Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Awantura o „Ołowiane dzieci”. Spadkobiercy walczą o dobre imię babci. Ile jest fikcji w serialu na faktach?

Fikcyjna prof. Krystyna Berger, grana przez Agatę Kuleszę, zastąpiła prawdziwą bohaterkę. Fikcyjna prof. Krystyna Berger, grana przez Agatę Kuleszę, zastąpiła prawdziwą bohaterkę. Robert Pałka/Netflix
Czy serialowa bohaterka o fikcyjnym nazwisku może być utożsamiana z realną postacią? Spadkobiercy prof. Bożeny Hager-Małeckiej walczą o jej dobre imię.

„Ołowiane dzieci”, najnowsza polska produkcja Netflixa, od początku była porównywana do „Czarnobyla” – świetnego miniserialu Craiga Mazina z 2019 r. Oczywiście inny był rozmiar rzeczywistych katastrof, do których wracały te dzieła, i zupełnie inny rozmach realizacyjny czy skomplikowanie serialowej akcji, jednak obie produkcje pokazywały skorumpowany system, społeczne i ludzkie koszty ignorowania zabezpieczeń w przemyśle, bieg po „osiągi” i pozycję za cenę bezpieczeństwa i zdrowia ludzi, wreszcie – walkę jednostek o prawdę w autorytarnych państwach.

Oba seriale też zastrzegają, że są fabułami, a nie dokumentami: przedstawione w nich wydarzenia są „inspirowane prawdziwymi”. Prawa dramaturgii wymuszają kondensacje czasowe, łączenie kilku postaci w jedną, „podrasowywanie” konfliktów, presji i zagrożenia.

Plusem jest przywrócenie do powszechnej świadomości bardziej bądź mniej zapomnianych wydarzeń i postaci (niedawno Netflix w sposób spektakularny przypomniał o katastrofie promu „Jan Heweliusz”, a w Stanach toczą się dyskusje m.in. wokół serialu Disney+ „Love Story: John F. Kennedy Jr. i Carolyn Bessette”, który wraca do historii głośnej w latach 90.). Minusem – dla części widzów ekranowa, fabularna wersja może oznaczać tę prawdziwą. Sprawa jednak nie wydaje się taka prosta.

Seriale, fakty i mity

Scenariusz „Ołowianych dzieci”, autorstwa Jakuba Korolczuka, opiera się na wydanym sześć lat temu książkowym reportażu Michała Jędryki „Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia”. Swoje wniosły też rozmowy z rodziną zmarłej przed trzema laty dr Jolanty Wadowskiej-Król, która jest główną bohaterką tej „inspirowanej faktami” opowieści o walce kobiet o zdrowie dzieci niszczone przez Hutę Metali Nieżelaznych „Szopienice” w Katowicach w 1974 r.

Ale obok postaci noszących prawdziwe nazwiska, jak wojewoda śląski Jerzy Ziętek, pierwszy sekretarz parii w regionie Zdzisław Grudzień czy pielęgniarka Wiesława Wilczek, są też bohaterowie zmyśleni – jak czołowy antagonista Dochtórki, major SB Hubert Niedziela.

Serial firmują Ślązacy – reżyserem jest Maciej Pieprzyca, urodzony i wychowany w Katowicach, w wielu rolach występują aktorzy z regionu, w tym z Teatru Śląskiego w Katowicach, na czele z dyrektorem Robertem Talarczykiem, który uczynił z tej sceny miejsce rozmowy o historii i tożsamości śląskiej. A jednak pierwsze negatywne komentarze dotyczyły generalnie obrazu Śląska w serialu.

Osiedle przylegające do Huty i najbardziej narażone na trujące wyziewy jest tu pokazane jak relikt XIX-wieczny, a jego mieszkańcy kultywują zabobony (lizanie rany przez psa ma przyspieszyć gojenie), negują ciemne strony Huty żywicielki, w lekarce widzą mącicielkę. Ta w rzeczywistości nie musiała ich przekonywać ani do siebie, ani do swojej teorii. Więc krytycy serialu w tym osiedlu (na ekranie jest też Śląsk nowoczesny) i jego mieszkańcach widzą dowód na „kolonizatorskie”, paternalistyczne, warszawocentryczne spojrzenie na region. Podbijane przez wrażenie – zasadne – że serialowa Wadowska-Król w wykonaniu Joanny Kulig, w przeciwieństwie do rzeczywistej, jest postacią z zewnątrz i patrzy, przynajmniej na początku, na rodziny swoich małych pacjentów z wyższością.

Czytaj też: „Ołowiane dzieci”, czyli lekarka kontra system. Tę historię trzeba przypominać

Wymazana bohaterka

Ale najsilniejszy cios wyprowadził Stanisław Torbus, wnuk prof. Bożeny Hager-Małeckiej, postaci, która w serialu nie występuje. Zmarła w 2016 r. lekarka była ordynatorką Kliniki Pediatrycznej w Zabrzu i wojewódzką konsultantką do spraw pediatrii, a w latach 1976–89 także posłanką na Sejm. W rzeczywistości to ona zdiagnozowała ołowicę na podstawie badań dzieci prowadzanych przez dr Wadowską-Król w przychodni w Dąbrówce Małej obok Szopienic i zleciła jej przeprowadzenie badań przesiewowych.

Wadowska-Król wraz z pielęgniarką Wiesławą Wilczek (Kinga Preis) przebadały 5 tys. dzieci, co pozwoliło pokazać prawdziwy rozmiar katastrofy. A prof. Hager-Małecka rozciągała parasol ochronny nad działaniami lekarki i rozmawiała z wojewodą Ziętkiem, czego efektem była organizacja pobytów w sanatoriach dla dzieci i przeprowadzka rodzin do nowych mieszkań.

W serialu została zastąpiona przez fikcyjną prof. Krystynę Berger, graną przez Agatę Kuleszę. Stoi w cieniu głównej bohaterki, której pomaga – robiąc z grubsza to co prof. Hager-Małecka, ale z pozycji twardej realistki: wie, na co system może pozwolić, a na co zdecydowanie nie. Jest więc tłem, na którym jeszcze silniej może zabłysnąć idealizm i romantyczna bezkompromisowość serialowej Dochtórki. Wnuk prof. Hager-Małeckiej widzi w tym zakłamywanie historii i wymazywanie bohaterskiej postaci.

„Największą krzywdą, jaką można zrobić drugiemu człowiekowi, jest wymazanie go z pamięci. Kiedy dowiedziałem się, że zamierzają nakręcić serial »Ołowiane dzieci« na podstawie świetnie napisanej książki Michała Jędryki, przepełniała mnie duma, że dokonania dr Jolanty Wadowskiej-Król, pielęgniarki Wiesławy Wilczek oraz mojej babci, profesor Bożeny Hager-Małeckiej, zostaną pokazane całemu światu. Te trzy kobiety w czasach głębokiej komuny wykazały się olbrzymią odwagą i determinacją, by ratować śląskie dzieci. Po obejrzeniu serialu zobaczyłem, że rola mojej babci została przedstawiona w sposób diametralnie odbiegający od faktów” – pisał rozgoryczony na Facebooku tuż po premierze.

„Ołowiane dzieci”: w imię babci

Teraz, jak informuje „Gazeta Wyborcza”, zamierza walczyć o dobre imię swojej babci. Złożył pismo do Śląskiego Uniwersytetu Medycznego o powołanie Fundacji im. prof. Bożeny Hager-Małeckiej, która kultywowałaby pamięć, chroniła dorobek naukowy profesorki i promowała zdrowie i profilaktykę chorób środowiskowych u dzieci, szczególnie na Śląsku. A do Netflixa pełnomocnik rodziny wysłał ostateczne przedsądowe wezwanie do zaniechania naruszeń dóbr osobistych.

Żądają od serwisu zamieszczenia przed każdym odcinkiem planszy informującej, że postać prof. Berger nie odzwierciedla rzeczywistej roli prof. Bożeny Hager-Małeckiej w zwalczaniu epidemii ołowicy oraz opublikowania oficjalnego oświadczenia, w którym zostanie przywrócona jej właściwa rola. A także zapłaty zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych na rzecz fundacji, którą zamierza założyć wnuk profesorki.

Jaki będzie finał sprawy, dopiero się okaże. Czy serialowa bohaterka o fikcyjnym nazwisku może być utożsamiana z realną postacią? Tym bardziej że w „Ołowianych dzieciach” zastosowano rozróżnienie: są tu postacie noszące nazwiska rzeczywistych pierwowzorów i postacie pozbawione tak bliskich relacji z realiami, co pozwala widzom uniknąć łatwych pomyłek i automatycznego postrzegania ekranowej historii jako historycznego dokumentu. Z uczuciami rodziny trudno jednak dyskutować, podobnie zresztą jak z rzeczywistymi dokonaniami prof. Bożeny Hager-Małeckiej. Te ostatnie zaś stają się dziś szerzej znane paradoksalnie właśnie dzięki serialowi, który tę postać pominął.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną