Społeczeństwo

Dom zły

Krótkoterminowi turyści wysiedlają mieszkańców miast

Kamienica przy Marszałkowskiej 140, widok od podwórza. Kamienica przy Marszałkowskiej 140, widok od podwórza. Hanna Musiałówna
Krótkoterminowy turysta już wysiedlił mieszkańców krakowskiej starówki. Teraz masowo rezerwuje Warszawę.
Tylko dekadę zajęło krótkoterminowym najemcom wysiedlenie krakowskiego Starego Miasta i Kazimierza, skąd wyprowadziła się już niemal połowa mieszkańców.Adam Jones/Wikipedia Tylko dekadę zajęło krótkoterminowym najemcom wysiedlenie krakowskiego Starego Miasta i Kazimierza, skąd wyprowadziła się już niemal połowa mieszkańców.

Kamienica przy Marszałkowskiej 140 to z perspektywy turysty bestsellerowa miejscówka. Google Maps informuje, iż trasa z Dworca Centralnego przez skwer obok PKiN do celu zajmie pieszo nie dłużej niż kwadrans. Dom z cegły zbudowany na powojennych gruzach liczy 170 numerów rozlokowanych w siedmiu klatkach. A na każdej co chwilę zawisa nowy nekrolog – sygnał dla inwestora, że właśnie zwolnił się kolejny metraż pod apartament na wynajem.

Dnie i noce wyznaczonym przez Google szlakiem po kostce Bauma szurają walizki na kółkach. Początkowo ratusz, śniący swój sen o Warszawie, nie mógł nacieszyć się tą inwazją. Już w 2017 r. naliczył 25 mln krótkoterminowych gości. Średnio pozostawali pięć dni, zatrzymując się w ponad 5 tys. kwater, wynajmowanych 10 tys. razy. Przebudził się, gdy stali mieszkańcy adresów takich jak Marszałkowska 140 zaczęli donosić o koszmarach.

– Kobieto, powiadom prezydenta Trzaskowskiego, że bookingizują nas – otwiera drzwi Krystyna, wystraszona tymczasowością sąsiedztwa, w jakim przyszło jej żyć na stare lata. – Przejdź się, kobieto, klatka po klatce.

KLATKA PIERWSZA Schody do chlewa

Krystyna codziennie budzi się znerwicowana, nie wiedząc, co ją czeka między piętrami. Otacza ją bowiem kołchoz ludzki, ryki nieznajomych, załatwianie do zsypów, sikanie po żywopłotach i pety spadające starszym kobietom na trwałe ondulacje podczas wychylania się przez okno. Niemal po każdym weekendzie Krystyna tańczy po klatce kontredansa, by nie roznosić na podłodze w kuchni przyklejających się do podeszew niestrawionych kebabów, jakie krótkoterminowi zwracają o świcie.

Tu Krystyna, specjalizująca się w terapeutycznym malarstwie na szkle, zrobi dygresję o tafli. Otóż za komuny było o nią trudno, więc szkło donosili jej sąsiedzi wymieniający okna na plastikowe. Obecnie ma go nadmiar z racji notorycznie wybijanych szyb. Niedawno turysta wyleciał na chodnik z całymi drzwiami balkonowymi. Niestety większość materiału nie nadawała się już do recyklingu, rozsypując się w dobry mak.

Pierwsze dyskomforty na schodach pojawiły się w czasach transformacji, gdy z nadejściem wolności nastała era agencji, czytaj: burdeli. Zrobił się taki boom na prostytutki, że w windzie mówiło się dzień dobry nawet posłom. Lecz przedsięwzięcie wymagało opłacenia pilnujących pań alfonsów. Mniej absorbujący finansowo okazał się internet. Nowi właściciele agencji zaczęli masowo przebranżawiać się. Powyrzucali z lokali plusz, urządzili je w gustownym ikeowskim stylu, nazywali apartamentami lux i zawiesili na portalach turystycznych, nic więcej nie musząc.

Tak nastała udręka klatki pierwszej, zwłaszcza dla tych, którzy mają trudności z chodzeniem po schodach. Za czasów agencji winda zacinała się, gdyż skradający się klienci przytrzymywali ją nogą, czając się. Obecni blokują dźwig tak ciężkimi walizami, że aż zacinają się automatyczne drzwi. – Ludzie, czy ktoś tam jest? – krzyczy z dołu Krystyna. Lecz nie ma z kim rozmawiać.

Nie powie, wnętrza faktycznie urządzone z gustem. Widzi je kątem oka, zaglądając podczas policyjnych interwencji.

Googlujemy oferty w kamienicy. „Sleep4you” to obiekt idealny dla podróżujących we dwójkę. „Candy” poleca adres zainteresowanym parkami, kawiarniami i przechadzkami po mieście. Z autentycznych opinii gości „Apartamentu by Your Freedom” wynika, że to ulubiona część miasta. Położenie „Dore Apartament LUX” gwarantuje łatwy dostęp do największych atrakcji. „Main Street Apt” jest wysoko ceniony za możliwość odpoczynku po dniu pełnym wrażeń.

KLATKA TRZECIA Między ścianami

Krótkoterminowi zawładnęli umysłem Doroty do tego stopnia, że wracając z pracy, ma natręctwo patrzenia w sąsiadujące okna. Jeśli się świeci, wówczas nawet nie rozściela łóżka, lecz mości się w kuchni na dmuchanym materacu. Lub zakłada na uszy słuchawki. Sypialnię ma bowiem nieszczęśliwie usytuowaną przez ścianę z obiektem lux.

Wbrew pozorom Dorota nie sypia głównie zimą. Warszawa jest tak ładnie rozświetlona w Boże Narodzenie, że ciągną cudzoziemcy z całej kuli ziemskiej. Słyszy przez kratkę wentylacyjną każde ordynarne beknięcie, upadek na stół z upojenia, dźwięk lecących za nim stołków, butelek i krzeseł. Wyrabiający normy budowniczy tego domu stawiali ściany w pięć minut, jednak oszczędzając na ceglanym surowcu spowodowali nieprzystające do dzisiejszych realiów echo.

Niechcący rozpoznaje, kiedy krótkoterminowi mają dobry seks. On wtedy wychodzi na klatkę zapalić papierosa, zaś jego kobieta puszcza muzykę romantyczną i krzyczy, że idzie wysuszyć włosy. Ubiegłego weekendu zdjęła słuchawki o trzeciej nad ranem w nadziei, że bydło już śpi.

By zapewnić rodzinie akustyczny dobrostan, zainwestowała aż 4 tys. w wyciszenie ścian. Czasem córka, zażenowana namiętnościami, wstaje w połowie obiadu, wkłada kurtkę dżinsową, pakuje ciuchy w torbę lnianą i wybiega z domu, by przeczekać odgłosy u koleżanki na peryferiach. Interweniował nawet brat Doroty, jednak najemca odgryzł się w stylu: – Jak przeszkadza państwu emisja generowana przez letników, przeprowadźcie się do Tczewa albo Wejherowa. A jeśli się dalej nie podoba, mogę mieszkanko odkupić.

Wzywana policja ma kłopot z wystawianiem mandatów, gdyż – o czym wiedzą zagraniczni goście wymieniający się w internecie wrażeniami z Warszawy – jest nieporadna w angielskim. Wspólnota mieszkaniowa przeprasza za niemoc, ale właściciele „apartamentów” lekceważą zebrania. Tymczasem niezbędne jest kworum głosujących za ciszą w budynku lub przeciw. Zresztą wspólnota nie jest władna ograniczać wolności gospodarczej obywateli, w tym prawa do dysponowania własnym lokum.

Donosy do skarbówki również są nieskuteczne. Dorota słyszy przez wentylator jak najemcy – w obawie przed podatkiem – instruują turystów, by na wszelki wypadek odpowiadali podejrzanym typom, iż są rodziną z dysponentem lokalu. Sążniste petycje do Ministerstwa Sportu i Turystyki o gehennie klatki trzeciej pozostają bez echa. Przecież – klatka nie ma wątpliwości – w dobie kłopotów z latającym marszałkiem rząd na zmianę prawa w tej kwestii nocy nie poświęci. Zresztą skoro traktują państwo jako folwark prywatny, co ich obchodzi zawłaszczona pojedyncza kamienica? – pyta retorycznie Dorota.

W maju klatkę trzecią obiegła dobra wiadomość, że ratusz już podjął prewencyjne działania. Otóż wezwał wytypowanych adresatów do rejestracji hotelowych usług, grożąc, iż w przeciwnym razie będzie nasyłać sanepid oraz straż pożarną. Podobno jedynie stu w całym mieście odebrało awizo.

Pozostaje więc happening wzorem Sopotu, gdzie autochtoni – by odstraszyć potencjalnych inwestorów – wywiesili na balkonie transparent, iż nie życzą sobie krótkoterminowego osadnictwa. Albo sprawa sądowa o ochronę dóbr osobistych. Klatka przekazuje sobie artykuł wyrwany z gazety o tym, że jedna z sąsiadek na Śródmieściu wygrała od najemcy 30 tys. zadośćuczynienia. Ale dysponowała licznymi dowodami w postaci nagrań burd nowoczesnym telefonem. Problem w tym, że większość jeszcze żyjących zamieszkujących na stałe klatkę trzecią posiada aparaty komórkowe najstarszej generacji i potrafi tylko odebrać numery od wnuków.

Tymczasem odgłosy idące via wentylator wywoływane przez gości znikających w 24 godziny pogłębiają stany lękowe Doroty. – A jeśli zgwałcą mi córkę? – kieruje pytanie na piśmie do rzecznika praw dziecka. Nikt nie weryfikuje tożsamości krótkoterminowych, co akurat Dorota, zwiedzająca Europę w ten sam tani okazjonalny sposób, wie z autopsji. Właściciel, który podał esemesem szyfr dostępu do klucza, wysłał jej tylko ikonkę z uśmieszkiem. W hotelu to byłoby niemożliwe.

KLATKA SIÓDMA Brudy narodowe

Taką żeśmy sobie zagranicę sprowadzili – przed godziną obok Haliny zamieszkali Hiszpanie. Klatka potwierdza, iż są wybitnie niechlujni. Tylko na zewnątrz, kiedy wychodzą w miasto, zdaje się, jakby wypadali prosto z prysznica. U najemców będących na dorobku apartamenty po gościach sprzątają żony. Jednak wraz z ilością wykupionych lokali przybywa pracy. Więc z wózkami ze świeżą pościelą chodzą po klatce ukraińskie studentki. Nawet dozorczyni pilnującej porządku ich żal. Widzi, jak wychodząc z lokali, płaczą, otrzepując się z zarazków.

Anglicy tak ryczą, że klatka wyskakuje z mieszkań w samych majtkach, wystraszona, iż zanosi się na mord. Skandynawowie z kolei nagminnie zatrzaskują się, tracąc zakodowany dostęp do wnętrza. Po czym dzwonią do Haliny po nocy, by przetłumaczyła właścicielowi, z którym nie mówią w żadnym wspólnym języku, że z sejfu nie wypadł klucz. Bezczelnie podstawiają jej do ucha telefon z już wybranym numerem gospodarza obiektu.

Trudność z kluczem polega na tym, iż jest zamknięty w pudełku z cyfrowym szyfrem, umieszczonym na drzwiach. Należy wystukać umówione esemesem numery, by wyskoczył. Lecz jak taki Skandynaw popije, mylą mu się liczby, po czym ma pretensje, że nie może się dostać do opłaconego łóżka. Halina grzecznie donosi gospodarzowi, iż goście stoją, ten każe przekazać, że już wysyła szwagra. Grzecznie przeprasza Halinę, przypuszczali ze szwagrem, iż tak się stanie, przyjmując w mailu rezerwację wyjątkowo licznej grupy.

Afryka i Bliski Wschód mają delikatne uszy. Niedawno zadzwonił do Haliny w południe pewien Arab, przynosząc kapcie frotte, bowiem u niego słychać głośne puk puk podeszew Haliny i nie może spać.

Nacje azjatyckie są bardzo układne. Pouczeni uciszają się od razu, kłaniając w pas, że to się więcej nie powtórzy. Czasem Halinie ich szkoda, bo chcąc pozostać w zgodzie z regulaminem, mówią do siebie niemal szeptem.

Jednak najmniej jakościowi turystycznie są Polacy – tu Halina nie ma wątpliwości. Mistrzowie chamstwa. Nawet nie biegający po klatce w gaciach przyszli mężusie, chlejący do oporu na kawalerskich bibkach, lecz rodziny, które – zgodnie z ofertą jesz, kiedy chcesz – zapłacili za wolność w lokalu. Czując się nieujarzmieni rygorem hotelowym, eksploatują do maksimum wszystkie wynajęte wygody, wcale nie wychodząc z mieszkań na zwiedzanie. Kiedy chcą (nierzadko w środku nocy), włączają zmywarkę lub ekspres do kawy, tłuką się kieliszkami do wina, piorą, prasują, oglądają telewizję na ekranie płaskim, kłócą. No i nagminnie zapychają zsypy pieluchami. A jak donosić na matkę z czwórką dzieci i brzuchem? Stać ją, by choć przez chwilę poczuć się jak miniland-lord w wielkim mieście. – To wzywaj, dziwko, policję – matki biorą się pod boki na znak, co im zrobisz. Ostatnio jedna ugryzła policjanta.

KLATKA DRUGA Oferty dla umierających

Wczoraj na tablicy ogłoszeń pojawiło się kilka nowych anonsów. „Kupię od Państwa mieszkanie bezpośrednio. Może być do remontu. Proszę o kontakt i dziękuję za pomoc, Kasia” (na karteczce dorysowany uśmieszek). „Drodzy Mieszkańcy, chętnie nabędę lokal w tej okolicy. Mogę je odświeżyć. Mam gotówkę” (dorysowany domek z chmurką). Inwestorzy, czyhający na kolejne śmierci w kamienicy, redagują anonse coraz bardziej familiarnie. Piszą je odręcznie dla stworzenia pozorów poufałości między schodzącym z tego świata a nabywcą.

Magda, otoczona hotelem nad sobą, pod, z boku i na skos, z racji świadczonych usług naprawczych posiada szerszy socjologiczny ogląd na trendy w bookingu. Obecnie jest następujący: bogacący się spektakularnie, w obawie przed zaściankowym rządem z dykty, inwestują w majątki trwałe, czyli lokale po zmarłych, następnie podnajmują je innym. Ci z kolei na 50 m wstawiają osiem łóżek i puszczają je w hostelowy obieg po 100 zł od materaca. To oferta pod klienta młodego, który przyleciał tu tanim lotem i chce mieć dyskotekę jak najbliżej łóżka.

Prosperity zwęszyła nawet słynna na całą Polskę wróżka, mająca w kamienicy swe jasnowidzące biuro. Kiedyś ciągnęły do niej tłumy gwiazd i niegwiazd, pragnące poznać, co z nimi będzie w przyszłości. Ponieważ zysk z czarowania podupadł, gdyż naród stał się bardziej racjonalny, wróżka przerobiła swe trzypokojowe mieszkanie na pokoiki z osobnymi łazienkami i obecnie utrzymuje się z turystyki. Mimo zawodowego krachu jest wciąż zapraszana do śniadaniowego TVN. W telewizyjnym atelier bankowi analitycy tłumaczą jej, iż nawet 50-proc. obłożenie przyniesie dwa razy większy dochód niż tradycyjny studencki najem na stałe.

Konserwując także w apartamentowcu przy ul. Bagno, Magda coraz częściej dostrzega, iż tam wynajem skrócił się już do dwóch godzin. Pośrednicy pośredników, którym wystawia rachunki, tłumaczą, że z racji bliskości do dworca PKP miejsce jest idealne dla klienta, który ma Intercity za kilka kwadransów i pragnie się zdrzemnąć po męczących biznesowych negocjacjach. Ona nie wierzy, lecz nie wnika. Tatuś, konserwator z powołania, wpoił jej dyskrecję.

KLATKI Już nie ma panów Popiołków

W słowniku już pojawił się nowy urbanistyczny termin: bookingizacja. Oznacza przepoczwarzanie się śródmieść z ich specyfiką (kiedyś nazywano to magią) w turystogetta. Z zaułków znikają sklepiki, ludzie z psami, fryzjerzy, zegarmistrze, usługi niepotrzebne apartamentom widmom. Jak na krakowskiej starówce, gdzie po dozorcach pozostały jedynie pamiątkowe tablice. Tylko dekadę zajęło krótkoterminowym wysiedlenie tamtego Starego Miasta, skąd wyprowadziła się już niemal połowa z 50 tys. mieszkańców. – Warszawa jest smutna bez siebie – nuci ostatnia tutejsza kwiaciarka, pakując niesprzedany towar do przyczepki na kółkach. Włóczący się okazjonalni pijacy zagraniczni nie kupują róż. Na peryferiach deweloperzy reklamują się już następująco: „Tu buduje się spokojne miejsce dla rodziny, bez lokali pod wynajem”.

A nad Marszałkowską 140 unoszą się opary gruzu. Trwa wieczny remont zagraconych mieszkań po najnowszych zmarłych, aranżowanych w wersji minimalistycznej. Ostatni trend to industrialny melanż bieli z metalem, na stole koniecznie holenderska trawka w donicy, na parapecie sztuczne storczyki. Podwórkowe zsypy podpierają kolejne zdezelowane wersalki, fotele z wyleniałym pluszem, nikomu już niepotrzebne książki, wynoszone przez młodych dziedziców, opróżniających wnętrza po dziadkach. Czasem fruwają na wietrze stare fotografie.

***

O turystyczno-alkoholowych problemach polskich miast piszemy w tekście „Ćmy sklepowe”.

Polityka 35.2019 (3225) z dnia 27.08.2019; Społeczeństwo; s. 34
Oryginalny tytuł tekstu: "Dom zły"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kraj

Osamotnienie – dżuma współczesności?

Mamy w Polsce 5 mln jednoosobowych gospodarstw domowych. Na razie co czwarte gospodarstwo. W 2035 r. – co trzecie.

Ewa Wilk
08.02.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną