Recenzja filmu: „Orzeł. Ostatni patrol”, reż. Jacek Bławut
W filmie Bławuta chodzi o szaleństwo ginących ludzi. W pełni świadomych, co ich czeka i na co zostali skazani.
W filmie Bławuta chodzi o szaleństwo ginących ludzi. W pełni świadomych, co ich czeka i na co zostali skazani.
David O. Russell, luźno opierając się na faktach i domysłach, nakręcił awanturniczy film szpiegowski, swobodnie przeskakujący między sensacją a komedią.
To delikatnie poprowadzona, subtelna opowieść o sile przywiązania i miłości.
Dokument Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego to przejmujące studium młodego pokolenia Ukraińców próbującego dokonać czegoś na kształt bilansu trwającej od 2014 r. wojny w Donbasie.
Dla zasady, czyli przypomnienia, jak to wszystko wyglądało z zewnątrz, powinno się uważnie przestudiować ten wybitny dokument.
Żuławski poszturchuje narodowe mity, jednocześnie rozdając ciosy na wszystkie strony.
Z taką brutalną dosłownością, a zarazem dogłębnym smutkiem o Marilyn Monroe nie opowiadał w kinie chyba jeszcze nikt.
Sukces filmu nie byłby możliwy, gdyby nie nadzwyczajna kreacja Dawida Ogrodnika grającego księdza Kaczkowskiego.
Seans wyłącznie dla najwierniejszych fanów, pozostali powinni raczej wrócić do pięknie odrestaurowanego pierwowzoru, dostępnego w tym samym serwisie streamingowym.
Kamera cierpliwie towarzyszy bohaterom w upokarzających czynnościach, dając złudzenie bezpośredniego uczestnictwa w niemym cierpieniu.
„Broad Peak” to bezprecedensowa jak na polskie warunki superprodukcja ukazująca kulisy i konsekwencje trwającej aż siedem miesięcy słynnej wyprawy zimowej na K2.
Obrona Grodna we wrześniu 1939 r., choć trwała krótko, bo zaledwie kilka dni, intensywnością zbrodni wojennych przypominała późniejszą pacyfikację Warszawy.
Problem zaginionych dzieci, które z niejasnych powodów uciekły z domu lub zostały porwane przez nieznanego sprawcę i nigdy nie udało się ich odnaleźć, to dla rodziców niewyobrażalna trauma.
Wypuszczony z butelki dżinn obiecuje spełnić trzy życzenia, ale pragnienie bogactwa, sławy, podziwu zawsze ma tragiczne skutki.
Wesołość budowana jest tu na poczuciu zażenowania zmieszanego z elementami rom-comu.
Debiut fabularny dyplomowanej antropolożki i absolwentki reżyserii Agnieszki Woszczyńskiej to formalny popis minimalizmu narracyjnego i analitycznej obserwacji letniej sielanki podszytej kłamstwem, wypaleniem seksualnym, rasizmem.
Film trafia na ekrany z sześcioletnim poślizgiem, dowodząc, że kłopoty produkcyjne można jednak skutecznie pokonać, a poświęcenie ekipy nie idzie na marne.
Największym atutem filmu są unikalne, niezwykłej urody obrazy podstępnej, groźnej natury, kręcone z narażeniem życia na archaicznym z dzisiejszego punktu widzenia sprzęcie.
Od premiery pierwszego „Predatora” minęło niedawno 35 lat. W tym czasie kosmiczny drapieżca pojawił się w licznych komiksach, powieściach i grach wideo oraz kilku niespecjalnie udanych filmowych sequelach.
Olbrzymie luki w psychologicznym rysunku postaci. W tej sferze filmowcy ponoszą klęskę największą.