Społeczeństwo

Wyjmijcie telefony, będziemy się uczyć

Nauczyciel Roku 2018 o tym, jak przetrwać w szkole

Przemysław Staroń Przemysław Staroń Piotr Molęcki / EAST NEWS
Rozmowa z Przemysławem Staroniem, Nauczycielem Roku 2018, o tym, jak przetrwać w szkole w ciężkim 2019 r. i później.
„Uważam, że najgłupsze, co można zrobić, to zakazać używania telefonów komórkowych w szkole”.Antonio Guillen Fernández/PantherMedia „Uważam, że najgłupsze, co można zrobić, to zakazać używania telefonów komórkowych w szkole”.
„Dla mnie rolą nauczyciela jest być przy uczniu, co nie oznacza bezstresowego wychowania”.ArturVerkhovetskiy/PantherMedia „Dla mnie rolą nauczyciela jest być przy uczniu, co nie oznacza bezstresowego wychowania”.

JOANNA CIEŚLA: – Gdy myśli pan o polskiej szkole Anno Domini 2019, co pan widzi?
PRZEMYSŁAW STAROŃ: – Stres.

Boi się pan?
Tak bym tego nie nazwał. Z zasady skupiam się na zadaniach do wykonania. Podobnie podchodzi do tego społeczność mojej szkoły, tak też jest w Sopocie i chyba w ogóle na Pomorzu. Moja szkoła już w zeszłym roku rozpoczęła przygotowania do kumulacji – przyjęliśmy trzy klasy pierwsze, a nie cztery jak dotąd. W przyszłym roku przyjmiemy pięć albo sześć klas, więc wszystko powinno się wyrównać. Ale pojawia się we mnie żal, jak to się czasem mówi w zupełnie innym kontekście, za „dzieckiem utraconym”. W tym roku jeszcze ponad 20 osób mogłoby być z nami, być naszymi uczniami, a ich nie ma, gdyż musieliśmy z jednej klasy zrezygnować. W przyszłym roku stracimy ich jeszcze więcej. Szkoda. No i wiem, że w skali kraju ta sytuacja może być bardzo trudna, jak u was w Warszawie, gdzie zamiast 18 tys. uczniów jak dotychczas do szkół średnich startować będą 44 tys. Ja sobie tego nie wyobrażam. Wielkim dramatem polskiej edukacji jest fakt, że dziecko to najmniej ważny element całego tego systemu, pierwsze, najsłabsze ogniwo łańcucha pokarmowego.

Pan też tego doświadczył jako uczeń?
Ja miałem szczęście, choć w podstawówce przeszedłem fobię szkolną. Zawsze dobrze się uczyłem, ale też dużo chorowałem. W piątej klasie szedłem do szkoły w poniedziałek, a we wtorek już nie byłem w stanie – infekcja. Moja mama poszła do wychowawcy, który był wrażliwym pedagogiem i świetnym nauczycielem. Doszli wspólnie do wniosku, że ja muszę się czegoś obawiać. Rodzice porozmawiali ze mną i sam zacząłem się zastanawiać: „bo ja tyle choruję, boję się, że źle sprawdzian napiszę... A koledzy mówią, że jestem kujonem”. Moi rodzice świetnie współpracowali z moim wychowawcą, pan Leszek pogadał z nauczycielami, że mam teraz trudniejszy okres, pogadał też z klasą, wskazał, że przecież mnie lubią, a do tego jestem zdolny i mądry, więc nie ma sensu nazywać mnie kujonem, sytuacja wróciła do normy.

Naprawdę myśli pan, że dziecko może samo się w taką presję wpuścić?
Myślę, że nie jest uczone tego, co najważniejsze – życia, rozpoznawania emocji, troski o siebie. Ja byłem wrażliwym dzieckiem, te różne choroby mogły się brać z gromadzenia napięcia, którego nie byłem nawet świadom. Na to nałożyło się nazywanie „kujonem”, naturalne w pewnym wieku i raczej niezłośliwe, ale brałem to do siebie. Gdy chorowałem, to nie ćwiczyłem na wuefie, a kiedy już ćwiczyłem, byłem słaby. Dla chłopca to wstyd. Wpadłem w nerwicowe samonakręcające się koło. Ale mówię to z perspektywy człowieka dorosłego, który ma za sobą pięć lat studiów psychologicznych, psychoterapię i warsztaty rozwojowe.

A wtedy?
Zainteresowałem się psychologią. Właśnie dzięki tamtym doświadczeniom zacząłem rozumieć, że wszystkie te kwestie dotyczące emocji, życia społecznego, to bardzo ważna część rzeczywistości. Potem w liceum, do którego chodziłem w Koszalinie, zapisałem się na wychowanie do życia w rodzinie. Chodziło na to mało osób, dzięki czemu mieliśmy szansę rozmawiać z nauczycielem. No i kiedyś było o tym, jak funkcjonuje człowiek, kiedy się zakocha. Wszyscy byliśmy w szoku, że nauczyciel w ogóle zbliża się do tych tematów. A jakby tego było mało, on powiedział, że jeśli ktoś jest nieszczęśliwie zakochany, to powinien być ulgowo traktowany w szkole – jak osoba, która jest fizycznie chora. Ja byłem wtedy nieszczęśliwie zakochany – jako gej, co dodatkowo było jeszcze moją noszoną w sobie tajemnicą, i te słowa to było dla mnie objawienie, a w każdym razie coś głęboko sensownego. Konkludując: moje uczniowskie doświadczenie ze szkołą nie było złe.

Albo pana pamięć mądrze selekcjonuje, jakie wspomnienia warto zachować, a jakie lepiej rozmyć.
Może faktycznie prawdą jest to, co mówił prof. Tatarkiewicz – że istnieje optymistyczna tendencja pamięci. I co napisał Makuszyński: „z oddali wszystkie szare godziny szkolne błękitnieją”. Ale jednocześnie jestem świadom różnych niekonstruktywnych rzeczy, których naoglądałem się w szkole, i dlatego zapamiętałem też, jak nie należy uczyć. Bo dość szybko zacząłem myśleć, żeby zostać nauczycielem, uczyć języka polskiego. Ale mój tata pogadał ze mną i poradził mi: „Pomyśl, synu, czy to znaczy, że powinieneś iść na studia nauczycielskie? Może powinieneś wybrać jakiś szerszy kierunek, po którym też można uczyć?”. To ostatecznie doprowadziło mnie na studia psychologiczne.

I to potwierdza, że łatwiej być dobrym nauczycielem, nie kończąc studiów nauczycielskich.
Gwoli ścisłości: zrobiłem uprawnienia pedagogiczne na obu kierunkach studiów – oprócz psychologii skończyłem jeszcze kulturoznawstwo – choć wystarczyłoby na jednym! Ale bez wątpienia narzędzia psychologii są w pracy nauczyciela niezwykle przydatne.

Jak się je wykorzystuje, ucząc wiedzy o kulturze i etyki?
Wykład z dydaktyki prowadził u nas na wydziale doktor psychologii, który był ojcem zakonnym – bo studiowałem na KUL – człowiek, który miał genialną wiedzę na temat analizy transakcyjnej. Podawał konkretne przykłady, co się może wydarzyć w klasie, i tłumaczył opisywane sytuacje na język gier i transakcji, którego używa ta teoria: „o widzicie, tu uczniowie grają z wami w taką grę… a tu w taką…”. Kiedy zacząłem uczyć wiedzy o kulturze, czułem, że uczniowie z mat-fizu, w III klasie liceum, nie traktują mnie poważnie – ot, przyszedł jakiś typ z zewnątrz. Nie mieli podstaw, aby mnie szanować. Byli oporni, miałem problem z dyscypliną. Aż przypomniałem sobie wykłady z dydaktyki i powiedziałem: „Słuchajcie, mam poczucie, że my teraz gramy w grę”. Spojrzeli ze zdziwieniem. Mówię dalej: „Nazwijmy ją GRA W KTO WYGRA. Chcę wam powiedzieć, że wy wygraliście, i to na samym początku, choćby dlatego, że jest was więcej. Ja po prostu chciałbym dokończyć lekcję”. Bez agresji, hejtu, grożenia. Byli w szoku. Gra została rozmontowana, w takiej sytuacji konflikt się wypala. Każda kolejna lekcja przebiegała bezproblemowo.

Dzięki temu, że jestem psychologiem, jest mi łatwiej, ale przydatna jest też podbudowa filozoficzna. Pozwala właśnie schodzić „pod”, otwiera na refleksję: jaka wizja świata, wychowania, człowieka, kryje się za tym, co robisz – kim jest nauczyciel, kim uczeń. Wielu nauczycieli wchodzi w nauczanie bez uświadomienia sobie własnej wizji, z podejściem, że jakoś to będzie. Albo z wizją archaiczną – choć niezwerbalizowaną – że ich rolą jest trzymać władzę, być kimś ważniejszym. I to nie jest kwestia wieku. Znam z opowieści sytuację pewnej praktykantki, która sobie nie radziła na lekcji i w pewnym momencie, rzucając książki na biurko, krzyknęła: „to ja tu rządzę!”, oczywiście wywołując salwy śmiechu uczniów. Dla mnie rolą nauczyciela jest być przy uczniu, co nie oznacza bezstresowego wychowania. Sukces pedagogiczny to jest praca nad własną osobowością i budowanie relacji. Ja na lekcji pracuję tak, że uczeń czuje się bardzo fajnie, wyluzowany, ale to się wszystko opiera na fundamentalnych, jasnych zasadach dyscypliny.

Brzmi trochę staroświecko.
Podam przykład: stosuję zasadę konsekwencji. Nie ma gadania, kiedy ktoś inny mówi. Nie chodzi o to, że nic nie wolno mruknąć. Ale jeśli widzę, że ktoś ucina sobie z kimś pogawędkę, mówię: „Proszę, nie rozmawiajcie teraz”. W 70 proc. skutkuje. Jeśli nie skutkuje, udzielam ostrzeżenia: „Moi drodzy, daję wam żółtą kartkę, czyli tak zwane pierwsze ostrzeżenie. Jeżeli to nie przyniesie rezultatu, wstawię ocenę niedostateczną za pracę na lekcji”. To działa w 29 proc. Jednemu procentowi, który okazuje lekceważenie, wstawiam jedynkę.

Naprawdę tak ocenami pan straszy?
To nie jest strach, tylko konsekwencja. Zdarza się to ekstremalnie rzadko; jeśli już, to na początku znajomości. Kiedy 16-latek przychodzi do szkoły, przychodzi przecież człowiek wychowany w systemie, jaki istnieje: karząco-nagradzającym. Przez trzy lata staram się pracować z nim tak, by nie rozmawiał dlatego, że szanuje inną osobę, a nie ze strachu przed karą. Ale na starcie takie nawoływanie do szacunku może być dla młodego człowieka niejasne, gdyż on nie zna innego modelu niż ten systemowy, w którym był zanurzony latami. Zaczynam lekcje od ćwiczeń, filmów, opowieści, które podkreślają wagę komunikacji, wzajemnego wysłuchania, więc z czasem ten problem u mnie w zasadzie się nie pojawia. Ostatni raz wstawiłem jedynkę ze trzy lata temu.

A jak jest z pana perspektywy z korzystaniem przez młodych nauczycieli ze wsparcia starszych kolegów?
Tu też moje doświadczenia są świetne. Wiele zawdzięczam doskonałej polonistce, nieżyjącej już niestety Lidii Dysarz, która na początku mojej pracy, dziewięć lat temu, podrzuciła mi pomysł: „Słuchaj, masz kontakty z seniorami (bo prowadziłem zajęcia dla seniorów na UTW w Sopocie). Skontaktuj ich z naszymi dzieciakami”. Zrobiliśmy spotkanie z p. Elżbietą, bratanicą prof. Tatarkiewicza, i to było wielkie… wow! Szukaliśmy okazji do dalszych spotkań, z jeszcze większą liczbą osób. A to jakieś imprezy kulturalne w Sopocie, a to Komisja Europejska ogłosiła konkurs na projekt międzypokoleniowy.

A potem przygotowywałem uczniów do olimpiady filozoficznej, pierwszej zakończonej potem ogólnopolskimi sukcesami, i okazało się, że w szkole się nie da, bo w ferie była zamykana o godz. 15, a my potrzebowaliśmy więcej czasu. Wtedy jedna z seniorek powiedziała: „To chodźcie do mnie”. Dzieciaki zaczęły ją uwielbiać i nazywać Ciocią Daną. Potem oprócz naszej grupki wpadła też jedna koleżanka tej pani, potem druga. I te panie emerytki i licealiści, spotkanie za spotkaniem, coraz bardziej się zaprzyjaźniali. I wreszcie któraś z seniorek zaproponowała, by oficjalnie zorganizować filozoficzny fakultet międzypokoleniowy. Cztery lata temu powołaliśmy go do życia. Nazywa się Zakon Feniksa, w nawiązaniu do opowieści o Harrym Potterze, które według mnie są inspirującymi książkami o szkole, a przy okazji powieściami filozoficznymi ubranymi w szaty powieści przygodowej.

Większość nauczycieli i dyrektorów powiedziałaby, że tak się nie da, że za dużo papierologii, nie wiadomo, jak rozliczać godziny albo coś w tym stylu.
Formalnie to jest dość prosto: dwa razy w tygodniu po lekcjach odbywa się oficjalny fakultet, godziny są wliczone w mój etat. Tyle tylko, że nie sprawdzam obecności – absolwenci wpadają, gdy mogą, seniorki wyjeżdżają, a jedna z nich, Babcia Bogusia, zawsze odpada przy premierze nowej gry na PlayStation. Poza tym mamy grupę na Facebooku, są w niej uczniowie, seniorzy, absolwenci, nauczyciele etyki z różnych szkół, działa to na zasadzie takiej tablicy ogłoszeń, think tanku w wersji mini, kółka samopomocy. Spotykamy się w mojej pracowni, #utrzy, bardzo nietypowej. Przez pierwszy semestr przygotowujemy się do olimpiady filozoficznej; mówiąc krótko – przedstawiam uczestnikom historię filozofii i zagadnienia z logiki, staram się to możliwie ożywić, dyskutujemy, mamy warsztaty, uczymy się pisać eseje filozoficzne, oglądamy filmy, seniorki zapraszają nas do swoich domów. A po okręgowym etapie olimpiady w lutym zmieniamy formułę – ci, którzy przeszli dalej, przygotowują się do finału, reszta ma różne zajęcia kreatywne – od wykorzystania gier planszowych, przez pisanie parodii horoskopów, po budowanie z klocków Lego czy wymyślanie nowych projektów. Wszystko, oczywiście, w kontekście filozoficznym. A co roku w kwietniu jeździmy do Warszawy na finał wielką, przeszło 20-osobową grupą – z olimpijczykami, kibicami, seniorami, po prostu z przyjaciółmi.

Morał, że przeszkody systemu, choćby takie jak zamknięta szkoła, mogą prowadzić do rozwoju. Problem w tym, że codziennością polskiej szkoły jest strach. A strach ogranicza kreatywność.
No właśnie. Przeciętny nauczyciel cały czas się boi. Boi się wypuszczać dziecko do toalety, bo ono może się gdzieś przewrócić. Boi się o to, jak wypadną matury. Boi się niezadowolonego rodzica. Boi się, że mu nie starczy do pierwszego. Dopóki my w tym zawodzie nie będziemy mieć zabezpieczenia przed strachem czy lękiem, trudno oczekiwać masowej rewolucji w nauczaniu.

Mam świadomość, że ja działam na innej pozycji – zapracowałem na nią ciężko, dokonałem, moim zdaniem, właściwych dla mnie wyborów – jestem nauczycielem etyki w liceum, a nie matematyki w gimnazjum albo polskiego w klasach maturalnych. Poza szkołą mam inną pracę, jako psycholog trener. Przeciętny nauczyciel zarabia ok. 2–2,5 tys. zł, pracuje w napięciu i poczuciu odpowiedzialności za wiele osób, które są w okresie naturalnej nierównowagi emocjonalnej. Przejmuje ich emocje, nie ma możliwości ich odreagować, nie ma wsparcia psychologicznego ani superwizji, a biorąc pod uwagę fakt, że musi mieć wielorakie kompetencje, od terapeutycznych po prawne, i jednocześnie wykonywać swoją pracę mniej bądź bardziej rzemieślniczo, grozi mu szybko wypalenie, depresja i choroby psychosomatyczne. Ponadto spędza w tej swojej pracy dużo więcej czasu niż te ciągle wypominane 18 godzin tygodniowo – jest w różnych zespołach ewaluacyjnych, doszkala się, sprawdza sprawdziany, kseruje karty pracy, tkwi na radach pedagogicznych, jeździ na wycieczki, gdzie w alercie spędza po kilka dni, pracując 24/24. W wakacje, owszem, ma wolne, ale po odliczeniu czasu na otwarcie i domknięcie obowiązków na początku i końcu roku wychodzi tego 5–6 tygodni. Nawet jeżeli dołożymy ferie zimowe, nie ma tego wolnego dużo więcej niż inni ludzie, a niestety nie może wziąć urlopu na żądanie ani pojechać w grudniu w tropiki.

Dlaczego zatem nauczyciele nie są w stanie się skonsolidować, razem walczyć o poprawę swojej sytuacji, szkoły w ogóle?
Może właśnie dlatego, że muszą sobie radzić z nagromadzeniem emocji, które ich przerastają. A gdy frustracja bardzo się podnosi, to zamienia się w agresję. Różnie rozumianą i kierowaną – może to być autoagresja, może być skierowana do uczniów, może do kolegów. Nie sprzyja to konstruktywnym, fundamentalnym ruchom. Poza tym ryba psuje się od głowy. Nauczyciele do tej pory nie mieli ministra, którego w większości by szanowali, który byłby ich rzecznikiem. Mają wrażenie, że ministrowie są zawsze przeciwko nim, mimo że niemal wszyscy pochodzili ze środowiska nauczycielskiego. A to, co jest teraz, to już szczyt – lekceważenia, manipulacji czy wręcz straszenia, np. przy okazji takich akcji jak Tęczowy Piątek.

I przez to wszystko bardzo mało jest w zawodzie młodych. Widzi pan jakichś swoich naśladowców?
Całkiem sporo, widzę też gotowość i ciekawość zmiany wśród kolegów. Najprościej to opisać na przykładzie podejścia do nowych technologii. Uważam, że najgłupsze, co można zrobić, to zakazać używania telefonów komórkowych w szkole. Uczeń, któremu się zabiera telefon, wcale nie skupia się bardziej, bo i tak rozmyśla, czy Zuzia mu odpisała, że pójdzie z nim na randkę, czy Tomek ogarnął nowy wynik w grze. Naszym zadaniem jest tak ucznia zainteresować, żeby nie miał głowy zaglądać do telefonu, albo wykorzystać ten telefon jako sprzymierzeńca, do szukania materiałów, do inspiracji. Wysyłam uczniom nakręcony przed domem filmik z miotanymi przez wiatr trzcinami albo z płynącą z kranu wodą i pytam: co to za filozof? Gdy nie mogę być na lekcji, w relacji live opowiadam uczniom o św. Augustynie. Wielu, którzy myślą podobnie, jest w nieformalnej grupie SuperbelfrzyRP. Część kolegów na co dzień tak zaczyna lekcje: „Proszę, wyjmijcie telefony. Będziemy sprawdzać, co jest prawdziwą informacją, a co fake newsem”.

Staramy się szkołę zmieniać od dołu i od środka, tak by zbliżyć ją do wymogów życia we współczesnym świecie. Wierzę, że to przynosi efekty – choć z pewnością mogłyby one być szybsze i bardziej widoczne, gdyby klimat zewnętrzny bardziej sprzyjał. Tak, myślę, że my ją faktycznie zmieniamy, ale jeśli w końcu potraktuje się sprawę edukacji poważnie, to zmiana ta będzie trwała, pozytywna, dużo szybsza i o wiele bardziej powszechna.

ROZMAWIAŁA JOANNA CIEŚLA

***

Przemysław Staroń – psycholog i kulturoznawca. Uczy etyki i wiedzy o kulturze w II Liceum Ogólnokształcącym w Sopocie, pracuje też w Zakładzie Psychologii Wspomagania Rozwoju SWPS, Sopockim Uniwersytecie Trzeciego Wieku i Centrum Rozwoju Jump. Laureat tytułu Nauczyciel Roku 2018.

Polityka 2.2019 (3193) z dnia 08.01.2019; Społeczeństwo; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Wyjmijcie telefony, będziemy się uczyć"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Ja My Oni

Niemiłosierni Polacy

Dlaczego Polakom tak trudno przychodzi współczuć i pomagać słabszym, zwłaszcza bezdomnym i uchodźcom wojennym.

Ryszarda Socha
27.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną