Netflix vs. HBO GO vs. Showmax vs. Amazon. Porównanie
Kwitnie w naszym kraju rynek video on demand, czyli seriali i filmów dostępnych za jednym kliknięciem myszki (i opłatą). Który z popularnych serwisów ma najciekawszą ofertę?
freestocks.org/Unsplash

Jeszcze niedawno nie było w Polsce ani Netflixa, ani Amazona, a dziś mamy klęskę urodzaju. Oferta jest aż nadto obszerna, żeby zwykły śmiertelnik z ograniczoną ilością czasu oglądał wszystko na bieżąco – a przynajmniej to, co uważa się za „must see”. Jaki ma wybór?

HBO GO

Po latach oczekiwań i utyskiwań widzów serwis VOD został „uwolniony”, co oznacza, że aby wykupić dostęp, nie trzeba już mieć pakietu telewizji HBO. Poza tym HBO GO poprawiło ostatnio stronę i aplikację. Wreszcie. Do niedawna serwis słabo działał z Chromecastem, czyli popularnym urządzeniem pozwalającym przesyłać sygnał VOD z komputera czy smartfona na telewizor.

Największą zaletą HBO GO pozostają oryginalne produkcje. Nie powstaje ich dużo, ale liczy się jakość. Kupując HBO GO, otrzymujemy m.in. „Grę o tron”, „Rzym”, „Prawo ulicy”, „Detektywa”, „The Newsroom”, program Johna Olivera, film „Fahrenheit 451” albo świetne dokumenty o Stevenie Spielbergu czy Robinie Williamsie. Przed nami miesiące oglądania.

Zapewne w liczbach bezwzględnych Netflix czy Amazon pobijają HBO, ale to nadal dom „Rodziny Soprano” i „Doliny Krzemowej”. Spod ręki HBO wychodzą najlepsze seriale. A poza wszystkim to tutaj najszybciej znajdziemy najnowsze głośne premiery kinowe – bo HBO to telewizja premium, regularnie wzbogacająca o nie swoją ofertę. Problem w tym, że oferta ta często fluktuuje. Takie filmy jak „Ghost in the Shell” czy „Blade Runner 2049” mamy do dyspozycji przez kilka miesięcy, potem zastępują je inne.

Wybrane nowe, ciekawe produkcje: „Ostre przedmioty”, „Castle Rock”, „Who is America?”, „Odpowiednik”.

Miesięczna opłata: 29,99 zł. Ograniczenie do czterech urządzeń.

Netflix

Z pewnością ma w ofercie więcej produkcji oryginalnych niż HBO GO. Co prawda napis „Netflix Originals” pojawia się także przy dziełach cudzych (takich jak „Zadzwoń do Saula” czy „Anihilacja”). Ale nie zmienia to faktu, że serwis stojący za „Stranger Things” czy „House of Cards” ma niezwykłe tempo. Poza tym, inaczej niż HBO, mocno stawia na produkcje pełnometrażowe („Bright”, „Gra Geralda”). Konkurencja miewa przestoje – a Netflix dosłownie zalewa widzów premierami.

Tyle że z ich jakością bywa bardzo różnie. Netflix, zwłaszcza na początku, nasuwał niemal wyłącznie pozytywne skojarzenia. Wyprodukował sporo przebojów, w tym takie seriale jak „Orange Is The New Black”, wspomniane „House of Cards” i „Stranger Things”, „Narcos”, „Daredevil”, „Czarne lustro” czy „Mindhunter”. Liczba przerosła z czasem jakość. Przykładami niezbyt udane filmy („Król polki”, „Mute”, „Paradoks Cloverfield”) i seriale („Iron Fist”, duński „The Rain”, „Rozczarowani”).

Wprawdzie katalog z ofertami jest na tyle szeroki i tak często aktualizowany, że sam Netflix mógłby spokojnie posłużyć za jedyne źródło serialowo-filmowej rozrywki. Z jednej strony platforma zawzięcie walczy o prawa do gotowych rzeczy i z sukcesem powiększyła swoje zasoby m.in. o „Przyjaciół”, „Monthy Pythona”, filmy komiksowe Marvela, wcześniej o „Breaking Bad” i „Sherlocka”. Z drugiej strony, nawet przy zmiennej jakości własnych wytworów, co jakiś czas trafia się fabuła warta uwagi („Trollhunters”, „Zagubieni w kosmosie”, wspomniany „Mindhunter”, „Glow” i „Ozark”).

Aktualności, komentarze

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj