Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kultura

Sukces Skolimowskiego w Cannes. „IO” to hipnotyzujący film

Kadr z filmu „IO” Kadr z filmu „IO” Gutek Film
„IO” to przejmujący protest przeciwko niehumanitarnemu traktowaniu zwierząt, zabijaniu, niszczeniu przyrody. W drugiej kolejności – smutna bajka, w której przeglądają się sprawcy, ofiary i świadkowie. Film otrzymał Nagrodę Jury (ex aequo zostali wyróżnieni Felix Van Groeningen i Charlotte Vandermeersch za „Le otto montagne”). Złotą Palmę odebrał Ruben Östlund za „Triangle of Sadness”.

W nowym filmie Jerzego Skolimowskiego największy zachwyt budzą poetyckie zdjęcia Michała Dymka, dzięki którym ta niepokojąca opowieść o niewinności zamienia się w wizualny poemat. Chociaż gra tu Francuzka Isabelle Huppert, nie ona jest gwiazdą „IO”, tylko tytułowy osiołek – niemy świadek okrucieństwa świata.

Niektóre ujęcia są jak strofy wiersza. Mimochodem odbija się w nich tajemnicze piękno niesłużące właściwie niczemu poza silnym zdziwieniem, że coś tak niesłychanie wzniosłego jest w ogóle możliwe do pomyślenia w świecie przynoszącym tyle bezinteresownego cierpienia. Piekło powinno być bardziej odpychające, a nie kusić estetycznym wyrafinowaniem, jednak ziemia, która w „IO” tak przeraża, jest jednocześnie rajem osiągalnym tylko przez chwilę dla nielicznych, którzy to piękno chcą w sobie zatrzymać, dostrzec albo jedynie poczuć. Wyraża to subtelnie plakat reklamujący film. Na tle majestatycznej, kamiennej tamy na łukowatym moście – prawie niezauważalna figurka osła. Bohaterem obrazu jest zwierzę, ale góruje potężniejsza od niego, zwiastująca nieszczęście surowość natury przetworzona ręką człowieka.

Czytaj też: Świetna „Żona Czajkowskiego”. W Cannes już zagościła polityka

Osiołek. Czuły obserwator nieszczęść

„IO” jest hołdem złożonym przedostatniemu dziełu wielkiego francuskiego mistrza Roberta Bressona z 1966 r. W przygotowanych materiałach dla prasy (reżyser odwołał w ostatniej chwili przyjazd do Cannes, podobno z powodu pogorszenia stanu zdrowia) Skolimowski przyznaje, że „Na los szczęścia, Baltazarze!” był jedynym filmem wywołującym u niego łzy. Na żadnym innym seansie już nigdy potem nie płakał. Zadziałało to, że zwierzę stało się najsilniejszym źródłem emocji na ekranie. U Polaka też tak jest.

Film Bressona polemizował z figurą ofiary przynoszącej zbawienie. Tytułowy osiołek Baltazar, będąc świadkiem okrucieństwa, uosabiał czystość i cnotę. Ciężko pracujące zwierzę, niby-nieformalny odkupiciel człowieka, brało na siebie wszystkie jego plagi, bez skutku jednak. Dramat mający charakter przypowiastki był swego rodzaju studium świętości. Mówił o podłości i cierpieniu, dając wgląd we wrodzone okrucieństwo i destrukcyjne instynkty człowieka, nie pozostawiając właściwie żadnej nadziei. Jednocześnie wydawał się niemal banalny ze swoimi czarno-białymi zdjęciami nawiązującymi do tradycji kina niemego.

U Skolimowskiego sens jest podobny, protagonistą też jest szary osiołek z białą łatą wokół oczu. Kochany i porzucony przez dziewczynę w czerwonej sukience. Chrześcijańskich odniesień za wiele tu nie ma. Wyjątek stanowi scena wymyślona specjalnie dla Isabelle Huppert – epizod rozgrywający się w pałacu przypominającym katedrę. Osiołek nie ma przypisanej „zbawczej” misji. Ma być czułym obserwatorem nieszczęść, które spadają głównie na niego. W zasięgu jego wzroku zdarzają się też zbrodnie w skali mikro i makro, których doświadczają inne zwierzęta i osoby. Krajobrazy się zmieniają, sprawcy są zawsze ci sami – źli ludzie.

Wizerunek nędzy wzięty jest w „IO” jakby z odległej epoki czasów młodości reżysera. Gospoda, stadnina, miasteczka, przez które wędruje IO, są repliką miejsc znanych ze starych, peerelowskich fotografii. Nawet typy przecinające biało-czerwoną wstęgę czy kibole odgrywający rytualny taniec nienawiści wydają się skądś znajomi: tępi, rubaszni, agresywni, jakby czas się zatrzymał i stanął w miejscu. Nowoczesna jest za to forma tego dzieła. Skąpane w czerwieni, powracające niczym refren sny i koszmary na jawie zapowiadają nieuchronnie nadciągający, brutalnie krwawy finał. Rozbita narracja, dziwne kąty ustawienia kamery, dynamiczny montaż – hipnotyzują, kontynuując wizualny eksperyment apokaliptycznego thrillera „11 minut”.

Skolimowski bombarduje zmysły

Połączeń z wcześniejszymi dokonaniami Skolimowskiego jest zresztą więcej. Długa, niema wędrówka po lasach, bezdrożach i wyludnionych przestrzeniach w celu uwolnienia się od fatum może się kojarzyć z golgotą uciekającego więźnia z „Essential Killing”. Rozpaczliwy bunt – z tułaczką Andrzeja Leszczyca z „Rysopisu” czy „Walkowera”, gdzie również walka o zwycięstwo przeradzała się w ponury, egzystencjalny spektakl wyczekiwania na najgorsze z możliwych rozwiązań. To przeczucie klęski wpisane w rozmaite znaki i filmowe symbole, jak pamiętny martwy piksel z „11 minut”, wraca z impetem w „IO”.

Czynić zarzutu z tego nie ma sensu, bo taki był i jest światopogląd Skolimowskiego, patrzącego bez złudzeń, z coraz większym pesymizmem na poczynania bliźnich. Problemem jest co innego. Aby uatrakcyjnić dramaturgię i ułatwić identyfikację, oprócz oszałamiającej oprawy plastycznej reżyser bombarduje zmysły symfonią dźwięków skomponowaną przez Pawła Mykietyna m.in. z motywami opery Leoncavalla, mozartowskiego requiem, utworów Góreckiego. Dość nachalnie i patetycznie, co nie pomaga budowaniu empatii. Bodźców jest po prostu za dużo.

Czytaj też: Cannes 2022. Skolimowski, Smoczyńska, Kłyszewicz i reszta świata

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Przerwane porwanie: koszmar 14-latki z Poznania. „To już z nią zostanie”

Tylko niesamowity zbieg okoliczności sprawił, że policji udało się przerwać udrękę 14-latki porwanej w Poznaniu przez matkę jej koleżanki. Było golenie głowy, przypalanie papierosami, gwałt. Co dalej by wymyśliła ta kobieta?

Violetta Krasnowska
03.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną