólnoeuropejską koalicję prawicy, nastawioną na osłabianie integracji, ograniczanie wolności słowa, rozsadzanie Unii od środka i niepohamowane rozszerzanie amerykańskich wpływów politycznych i gospodarczych zwłaszcza w Europie Środkowej.

W dodatku już za chwilę, 12 kwietnia, na Węgrzech odbędą się najważniejsze od 2010 r. wybory parlamentarne, a Orbán stoi przed realnym ryzykiem utraty władzy. Atmosfera w Budapeszcie jest napięta, opozycja, zwłaszcza Tisza Petera Magyara, niemal co weekend organizuje demonstracje, których rząd nie pozwala już nawet dokumentować, ogłaszając zakaz latania dronami nad stolicą.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że wszyscy ci politycy zjechali do Budapesztu na ratunek Orbánowi. W dodatku wiadomość wideo uczestnikom CPAC przekazał Donald Trump, który ma nadzieję, że węgierski premier „wygra, i to znacząco”. Nie jest tajemnicą, że dla Fideszu pracują amerykańscy spin doktorzy, a część ośrodków badania opinii publicznej należy do konserwatywnych amerykańskich biznesmenów. Chociażby z tego powodu nie da się powiedzieć na pewno, kto ma jakie poparcie. Jeśli spojrzeć na średnie wyniki badań pracowni związanych z kapitałem amerykańskim, Orbán ma przewagę 5–6 pkt proc. Pracownie europejskie lub związane z opozycją dają Magyarowi przewagę od 8 do nawet 12 pkt proc.

Dla Fideszu to być albo nie być

Doniesienia dziennikarzy śledczych z Węgier nie pozostawiają wątpliwości – dla Fideszu to być albo nie być. Do tego stopnia, że Orbán korzysta z usług rosyjskich ekspertów od propagandy i mediów społecznościowych. I chyba nie wychodzi mu to najlepiej, bo dopiero co oskarżył Facebooka i koncern Meta o ingerencję w węgierski proces wyborczy. Powód? Magyar ma tu jego zdaniem za duże zasięgi.

Jakby tego było mało, „Washington Post” ujawnił w sobotę, że Rosjanie zaoferowali Orbánowi sfingowanie zamachu na jego życie, żeby zwiększyć szanse Fideszu. Jak wynika z dokumentów zweryfikowanych przez europejskie służby, rosyjscy konsultanci powiedzieli rządzącym na Węgrzech, że „niezbędne są drastyczne ruchy”, aby „całkowicie zmienić dominujący paradygmat kampanii”. Wygląda to na akt desperacji. Orbán najwyraźniej wie, że jego czas u władzy może dobiegać końca.

Trudno przesądzać, czy CPAC, pojawienie się w Budapeszcie plejady konserwatystów od Morawieckiego po prezydenta Argentyny Javiera Mileia (Andrej Babiš się dotarł z powodu podejrzenia zamachu na fabrykę amunicji w Czechach), wiadomość od Trumpa i premiera Izraela Beniamina Netanjahu rzeczywiście poprawią sytuację przedwyborczą węgierskiego premiera.

On sam wygłosił oczywiście płomienne, pełne kwantyfikatorów przemówienie, twierdząc, że „prawica dominuje na całym świecie” i „trwa walka o duszę zachodniej cywilizacji”. Jak dodał, jesteśmy świadkami „największego politycznego przetasowania ostatnich stu lat” – z czym akurat trudno się nie zgodzić, choć to niekoniecznie zasługa Orbána. Cóż, przemówieniami do 3 tys. lojalnych zwolenników, gotowych zapłacić spore pieniądze za uczestnictwo w konferencji, wyborów raczej się nie wygrywa.

Morawiecki dał twarz

Znacznie więcej uczestnictwo w tym wydarzeniu mówi o tych, którzy chcą zachować pozory stania przynajmniej jedną nogą w zjednoczonej Europie. Jest wśród nich Morawiecki, uchodzący za relatywnie umiarkowanego na polskiej prawicy, zwłaszcza w konfrontacji z Karolem Nawrockim i Przemysławem Czarnkiem, nie mówiąc już o prorosyjskim Grzegorzu Braunie.

Morawiecki nie pierwszy raz dał twarz konferencji, na której pojawiają się politycy albo Kremlowi przychylni, albo przez Kreml do władzy wywindowani. Lub takie postaci jak konserwatywna holenderska komentatorka polityczna i influencerka Eva Vlaardingerbroek, zwolenniczka teorii spiskowych, w tym ksenofobicznej teorii Wielkiego Zastąpienia, zakładającej celowe działanie elit prowadzące do wpuszczenia do Europy muzułmanów kosztem białych chrześcijan. Wypominanie w tym miejscu Morawieckiemu, że to za jego rządów w Polsce szalała afera wizowa, a PiS luzował restrykcje dla tysięcy imigrantów z Azji, wydaje się dość nisko wiszącym owocem – ale i tak należy o tym przypomnieć.

Nie można oczywiście bagatelizować siły CPAC i prawicowej międzynarodówki. Zwłaszcza że za tydzień w Teksasie kolejna jej odsłona – z udziałem Karola Nawrockiego. Trzeba uważać, żeby nie przeszarżować z przypisywaniem ludziom prawicy nadmiernej sprawczości. Odgrywają najwyżej rolę pożytecznych idiotów skrzyżowanych z nieświadomymi akwizytorami prawdziwych czarnych charakterów światowej polityki – jak Władimir Putin. I to jest chyba bardziej niebezpieczne niż grożenie ze sceny walką „o duszę zachodniej cywilizacji”.

Reklama

Warte przeczytania

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną