Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Rynek

W szpitalach ubywa lekarzy z Ukrainy. Ortografia to tylko pretekst, chodzi o pieniądze. NIL nie chce konkurencji

W szpitalach ubywa lekarzy z Ukrainy. Ortografia to tylko pretekst, chodzi o pieniądze

Lekarze znikają głównie z SOR-ów (szpitalnych oddziałów ratunkowych ), na których Polacy pracować nie chcą. Lekarze znikają głównie z SOR-ów (szpitalnych oddziałów ratunkowych ), na których Polacy pracować nie chcą. vilevi / Smarterpix
Szpitale muszą zwalniać lekarzy ze Wschodu, którzy nie zdali jeszcze egzaminu z języka polskiego na poziomie B1, bo Naczelna Izba Lekarska pozbawia ich prawa wykonywania zawodu – dla „dobra pacjentów”. Ale pacjenci są tu chyba tylko zakładnikami.

Sejm, chcąc ratować sytuację, wydłużył już pracującym u nas medykom ze Wschodu termin uporania się z egzaminem do przyszłego roku. Naczelna Izba Lekarska chce, aby prezydent to zawetował.

Łukasz Jankowski, szef NIL, twierdzi, że to dla dobra pacjentów. Lekarz musi dobrze zrozumieć, co dolega pacjentowi. W przeciwnym razie może popełnić błąd. To prawda, a właściwie tylko pół prawdy. Weto nie sprawi, że ukraińscy medycy, bo o nich głównie tu chodzi, zaczną od jutra mówić nienaganną polszczyzną, ale że ich po prostu w szpitalach nie będzie. Już znikają. A przecież do tej pory w nich leczyli i nie było zastrzeżeń.

Znikają głównie z SOR-ów (szpitalnych oddziałów ratunkowych), na których Polacy pracować nie chcą. O tych oddziałach mówi się „rzeźnia”, tam praca jest najtrudniejsza.

Czytaj także: Czy AI odnajdzie się w chaosie SOR-u? Naukowcy właśnie to sprawdzili

Pacjenci zakładnikami

Na razie Naczelna Izba Lekarska z powodu niezdanego egzaminu z języka polskiego (Ukraińcy i Białorusini mają ponoć największe kłopoty z polską ortografią) pozbawiła prawa wykonywania zawodu 253 lekarzy ze Wschodu. Jeśli prezydent Nawrocki przychyli się do prośby szefa NIL, ze szpitali będzie musiało odejść 800 lekarzy. Już teraz na SOR-ach można czekać na pomoc kilkanaście i więcej godzin, po ewentualnym wecie tej pomocy nie będzie miał kto udzielić.

Już teraz sypią się grafiki na tych najtrudniejszych oddziałach, a największe problemy z obsadą lekarską mają szpitale powiatowe. Niewykluczone, że niektóre SOR-y trzeba będzie zamknąć. Trudno uznać, że stanie się to dla dobra pacjentów.

Czy Naczelna Izba Lekarska nie zdaje sobie z tego sprawy, przecież kierują nią lekarze? Nie wie, że wybór nie polega na tym, czy przyjmie nas lekarz ze świetną znajomością polskiego, czy też taki, z którym być może trudniej będzie nam się porozumieć? W rzeczywistości chodzi o wybór między udzieleniem koniecznej pomocy a nieudzieleniem jej wcale.

Lekarze z Ukrainy ratują sytuację

Samorząd lekarski świetnie o tym wie. Wie też, że na SOR-ach dramatycznie brakuje lekarzy. Nie dalej jak przed kilkoma miesiącami, gdy internet rozgrzała wiadomość, że szpital w Bielsku-Białej nie może znaleźć lekarza do pracy na oddziale ratunkowym, choć oferuje 150 tys. zł miesięcznie, rzecznik NIL stwierdził w sieci, że i za większe pieniądze może go nie znaleźć. To dlatego lekarze ukraińscy najczęściej pracują na SOR-ach, nasi nie chcą. Im zależy bardziej. To nie ukraińscy lekarze żądają od szpitala stawki 1 tys. zł za godzinę.

Samorząd lekarski od początku jest medykom ze Wschodu niechętny. Trudno oprzeć się wrażeniu, że pacjentów wziął tylko za zakładników, a tak naprawdę nie życzy sobie konkurencji i nie o nas mu chodzi. Im mniej będzie lekarzy, tym płace szybciej będą rosły.

Czytaj także: Zarobki lekarzy. Sprawdzamy, dlaczego płacowe kominy tak szybko rosną. Mamy wolny, dziki rynek

Pamiętając o tym, że nie wiemy, jaki poziom gwarantują przyszłym lekarzom ukraińskie uczelnie medyczne, i że, być może, rzeczywiście jest on niższy niż u nas, nie możemy ignorować faktu, że lekarzy ze Wschodu przyjmują także szpitale niemieckie, szwedzkie oraz inne. One też nie chcą narażać zdrowia swoich pacjentów, więc ci medycy muszą znajdować się pod szczególną opieką i nadzorem lekarzy miejscowych, a szpital, który ich zatrudnia, musi mieć dobrą orientację co do ich kompetencji. Jednak wszystko to jest lepsze niż brak lekarzy. Nasi wolą być na „nie”.

Może więc chodzi o pieniądze?

Na portalach medycznych można przeczytać, że władze Naczelnej Izby Lekarskiej myślą teraz o Krajowym Zjeździe Lekarzy, który odbędzie się wkrótce, bo od 21 do 23 maja. Może chcą się na nim zaprezentować jako zdecydowani obrońcy interesów zawodowych.

Niewykluczone też, że jest to kolejna odsłona wojny, jaką od pewnego czasu samorząd lekarski prowadzi z Ministerstwem Zdrowia. Niestety, w tej walce także nie chodzi przede wszystkim o dobro pacjentów. Tłem konfliktu jest bowiem projekt przepisów, jakie umożliwiłyby Agencji Oceny Technologii Medycznych zebranie prawdziwych danych o zarobkach lekarzy na wszystkich kontraktach.

Informacje o bardzo wysokich apanażach, nawet kilkuset tysiącach miesięcznie, NIL uznaje za przesadzone, tak wysokie sumy – zdaniem samorządu – zarabia tylko garstka medyków. AOTM podała, że zarobki od 100 do 300 tys. zł miesięcznie osiąga grupa 431 lekarzy. Tymczasem okazuje się, że rzeczywista liczba medycznych kominiarzy może być dużo większa, bo już upublicznione dane są niepełne, dotyczą tylko medyków, którzy mają kontrakt z jednym szpitalem. Tymczasem wielu ma ich po kilka.

Nie wiemy więc, ile naprawdę zarabiają lekarze, ale widzimy, że ich samorząd nie chce, aby wiedział to publiczny płatnik, który płaci im z naszych składek i podatków. A skoro bardzo wielu lekarzy zarabia te wielkie pieniądze, pracując ponad siły, prawdziwe dane powinny być znane.

Czytaj także: Czy AI odnajdzie się w chaosie SOR-u? Naukowcy właśnie to sprawdzili

Lekarze nie chcą, żeby mówić o ich pieniądzach, chociaż są to pieniądze publiczne, a apanaże medyków nie są proporcjonalne do stanu publicznej ochrony zdrowia. Podatki i składki na zdrowie, jakie płacą lekarze, którzy rozliczają się tzw. ryczałtem ewidencjonowanym, też nie mają nic wspólnego z tymi, które pracujący Polacy płacą w systemie PIT. I chociaż winy za coraz gorszą wydolność publicznej ochrony zdrowia nie ponoszą lekarze, ale zły system, którego politycy nie są zdolni naprawić, to wielka determinacja Izby Lekarskiej, aby im do kieszeni nie zaglądać, niewiele ma wspólnego z dobrem pacjentów.

Reklama

Czytaj także

null
Świat

Gen. Dan Caine ma najtrudniejsze zadanie na świecie. Kim jest naczelny doradca wojskowy Trumpa?

Generał Dan Caine musi przekładać strumień świadomości prezydenta USA na precyzyjne działania zbrojne.

Marek Świerczyński
15.05.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną