Kultura

„Dobra zmiana”, czyli dokument wyklęty?

Kadr z filmu „Dobra zmiana” Kadr z filmu „Dobra zmiana” mat. pr.
Trwający właśnie Krakowski Festiwal Filmowy nie chciał „Dobrej zmiany” – dokumentu Konrada Szołajskiego. Choć dzięki samorządowi film zostanie pokazany, nie zmienia to faktu, że KFF przestaje być istotnym miejscem dla polskiego dokumentu. Szkoda. [Pod tekstem publikujemy odpowiedź dyrektora krakowskiego festiwalu]

Jak było kiedyś? Miał krakowski festiwal wzloty i upadki, ale przez długi czas odgrywał rolę dokumentalnej mekki. To tu ścierały się postawy, poglądy, toczyły artystyczne spory, wykluwały manifesty. Dojrzewały fermenty, dokonywały się przewroty i rewolucje. Choćby ta najsłynniejsza z początku lat 70. XX w.

Opisać „świat nieprzedstawiony”

To na festiwalu w Krakowie na przełomie maja i czerwca 1971 r., niecałe pół roku po tragicznych wydarzeniach Grudnia, grupa młodych filmowców – m.in. Krzysztof Kieślowski, Marcel Łoziński, Marek Piwowski, Wojciech Wiszniewski, Grzegorz Kędzierski czy Tomasz Zygadło – przyjęła za swój obowiązek „opisanie świata”, w którym przyszło im żyć.

W pewien sposób filmowcy antycypowali postulat słynnej książki Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego „Świat nieprzedstawiony”. Jej autorzy wskazywali, że ówczesna zakłamana, zgrzebna, zdegradowana rzeczywistość nie jest portretowana w polskiej literaturze, a tym bardziej kinie. Jawi się jako pusta przestrzeń, tytułowy świat nieprzedstawiony. Kornhauser i Zagajewski domagali się sztuki, która dostarczałaby wnikliwej analizy rzeczywistości.

Młodzi dokumentaliści wystąpili z programem, wedle którego, żeby świat zrozumieć, trzeba go najpierw opisać. Sportretować realność tak, jak ona wygląda, odchodząc od karabaszowskiego modelu kina dokumentalnego opartego na cierpliwej obserwacji bez ingerencji. Domagali się prawa do jasnego wyrażania poglądów i diagnoz, dowodząc, że dokumentalista nie może uchylać się od ryzyka zajmowania wyrazistego stanowiska. Podczas pamiętnej konferencji prasowej w krakowskich Krzysztoforach Grzegorz Królikiewicz krzyczał w stronę starszych kolegów krytykujących taki model dokumentalizmu jako interwencyjny i doraźny: „Przegryziemy wam gardła”. „To wy uczycie nas konformizmu” – wtórował mu Kieślowski.

Filmowcy nie chcą mówić o współczesnej Polsce

Wtedy wydarzenia grudnia 1970 r. stały się iskrą zapalną, która doprowadziła dokumentalistów do wybuchu. Dziś nic takiego się chyba nie zdarzy. Po pierwsze dlatego, że o dzisiejszej sytuacji w Polsce filmowcy nie chcą opowiadać. Podział, polaryzacja stanowisk, brak chęci, a i możliwości nawiązania dialogu przeniósł się z wyżyn politycznych gabinetów na codzienne życie.

To widać wyraźnie. Toczy się już nie dialog, nawet nie spór, ale swoista zimna wojna polsko-polska o wartości, światopoglądowe imponderabilia, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Na każdym poziomie. I prawie nikt o tym nie opowiada. Ci, którzy próbują, ale zakrzepli w instytucjonalnych uwarunkowaniach finansowania produkcji filmowej, są po prostu pacyfikowani. Składają jakieś wnioski do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a tam takie projekty są utrącane jako niepotrzebne i nieprawomyślne. Mamy więc znów sytuację, w której ogromny wycinek naszej współczesności pozostaje czarną dziurą. Znów mamy więc swój świat nieprzedstawiony.

Nieliczni próbują to zmienić i poszukują alternatywnych ścieżek. Szukają pieniędzy poza oficjalnym układem zamkniętym, który większości wydaje się dziś jedyną drogą do realizacji filmu. Tą alternatywną drogą poszedł Konrad Szołajski. Jego projekt dokumentalnego zderzenia dzisiejszych dwóch Polsk został odrzucony i przez PISF, i przez MKiDN. Szołajski znalazł pieniądze poza Polską, zaczął zdjęcia, zdobył niewielkie wsparcie w Śląskim Funduszu Filmowym, a pieniądze na ukończenie filmu zebrał w internecie. I tak powstał najważniejszy polski dokument ubiegłego roku – „Dobra zmiana”.

Czytaj także: Czy PISF jest niezależny od władzy politycznej?

Komu się nie spodobał film Konrada Szołajskiego

I tego jedynego filmu, który obrazuje zmiany społeczno-polityczne w Polsce ostatnich trzech lat, miało zabraknąć w programie Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Dlaczego? Organizatorzy tłumaczą, że film Szołajskiego był pokazywany w kinach, można go obejrzeć na DVD, jest dostępny w serwisie VOD Onetu, tymczasem festiwal nastawia się na premiery.

Jest to jakiś argument, ale przecież w programie znalazło się wiele filmów, które były prezentowane i nagradzane na innych festiwalach, nawet w polskim konkursie sporo jest tytułów, które premierami nie są. Co więcej, program dopełniany jest kinem niemym z lat 20., bo widać zabrakło materiału do pokazania… Tłumaczenia brzmią zatem trochę jak wykręt.

Podobnie jak argumentacja, że film Szołajskiego nie znalazł uznania w oczach selekcjonerów. Tak się składa, że polską produkcję dokumentalną śledzę na bieżąco. Nie wszystkie filmy, które znalazły się w programie KFF, widziałem, ale widziałem wystarczająco wiele, by stwierdzić, że jest tam sporo filmów słabszych artystycznie od „Dobrej zmiany”, a przy tym dużo mniej istotnych. Czy zdaniem selekcjonerów myli się Tadeusz Sobolewski, który uznał film Szołajskiego za jedno z pięciu najważniejszych dzieł zeszłego roku, myli się Bartosz Żurawiecki, mylą się liczni inni krytycy? Rację ma za to anonimowa komisja selekcyjna KFF?

Czytaj także: Gra sił pomiędzy kinem i streamingiem

Prewencyjna cenzura, czyli lepiej dmuchać na zimne

Być może. Sądzę jednak, że jest inaczej. Zadziałała, jak przypuszczam, prewencyjna autocenzura. Głównymi sponsorami KFF, obok UM Kraków, są PISF i resort kultury. Czyli instytucje, które odmówiły finansowania „Dobrej zmiany”. Do tego dochodzi TVP, której prezesowi Jackowi Kurskiemu film pewnie nie bardzo pasował.

Dwa tygodnie przed rozpoczęciem festiwal nie miał jeszcze podpisanej umowy ani z PISF, ani z TVP. W tej sytuacji zrozumiałe jest, że wolał dmuchać na zimne i publikując program, nie razić swych mecenasów tytułami, które z takich czy innych powodów mogłyby im się nie spodobać. To być może logiczne, ale i smutne. W przeszłości dla dokumentu najważniejszy festiwal, gdzie jeszcze niedawno toczyły się spory etyczne Marcela Łozińskiego z Marcinem Koszałką czy Ewą Borzęcką, ścierały się estetyczne prądy, teraz dobrowolnie rezygnuje z istotnej części własnej tożsamości. Wybiera konformizm, filmy bezpieczne, które sponsorów i mecenasów nie odstraszą. Rezygnuje z funkcji opiniotwórczej, a dumna deklaracja: „Nieodłącznym elementem KFF są pokazy najnowszych i najważniejszych polskich filmów”, staje się niestety nieprawdą.

Czytaj także: „Dobra zmiana” w kinie i telewizji

Punkt wyjścia do dyskusji o Polsce

Festiwal ma oczywiście prawo do własnego doboru filmów konkursowych i pozakonkursowych. Żeby była jasność: „Dobra zmiana” nie jest moim ulubionym filmem Konrada Szołajskiego. Robił już rzeczy lepsze – bardziej drapieżne, prowokujące, choć akurat w tym wypadku to może być zaleta. Szołajski założył sobie swego rodzaju kaganiec, artystyczne umiarkowanie, bo chciał budować most nad naszą polityczną przepaścią, pokazać obie strony tak, by mogły film przyjąć jako bezstronny, co nie jest do końca możliwe.

Ale nawet jeśli uznać ten film za nie całkiem spełniony, to nie sposób odebrać mu znaczenia: to pierwszy i na razie właściwie jedyny dokument o tym, co nas dzisiaj boli. Dlatego jeśli nie w konkursie, to w programie pokazów pozakonkursowych bezwzględnie powinien się znaleźć.

