Osoby czytające wydania polityki

„Polityka” - prezent, który cieszy cały rok.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Nauka

Krawędź kosmosu. Jedyne miejsce, w którym świat się dogaduje. Bo nie ma innego wyjścia

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS) Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS) NASA
A gdyby tak całą Ziemię potraktować jak jedną wielką międzynarodową stację kosmiczną? Wówczas szybko porozumielibyśmy się na świecie, i to wszyscy: Amerykanie, Chińczycy, Rosjanie, Ukraińcy, Żydzi i Palestyńczycy. I to natychmiast. Nie mielibyśmy absolutnie innego wyjścia.

Kilkanaście dni temu przedstawiciele rosyjskiej agencji kosmicznej – Roskosmos – oświadczyli, że wspólnie z partnerem amerykańskim (NASA) będą nadal, co najmniej do końca 2025 r., wysyłać kosmonautów i astronautów do wspólnych ekspedycji na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS). I być może ta kooperacja utrzyma się nawet do 2028 r. Informację potwierdzili przedstawiciele NASA. Słowem, współpraca amerykańsko-rosyjska dotycząca stacji ISS nie zostanie przerwana.

Z Rosją się nie współpracuje

Jest to o tyle ważna wiadomość, że obecnie wszelkie formy współpracy między oboma państwami uległy całkowitemu zamrożeniu. Dosłownie wszelkie. Ekonomiczne, dyplomatyczne, polityczne, wymiany dóbr, usług, osób itd. Żaden Rosjanin nie może dzisiaj pojechać sobie do Stanów Zjednoczonych, do krajów Unii Europejskiej i vice versa. Amerykanie i Rosjanie nie współpracują nigdzie, na żadnym polu. Po inwazji Rosji na Ukrainę odwołano wszelkie kontakty, także naukowe i kosmiczne. I w USA, i w UE.

Wcześniej obie agencje kosmiczne – Roskosmos i NASA – często współpracowały, tworzono nawet plany przyszłych wspólnych misji czy badań kosmosu. Od wybuchu „ruskiej wojny” to wszystko urwało się niemal z dnia na dzień jak ucięte brzytwą. Z Rosją absolutnie się nie współpracuje, nawet w kosmosie. I słusznie.

Jest jednak pewien wyjątek – to ISS. Międzynarodowa Stacja Kosmiczna.

ISS: Ameryka, Sojuz i Progres

To zabetonowanie współpracy tylko w tym jednym przypadku ma swoje źródło w przeszłości. Plany budowy stałej stacji kosmicznej na orbicie okołoziemskiej powstawały jeszcze w latach 80. XX w. Własne zamierzenia realizowały Stany Zjednoczone (stacja Freedom), państwa europejskie zrzeszone w ESA (stacja Columbus) i Rosja (stacja Mir-2).

W końcu postanowiono – słusznie – połączyć wysiłki i poszerzyć grono uczestników projektu. Łącznie zaangażowało się 16 państw. Stację skonstruowano w końcu lat 90. Do rosyjskiego modułu Zaria systematycznie dołączano kolejne, których obecnie jest 16. ISS to teraz potężny obiekt o masie prawie 500 ton, zasilany przez liczne panele słoneczne i krążący nad Ziemią na wysokości 402–408 km. Do 2011 r. nie było problemów z dostarczaniem do stacji ludzi oraz sprzętu, gdyż robiły to amerykańskie wahadłowce. Gdy program wahadłowców zakończono, stało się jasne, że trzeba je czymś zastąpić. Strony amerykańska i rosyjska zawarły długofalową umowę, na mocy której rolę wahadłowców przejęły statki Sojuz i Progres.

Czytaj też: Komu są potrzebne przenosiny ludzkości na inną planetę?

Tu Rosjanie się sprawdzają. Jeszcze

Problem polega na tym, że protokoły lotów, dokowania do stacji, cumowania przy niej, a także korygowania jej orbity to wielkie logistyczno-techniczne wyzwanie w warunkach prawie nieważkości 410 km nad Ziemią. Tu nie można sobie pozwolić nawet na najmniejszy błąd. Tymczasem Rosjanie mają duże doświadczenie w wysyłaniu obiektów w kosmos, w startach statków kosmicznych i realizowaniu rozmaitych misji w Układzie Słonecznym.

To doświadczenie jest nie do przecenienia. Tak jest, choć to są loty, misje i statki ruskie, niestety. Dlatego po 2011 r., po wycofaniu ze służby kosmicznej wahadłowców, Amerykanie nie zastanawiali się długo i weszli w ścisłą współpracę z agencją Roskosmos, która gwarantowała stałe misje załogowe (statki Sojuz) oraz towarowe (statki Progres) na ISS. I dotrzymała słowa. Tak było i tak zresztą wciąż jest jeszcze, chociaż korzystano i korzysta się coraz częściej z innych opcji (europejskie i japońskie statki zaopatrzeniowe ATV i HTV, a także budowane przez prywatne firmy Cygnusy i Dragony). Jednakże Sojuzy i Progresy to wciąż podstawa.

Obecnie na ISS przebywa już 70. ekspedycja załogowa, dowieziona przez Sojuz, w ramach której żyje i pracuje na stacji czterech kosmonautów rosyjskich, jeden astronauta amerykański, jeden duński i jeden Japończyk. Ich powroty są zaplanowane na pierwszą połowę 2024 r. I tak przez pewien czas na pewno jeszcze pozostanie. Trzeba ludzi (oraz sprzęt i zaopatrzenie) systematycznie i punktualnie dowozić na stację, a potem kosmonautów i astronautów z niej odbierać z powrotem na Ziemię. Tu Rosjanie się sprawdzili.

Czytaj też: Rosyjski robot Fiodor. Najpierw w kosmosie, potem na wojnie?

Albo wojny, albo my

W związku z całą tą sytuacją na myśl przychodzi jeszcze jedno dość nietypowe spostrzeżenie, a może tylko podejrzenie na przyszłość. Być może kosmos jest obszarem, który kiedyś wszystkich nas, ludzi na Ziemi, w końcu pogodzi. Kosmos. Już teraz, w małym stopniu, ale jednak, w pewnym sensie jakoś godzi zwaśnione i wrogie sobie państwa.

Wyobraźmy sobie, że za 200, 300 lub 500 lat życie ludzi na Ziemi będzie zależeć od bardzo wielu szybkich i zaawansowanych misji kosmicznych (po niezbędne dla nas surowce i pierwiastki lub po to, by część ludzkości przenosić w bezpieczne pozaziemskie obszary). I wyobraźmy sobie, że te wielkie przedsięwzięcia trzeba realizować przy współpracy wielu państw. Często zwaśnionych. Wtedy nadejdzie czas próby i pojednania. Tylko przy zgodnym udziale wszystkich misję podtrzymywania lub nawet ratowania ludzkości da się zrealizować. Czy będzie wtedy czas na kłótnie i spory o granice albo o światopoglądy, albo o uchodźców? Czy o religie? Czy będzie czas i miejsce na gry polityczne, taktyki, strategie, szantaże? Nie. Albo spory, kłótnie i wojny, albo my. To wybór prosty.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Po co przyjechał do Polski szef największej firmy zbrojeniowej świata? I co w Warszawie usłyszał?

Kiedy szef Lockheeda odwiedza jakiś kraj, pojawiają się elektryzujące pogłoski, plotki i podejrzenia. Np. o kolejnych zamówieniach F-35. Trzeba pamiętać, że taka wizyta to dyplomacja biznesowa, a nie obwoźny handel. A poza tym – kto wie, czy ważniejsza od lotnictwa nie jest tu artyleria rakietowa.

Marek Świerczyński, Polityka Insight
15.02.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną