Recenzja płyty: Van Morrison, „Three Chords and the Truth”
Każda z piosenek to oddzielne dzieło sztuki, a cała płyta jest wielką lekcją kultury muzycznej i mistrzostwa wykonawczego.
Każda z piosenek to oddzielne dzieło sztuki, a cała płyta jest wielką lekcją kultury muzycznej i mistrzostwa wykonawczego.
Bo stare umie być nowe. Brawa dla Mai, brawa dla Wojtka Krzaka, producenta tej fonograficznej perełki.
Kolejne muzyczne spotkanie ze zmarłym w 2016 r. Leonardem Cohenem wydaje się gestem jak z obchodzącej niedawno półwiecze powieści „Ubik” Philipa Dicka.
Są stylowe gitary, dobry wokal, zawodowe brzmienie, ale brakuje tej iskry, która podnosi niepostrzeżenie temperaturę płyty.
Muzycy pozostają wierni swojej wersji minimalistycznego surowego blues rocka.
Zestaw 9 piosenek nie przestaje być intymną kroniką wydarzeń i wzruszającym wyznaniem.
Cała płyta potwierdza, że istotnie wszystko się może zdarzyć. Tylko czy musi?
Nikogo już chyba nie dziwi rehabilitacja grupy Papa Dance jako polskiego przyczółku new romantic i sophisti-popu – melodyjnej muzyki lat 80., zwykle bazującej na brzmieniach syntezatorów, ale zarazem dalekiej od prymitywizmu w formie.
To już druga płyta z muzyką Wajnberga, na której zwyciężczyni Konkursu Chopinowskiego z 2010 r. znakomicie partneruje wielkiemu skrzypkowi.
Tymon atakuje pisowski Mordor.
Nieprzerwana inwazja szorstkiego, męskiego gitarowego rocka.
Więcej różnych brzmień, więcej głosów, niuansów i różnorodności.
Wyrazistą osobowość saksofonisty znakomicie uzupełniają pozostali członkowie kwartetu.
Bezpretensjonalna, nieskomplikowana porcja muzyki ciągle dalekiej od prostactwa disco polo.
Czy 50 lat po Beatlesach warto być pogrobowcem największego zespołu w historii?
Śmiem twierdzić, że, podobnie jak na antyrządowych manifestacjach KOD, barierą dla odbiorcy może się okazać nie sens, tylko estetyka.
Druga płyta nietypowego wciąż duetu – bo mimo wzajemnych sympatii środowiska alternatywnego rocka i hip-hopu spotykają się na wspólnym gruncie rzadko.
Repertuar to wydłużone i rozbudowane w partiach solowych utwory Karasińskiego, Warsa, Ferszki i innych.
Już pierwsze dźwięki otwierającego całość „Come Together” wbijają w fotel, szczególnie, jeśli słucha się tego na dobrym sprzęcie.
Rzadki przypadek, gdy wiodąca postać z cenionej grupy zaczyna solową karierę, przy której dokonania zespołu z miejsca bledną.