Film jest być może zbyt doraźny, momentami reportażowy. Ale przecież właśnie o to chodzi – podobnie jak we wszystkich dziełach zapisujących to, co się z nami dzieje („czekać trzeba, nim się przedmiot świeży / Jak figa ucukruje, jak tytuń uleży?”). I nie ta doraźność zadecydowała o jego odrzuceniu przez festiwal! A wobec bystro rozwijających się technik elektronicznych i wszechstronnego dostępu do medialnych informacji ścisłe trzymanie się kanonów estetyczno-formalnych przypisywanych filmowi dokumentalnemu jest po prostu anachronizmem.

Paradoksalnie to, co można uznać za słabość „Dobrej zmiany”, czyli zbyt symetryczne wyważanie racji, może brak ostrości, stanowi zarazem znakomity punkt wyjścia do dyskusji o dzisiejszej Polsce (bo film żadnej ze stron nie stawia pod pręgierzem), ale też o kondycji i funkcji kina dokumentalnego, które staje się u nas sztuką dla sztuki. Ale takich dyskusji na festiwalu być może nikt nie chce i nie potrzebuje.

Czytaj także: Jak przegrywa minister Gliński

Sekielskiego też w programie nie ma

Na szczęście na taką sytuację zareagował inny ze strategicznych mecenasów KFF – krakowski samorząd. Ratusz pomógł w organizacji niezależnego pokazu „Dobrej zmiany”. Projekcji towarzyszyć będzie debata poświęcona funkcjonowaniu dokumentu w przestrzeni społecznej. Z udziałem reżysera Konrada Szołajskiego, ale i m.in. Tomasza Sekielskiego, współtwórcy najważniejszego tegorocznego filmu dokumentalnego „Tylko nie mów nikomu”. Nawiasem mówiąc, tego filmu także w programie nie ma. Z powodów w rozumowaniu dyrekcji imprezy oczywistych – nie jest premierą, bo każdy może go zobaczyć na YouTube. A powinien być – jako ważny i także zrealizowany poza systemem obraz współczesności. Mechanizm wykluczenia filmu Sekielskich był zapewne ten sam.

Tak to festiwal krakowski dezerteruje z funkcji opiniotwórczej. Tak już było, choćby w stanie wojennym, gdy ze względów cenzuralnych nie pokazał kilku filmów niewygodnych dla ówczesnych władz – m.in. rewelacyjnych „Dziennikarzy 82’”, debiutu Konrada Szołajskiego. Wówczas w krakowskiej Rotundzie udało się zorganizować pokazy tych „zakazanych” filmów – i ten alternatywny festiwal był znacznie ciekawszy i chętniej oglądany niż oficjalny.

Wygląda na to, że dziś może być podobnie. Choć festiwal robi wszystko, by kwestię zmarginalizować. Zapewnia w oficjalnej narracji, że nie chodzi o cenzurę, ale o kwestie formalne. Chyba nieprzypadkowo tekst w krakowskim „Dzienniku Polskim” sugerujący, że brak filmu Szołajskiego w programie KFF może wynikać z cenzury, szybko zniknął z internetu.

Czytaj także: Tak robiono „Dziennik Telewizyjny”

Pora na festiwal filmów wyklętych?

Powstaje pytanie, czy za rok festiwal, który będzie obchodził 60-lecie, nie powinien dążyć do przywrócenia rangi miejsca spotkań, przestrzeni rozmowy o kinie, ale i o świecie. To pod dzisiejszym kierownictwem nie wydaje mi się możliwe. Niewykluczone zresztą, że jeśli PISF utrzyma kurs, to już żadnego kontrowersyjnego tytułu do pokazania nie będzie... Ale gdyby przypadek „Dobrej zmiany” rozpoczął jakąś dyskusję, to może stanie się cud?

Być może anormalna sytuacja niedopuszczania do głosu filmowców chcących opowiadać o tym, co się dzieje w państwie „dobrej zmiany”, krytycznych, podejmujących tematy tabu, dojrzała do tego, by organizować przeglądy filmów niechcianych, zrealizowanych poza systemem, niewygodnych i spychanych na margines. Taki festiwal „dokumentów wyklętych” być może jest po prostu w Polsce potrzebny.

*Wojciech Kałużyński – niezależny dziennikarz, krytyk filmowy.

Oświadczenie Krakowskiej Fundacji Filmowej, organizatora Krakowskiego Festiwalu Filmowego, w sprawie filmu „Dobra zmiana”

Szanowni Państwo,

w ostatnich dniach Krakowski Festiwal Filmowy stał się przedmiotem bezpardonowych ataków. Twórcy filmu „Dobra zmiana”, który nie zakwalifikował się do programu 59. KFF, zarzucają nam stosowanie cenzury. Chcemy jednoznacznie stwierdzić, że przy układaniu programu zawsze kierujemy się wyłącznie względami merytorycznymi oraz własnymi, niezależnymi wyborami.

Film Konrada Szołajskiego nie został zakwalifikowany do programu tegorocznego festiwalu ze względu na negatywne oceny selekcjonerów oraz fakt, że jest szeroko dostępny w internecie na VOD, na DVD, a także od jesieni ubiegłego roku był pokazywany na festiwalach i w kinach w całej Polsce.

Krakowski Festiwal Filmowy jest na ekskluzywnej liście imprez kwalifikujących do Oscara w kategoriach krótkometrażowych (fabuła, animacja, dokument) oraz pełnometrażowego filmu dokumentalnego, a także rekomenduje do Europejskiej Nagrody Filmowej w tych samych kategoriach. Każdego roku do selekcji zgłaszanych jest ok. 3000 filmów z całego świata, z tego niecałe 200 trafia do programu. Utrzymanie tak wysokiej pozycji w świecie wymaga od nas poszukiwania filmów nowych, pokazywanych premierowo na naszym festiwalu. Z powodów oczywistych dotyczy to głównie filmów polskich, dla których krakowski festiwal jest szansą na zaprezentowanie się gościom zagranicznym. Wiele z nich właśnie tutaj rozpoczyna karierę międzynarodową.

Gdyby film Konrada Szołajskiego był dziełem wybitnym albo co najmniej wyjątkowym, zapomniałbym o tym, że nie spełnia podstawowych wymogów Krakowskiego Festiwalu Filmowego. Ale film Konrada Szołajskiego wybitny nie jest, mało tego – spotkał się z jednoznacznie negatywną oceną selekcjonerów i nie otrzymał tzw. rekomendacji, która obliguje mnie do zapoznania się z takim tytułem i rozważenia jego udziału w programie. Warto dodać, że komisja selekcyjna składa się z osiemnastu osób reprezentujących aktywnych filmowców, krytyków filmowych i filmoznawców, a proces selekcji jest wieloetapowy. Mimo braku rekomendacji film obejrzałem, ponieważ znałem projekt już na etapie realizacji, jako że producent festiwalu, Krakowska Fundacja Filmowa, którą prowadzę, opiekowała się nim od początku, promując go na zagranicznych wydarzeniach branżowych, co zostało nawet odnotowane w napisach końcowych, gdzie pojawiają się podziękowania dla naszej fundacji i dwóch koleżanek z zespołu.

Dopiero na dwa dni przed rozpoczęciem festiwalu dotarła do siedziby naszej fundacji petycja dotycząca filmu „Dobra zmiana” podpisana przez 40 podmiotów – osób i organizacji oraz 250 internautów. Wymownym jest, że wśród osób, które złożyły swój podpis pod listem z imienia i nazwiska, nie ma ani jednego dokumentalisty.

Reżyser, który całą tę awanturę wywołał, doskonale wcielił się w rolę męczennika systemu. Twórcy skwapliwie wykorzystują okazję, aby kosztem dobrego imienia i pozycji festiwalu promować film, którego premiera miała miejsce ubiegłej jesieni i nie odbiła się szerokim echem wśród publiczności i mediów.

Zasmuca nas fakt, że w dzisiejszych czasach tak łatwo jest podważyć autorytety i zdyskredytować decyzje doświadczonych gremiów eksperckich, przypisując im motywy polityczne. Te treści rozprzestrzeniają się szybciej przez bezrefleksyjne powielanie niezweryfikowanych informacji w mediach społecznościowych.

Szołajski jako jedyny filmowiec zajął się w pełnometrażowym filmie dokumentalnym tematem naszego totalnego rozwarstwienia społecznego i poróżnienia politycznego, ale czy to oznacza, że jego film powinien być traktowany szczególnie i poza wszelkimi kryteriami, bo „na bezrybiu i rak ryba”?

Jako dyrektor festiwalu, tego festiwalu, wiem, ile ważą moje coroczne decyzje programowe, toteż staram się podejmować je bardzo odpowiedzialnie i co najważniejsze w tym kontekście – nigdy ich nie zmieniam, bez względu na rodzaj interwencji i z której strony się pojawiają.

Z poważaniem
Krzysztof Gierat – prezes Fundacji i dyrektor Festiwalu
Barbara Orlicz-Szczypuła – wiceprezes Fundacji i dyrektor biura programowego Festiwalu
oraz zespół Krakowskiego Festiwalu Filmowego

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama