Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kultura

Cannes 2023: mizerny Indiana Jones. I budzące szok arcydzieła o Zagładzie

Kadr z filmu „Strefa interesów” Kadr z filmu „Strefa interesów” mat. pr.
Indiana Indianą – głównym problemem jest tu logika i efekty specjalne wyglądające jak ze starego kina. Równocześnie pojawiają się jednak w Cannes rzeczy wybitne. Obezwładniające, dotykają tematu Zagłady z nowej perspektywy.

„Nie do opisania” – tak 80-letni Harrison Ford skwitował zgotowaną mu owację na światowej premierze „Indiany Jonesa i artefaktu przeznaczenia”, w którym zagrał po raz ostatni słynnego archeologa. Reakcja aktora uhonorowanego z tej okazji Złotą Palmą za całokształt twórczości świetnie oddaje też konsternację i błyskawicznie zmieniające się canneńskie nastroje, wywołane pokazywanymi tu filmami, które próbują, który to już raz, rozliczać się z Zagłady.

Indiana Jones: zero logiki

W piątej części przygód Indiany Jonesa galopująca akcja przenosi się z końcówki okupacji do 1969 r. Z tego przeskoku czasowego nic, oprócz nowych gadżetów i zmiany scenografii – na coraz bardziej komiksową – nie wynika. Film jest hołdem złożonym poprzednim częściom popularnej serii. Grany przez Harrisona Forda bohater, odzyskawszy włócznię, którą rzekomo przebito bok Chrystusa, dowiaduje się, że to fałszywka, więc jego umysł natychmiast zaprząta inny artefakt – magiczna tarcza stworzona przez greckiego matematyka Archimedesa w III wieku p.n.e. Plan odzyskania tarczy (a właściwie jej skradzionej połowy) torpeduje zatwardziały, megalomański nazista, po wojnie zatrudniony przez NASA do rozwijania programu lotów kosmicznych, w którego wciela się uwielbiany przez kinomanów Mads Mikkelsen.

Krytycy – całkiem słusznie – nie pozostawili suchej nitki na surrealistycznej fabule, której nie brakuje dynamiki, barwnych plenerów i atrakcji w rodzaju nudnych pościgów samochodowych. Indiana Indianą, ale głównym problemem jest tu logika oraz efekty specjalne wyglądające jak ze starego kina.

„Artefaktu przeznaczenia” nie wyreżyserował Steven Spielberg. Za kamerą stanął tym razem specjalista od przygodówek James Mangold („Logan”, „Le Mans 66”), co fanom franczyzy powinno zapalić lampkę ostrzegawczą. „Jest tak wiele oczekiwań związanych z filmem takim jak ten, a zdołasz spełnić tylko niektóre z nich, ponieważ każdy ma własną, ukochaną wersję Indiany Jonesa i nie ma mowy, abyś zadowolił wszystkich” – usprawiedliwiał się na konferencji prasowej Mangold. Wzbudzającemu nostalgię widowisku nie przeszkodzi to stać się wakacyjnym przebojem (wchodzi do kin pod koniec czerwca), ale czy na miarę pokazywanego premierowo rok temu w Cannes „Top Gun: Maverick” z Tomem Cruise′em?

Harrison Ford w CannesLoic Venance / AFP/EAST NEWSHarrison Ford w Cannes

Holokaust, Amsterdam, Nasielsk

Równocześnie z filmem Mangolda pojawiają się rzeczy wybitne, może dlatego, że nie są skierowane do masowego odbiorcy. Obezwładniające, dotykają tematu wojny z nowej perspektywy. Takim arcydziełem okazał się ponadczterogodzinny dokument „Occupied City” Stevena McQueena.

Zrealizowany przez brytyjskiego artystę wizualnego spektakl, podobnie jak dziewięcioipółgodzinny „Shoah” Claude′a Lanzmanna, nie zawiera ani jednego archiwalnego ujęcia, choć w całości poświęcony jest niemieckiej okupacji Amsterdamu i eksterminacji zamieszkującej miasto ponadstutysięcznej mniejszości żydowskiej, z której ocalało niecałe 5 proc. Nie ma też gadających głów, wywiadów przełamujących ból, wstyd, wyrzuty sumienia z tymi, co przeżyli, albo z ich krewnymi lub świadkami. McQueen nie podejmuje próby dotarcia do sprawców, nie przedstawia dowodów, nie penetruje archiwów. W warstwie wizualnej są tylko obrazy współczesnego Amsterdamu: ruchliwe ulice, place z przechadzającymi się ludźmi, kamienice filmowane statycznie albo z lotu ptaka, wnętrza urzędów, szkół, mieszkań, kościołów, pływalni i łapane na gorąco lokalne wydarzenia. W sumie ok. 130 lokacji.

Pozornie niewiele znaczące scenki są jednak ściśle powiązane z rzeczową narracją lektorki, czytającej dość beznamiętnym tonem zdawkowe, kilkuzdaniowe informacje o tym, co się w tych miejscach działo w przeszłości. Kto tam mieszkał, jak się nazywał, co go spotkało, gdzie i w jakich okolicznościach zginął. Uzupełniane niekiedy wiadomościami o losie morderców czy donosicieli.

Kadr z filmu „Occupied City”mat. pr.Kadr z filmu „Occupied City”

Teksty napisała Bianca Stigter (prywatnie żona reżysera), holenderska producentka, pisarka i reżyserka, która dwa lata temu nakręciła zdumiewający dokument „Trzy minuty: zatrzymane w czasie”, oparty na trzyminutowym amatorskim nagraniu o codzienności Nasielska, polskiego miasteczka, w przededniu wybuchu II wojny światowej. Połowę jego mieszkańców stanowili Żydzi. Z 3 tys. jedynie stu przeżyło Holokaust. Wydłużając ten unikalny zapis do godziny i sześciu minut, udało się jej stworzyć jedyny istniejący portret zbiorowy tej społeczności przed jej zniszczeniem.

Czytaj też: Johnny Depp wrócił na czerwony dywan. A miał być skandal

Film, który budzi szok

„Occupied City” opiera się z kolei na ilustrowanej książce historycznej Stigter „Atlas okupowanego miasta (Amsterdam 1940–1945)”, nad którą autorka pracowała 18 lat. Zwięzłe filmowe komentarze (o Anne Frank wspomina się parę razy bez pokazywania domu, w którym się ukrywała) to zaledwie promil przytoczonych w niej faktów, biografii, wydarzeń. Oprócz dziesiątków przykładów cierpienia twórcy filmu nie zapominają, że byli też kolaboranci wydający na pewną śmierć swoich sąsiadów, że 25 tys. Holendrów wstąpiło w szeregi SS i walczyło na wschodnim froncie, że wśród ofiar znajdowali się m.in. członkowie holenderskiego ruchu oporu, osoby homoseksualne, czarnoskórzy, Cyganie, świadkowie Jehowy oraz żydowscy donosiciele. Z polskiej perspektywy można odnieść wrażenie, że to wszystko przecież doskonale znamy, jednak sposób, w jaki to piekło zostaje opisane w powiązaniu z obrazami współczesności, budzi szok.

Kronika śmierci, choć chwilami monotonna i nużąca, nie sprowadza się tylko do idei „nieobecności jako znaku obecności”. Zderzona z szalejącą pandemią, napływem ukraińskich uchodźców, manifestacjami przeciwko globalnemu ociepleniu, protestami przeciwko rasistowskiej polityce – staje się jakby poetycką refleksją nad przeznaczeniem, powtarzalnością procesów dziejowych, pracą pamięci, metahistorycznym esejem o wyraźnie wyczuwalnej, choć trudnej do sprecyzowania roli i obecności duchów.

Królowa Auschwitz. Banalność zła

Jeszcze większą sensację wzbudziła „Strefa interesów”, niepodobna do niczego, budząca grozę opowieść o prywatnym raju pieczołowicie urządzanym przy bramie do Auschwitz przez komendanta obozu Rudolfa Hössa i jego bliskich. Powstały w koprodukcji z Polską film Jonathana Glazera (zdjęcia robił Łukasz Żal, za produkcję odpowiadała Ewa Puszczyńska) jest luźną adaptacją głośnej powieści Martina Amisa. Sprowadzona do jednego wątku szczątkowa fabuła polega na drobiazgowej obserwacji życia rodzinnego wypełnionego beztroskimi spacerami nad rozsłonecznionym brzegiem rzeki i zabawami w przydomowym ogrodzie, gdzie rozkwitają czerwone róże, a bluszcz nie zdążył jeszcze przesłonić betonowego muru, odgradzającego dwupiętrową willę od obozowych baraków.

Pięcioro roześmianych dzieci Hössa bawi się grzecznie zabawkami, wśród których nie brakuje też protez zębowych więźniów. Żona komendanta (Sandra Hüller, pamiętna odtwórczyni głównej roli w „Toni Erdmann”) lubi być nazywana „królową Auschwitz”, a wizja rychłych przenosin Rudiego do Oranienburga wzbudza w niej histerię i bunt, bo o takim raju przecież marzyła, odkąd wzięli ślub. Widownia reaguje na tę scenę panicznym śmiechem, chociaż nie została ona wymyślona przez scenarzystę. Opisał ją w swoich pamiętnikach ogrodnik Hössa, który cudem przeżył wojnę.

Glazer przedstawia ten danse macabre nie jak groteskę, tylko ze śmiertelną powagą, niczym antropolog przyglądający się pod mikroskopem wyjątkowemu znalezisku. Unika dosłowności, zbliżeń, wszystko pokazuje w szerokich planach, podkreślających konsekwentne odcinanie się od rzeczywistości niemieckiej rodziny. Tylko w dalekim tle czasami dostrzec można unoszące się kłęby dymów z komina krematorium i parowozów z transportami. Od czasu do czasu jakiś człowiek w pasiakach przyniesie futro (podarunek od komendanta dla małżonki), inny posypie grządki z kwiatami popiołem z pieców. Szaleństwo zabijania oddaje ścieżka dźwiękowa. Ciszę przerywają niewyraźne jęki rozstrzeliwanych, serie z karabinów, ryki esesmanów kierujących transporty do gazu. Nikomu z domowników to jednak nie przeszkadza. A może nauczyli się już tego nie słyszeć.

Glazer mówi o nienormalnej normalności. O odwracaniu oczu od ludzkich krzywd, co było nie tylko specjalnością nazistów. Podczas gdy w literaturze popularnej doświadczenie Zagłady jest wypychane poza obszar tego, co realne, i sprowadzane do poziomu estetycznego kiczu, Glazer wraca do źródeł i minimalistycznymi środkami zmusza do ponownego przyjrzenia się tamtemu doświadczeniu, ciężarze (wspólnej) winy. Hannah Arendt nazywała to banalnością zła.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Historia

Mieli rusyfikować, a się spolonizowali. Rosyjscy kolonizatorzy na Mazowszu

W XIX w. car sprowadził na Mazowsze rosyjskich kolonistów. Mieli krzewić rodzimą kulturę i zruszczać okoliczną ludność. Zamiast tego Rosjanie sami się spolonizowali.

Violetta Wiernicka
21.05.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną