Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Społeczeństwo

Nerkę drogo sprzedam. Bezdomne psy jak magazyn części zamiennych

Schronisko dla zwierząt Schronisko dla zwierząt Marcin Stępień / Agencja Wyborcza.pl
Wraca sprawa nielegalnych przeszczepów nerek u psów. Dawcami były bezpańskie zwierzęta adoptowane ze schroniska. Biorcami: młodsze i rasowe. „Sąd orzeknie, czy bezdomne zwierzęta będą źródłem części zamiennych dla innych zwierząt, których właściciele mają dużo pieniędzy i mało empatii” – mówi mec. Katarzyna Topczewska.

Lekarz weterynarii wyciął nerkę schroniskowemu psu po to, by przeszczepić ją rasowemu. I chociaż zdarzyło się to 12 lat temu, a wyszło na jaw kilka lat później, dopiero teraz, decyzją Sądu Najwyższego, sprawa wraca do sądu pierwszej instancji, który ma zdecydować, czy takie zabiegi są legalne. Zabiegi, bo po jednej transplantacji, zresztą nieudanej, była kolejna, i w sprawie obu w imieniu Fundacji Viva! zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad dawcami złożyła mec. Katarzyna Topczewska.

Dziś nikt nie ma już chyba wątpliwości, że transplantacja u psa jest nieetyczna i moralnie nieakceptowalna. Dawca organu nie może przecież wyrazić na to świadomej zgody. To człowiek arbitralnie podejmuje decyzję, narażając zwierzę na cierpienie i, być może, skracając mu życie.

Co więcej, w przypadku obu przeszczepów, o jakich wiemy, że miały miejsce, dawcami były bezpańskie psy adoptowane ze schroniska tylko po to, by można im było wyciąć organ. Przeszczepów od dawców martwych u psów raczej być nie może, bo dużo rzadziej niż ludzie giną w wypadkach komunikacyjnych. Nie mówiąc już o tym, że wymagałoby to stworzenia całego systemu szybkiego reagowania.

Kundel oddał nerkę rasowemu koledze

W 2014 r. najwyraźniej nie dla wszystkich było oczywiste, że pobranie nerki od bezdomnego psa nie jest w porządku, bo lekarz, który przeprowadził zabieg, pochwalił się nim w artykule opublikowanym w nr 8 „Magazynu Weterynaryjnego”. Opisano transplantację, która została wykonana rok wcześniej przez specjalistów z warszawskiej kliniki weterynaryjnej Jacka S.

Autorów publikacji jest kilku: oprócz Jacka S., dwóch lekarzy z jego lecznicy i pani doktor specjalizującej się w badaniach USG jest także dr hab. n. med. Maciej Kosieradzki z Kliniki Chirurgii Ogólnej i Transplantacyjnej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Czy wszyscy brali udział w zabiegu? Także „ludzki” chirurg, na pewno bardziej doświadczony niż lekarze weterynarii, którzy nigdy takiego zabiegu nie przeprowadzali? „Dziennik Gazeta Prawna” ustalił, że jedna z lekarek weterynarii, która pracowała wtedy w lecznicy Jacka S., była doktorantką piszącą pracę na wydziale transplantologii WUM. Na tym samym wydziale zresztą doktoryzowała się córka właściciela Lancetu. A sam Jacek S. nie ukrywał, że zna kilku transplantologów i od nich nauczył się, jak przeszczepiać nerki.

Podobno zabieg opisany w case study był pierwszym przeszczepem nerki u psa przeprowadzonym w Polsce. Biorcą był 2,5-letni owczarek niemiecki imieniem Joker, cierpiący na przewlekłą niewydolność nerek, żyjący dzięki hemodializom. Jego właściciele prowadzili hodowlę psów tej rasy, nie zdecydowali się jednak na pobranie nerki od któregoś ze swoich psów (co w przypadku dawcy spokrewnionego znacznie zwiększałoby szanse powodzenia przeszczepu), tylko „zaadoptowali” ze schroniska Saturna, pięcioletniego mieszańca, zdrowego, wielkością odpowiadającego owczarkowi – po to tylko, by oddał nerkę młodszemu, rasowemu koledze.

Opiekunowie Jokera (i teraz już także Saturna) mieli mu dać dożywotni dom, a lekarze, którzy pobrali nerkę, mieli się nim opiekować za darmo do końca życia. Tak się nie stało. Joker, biorca, zmarł w wyniku infekcji zaledwie 17 dni po operacji, a dwa miesiące później hodowcy i opiekunowie oddali Saturna. Twierdzili, że nie dogaduje się z innymi psami. Saturna adoptowała Beata Rasmussen z podwarszawskiego Piaseczna, której nie poinformowano, że kundelek został pozbawiony nerki. Dowiedziała się o tym, gdy źle się poczuł, wyniki badań krwi wskazywały, że ma problem z nerkami, więc lekarz weterynarii zrobił USG i z zaskoczeniem odkrył, że pies ma tylko jedną. Druga została fachowo amputowana. Opiekunka Saturna znalazła artykuł opublikowany w „Magazynie Weterynaryjnym”. Napisała do lecznicy, w której odbyła się transplantacja. Żeby pokazać im, jak wygląda druga strona tego case study. Jak twierdzi, nigdy jej nie odpowiedzieli.

– Saturn nie podjął świadomie decyzji, że chce innemu psu uratować życie – mówi Cezary Wyszyński, prezes Fundacji Viva! – Decyzję podjęli za niego ludzie, których w mojej opinii zupełnie nie obchodził jego dalszy los. W schronisku wybrano go, bo był podobnej wielkości co biorca i zdrowy, a nie dlatego, że pasował charakterem do nowej rodziny. Ci ludzie najpierw go wykorzystali jako dawcę nerki, a potem się go pozbyli.

Przeszczep od bezdomnej Tosi

Saturn trafił pod stałą opiekę do dr Agnieszki Neski-Suszyńskiej, specjalizującej się w weterynaryjnej nefrologii. Bo jedyna nerka zaczęła szwankować. Do końca życia był na specjalnej niskobiałkowej, praktycznie bezmięsnej diecie i dostawał drogie leki mające wspomóc prace nerki i przeciwdziałać postępującej anemii. Mimo to nie dożył nawet wyroku pierwszej instancji.

Kiedy Saturn regularnie odwiedzał dr Neskę, lecznica Jacka S. opublikowała na swojej stronie i profilu na Facebooku informację o kolejnej, tym razem udanej transplantacji. Nerkę w listopadzie 2017 r. przeszczepiono trzyletniemu Bubu rasy Welsh Corgi Pembroke. „Wcześniej takie zabiegi praktykowano tylko w amerykańskiej Klinice Uniwersyteckiej w Davis. Teraz jest to już możliwe w naszej polskiej klinice, która wykonuje takie zabiegi jako pierwsza w Polsce i pewnie jako jedna z nielicznych w Europie” – opowiadał Bubu na FB. Nie opowiedział, że nerkę dostał od suczki Tosi, także bezdomnej.

Ale ludzie się dowiedzieli i rozpętała się dyskusja. Z fanpage’a lecznicy krytyczne posty były usuwane. Ale na grupie „Weterynarze po studiach” rozgorzała dyskusja. Dr Agnieszka Neska-Suszyńska, zbulwersowana, opublikowała historię Saturna. Doktor Jacek S. zarzucił jej kłamstwo. Całą sprawę sprowadził do konkurencji pomiędzy lecznicami weterynaryjnymi. On potrafi robić transplantacje, nie boi się, a inni mu tego zazdroszczą.

Dr Neska-Suszyńska nie zazdrości transplantacji. Praktykowała w klinikach uniwersyteckich w USA w czasach, kiedy eksperymentowano tam z przeszczepami nerek u psów i kotów. Ale już od co najmniej dziesięciu lat nie przeprowadza się takich zabiegów: bo są poważne wątpliwości etyczne i z powodów pragmatycznych. – Procedura jest droga, koszt to kilkanaście tysięcy dolarów, a jej efektywność bardzo niska – mówi dr Neska-Suszyńska. – Zaledwie 30 proc. psich pacjentów przeżywa powyżej sto dni po transplantacji. Mniej niż 20 proc. żyje dłużej niż pół roku, a tylko pojedynczy pacjenci dłużej niż rok. Lepsze wyniki są u kotów – ok. 40 proc. biorców żyje ponad trzy lata. Dlatego w kilku akademickich ośrodkach w USA nadal prowadzi się u nich eksperymentalne przeszczepienia nerek.

Amerykańskie doświadczenia pokazują też, że psi dawcy żyją krócej. Dlatego standardem jest, że jeśli dawcą jest bezdomny, opiekun biorcy organu zapewnia mu dożywotni dom. A lekarze, którzy wykonali transplantację, bezpłatną opiekę medyczną. Tak jak miało być w przypadku Saturna.

Nie można ratować kosztem zwierzęcia

Tosia, od której pobrano nerkę dla Bubu, i Saturn, dawca Jokera, zostali adoptowani z tego samego schroniska, prowadzonego przez lekarza weterynarii Dariusza Różyckiego. To on wybierał, selekcjonował dawców. Czy tylko dwóch? Ludzie, którzy przyglądali się temu z dystansu, twierdzą, że przeszczepień było kilkanaście i że w wielu operacjach pomagali „ludzcy” chirurdzy transplantolodzy. A schronisko Różyckiego w Czaplinku nieopodal warszawskiego Konstancina było takim magazynem części zamiennych dla psów, których opiekunowie mogli sobie pozwolić na wydatek 20–30 tys. zł, bo taki (wtedy) był koszt tej operacji. – Niestety lekarz weterynarii Dariusz Różycki nie jest oskarżonym w tej sprawie – ubolewa mec. Katarzyna Topczewska.

To właśnie ona w imieniu Fundacji Viva! złożyła zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad Saturnem, kiedy sprawa wyszła na jaw. Obejmowało ono również sprawę Tosi, która stała się dawczynią dla rasowego psa posiadającego dom. Prokuratura postawiła zarzuty lekarzowi, który przeszczep wykonał. Oskarżycielką posiłkową została także nowa opiekunka Saturna i Fundacja Mondo Cane. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa uniewinnił oskarżonego, stwierdzając, że działał w stanie wyższej konieczności, ratując dobro ważniejsze – życie zwierzęcia.

– Nie zgodziliśmy się z taką oceną i złożyliśmy apelację – mówi Cezary Wyszyński. – Pies, który nie ma domu ani człowieka, który będzie go chronił, nie może być źródłem „części zamiennych” dla innych, kochanych i zaopiekowanych zwierząt tylko dlatego, że jego los nikogo nie obchodzi. Nie można ratować życia jednego zwierzęcia kosztem zdrowia drugiego.

Fundacja wygrała przed sądem drugiej instancji, który uwzględnił apelację Vivy! i prokuratora, uchylając wyrok sądu rejonowego i przekazując sprawę do ponownego rozpoznania. Sąd argumentował, że „procedury (o ile można tak o rzeczonych transplantacjach mówić) nie były i nie są dozwolone prawem, zaś oskarżony świadomie i celowo zadał ból i cierpienie nie tylko psom dawcom, ale i biorcom (umyślne zranienie)”. A życie biorców stanowiło dla niego wyższe dobro od zdrowia dawców.

Na wyrok sądu drugiej instancji skargę do Sądu Najwyższego złożył obrońca oskarżonego. I Sąd Najwyższy właśnie ją oddalił, kierując sprawę z powrotem do sądu rejonowego.

Pierwsza rozprawa w kwietniu. – Sąd orzeknie, czy w przyszłości zwierzęta bezdomne będą źródłem części zamiennych dla innych zwierząt, których właściciele mają wystarczająco dużo pieniędzy i wystarczająco mało empatii, by na taki zabieg się zdecydować – mówi mec. Katarzyna Topczewska.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Duda nie wypełnia obowiązku. Ktoś się łudził?

PiS i Andrzej Duda dostarczyli przekonującego dowodu, że powoływani przez nich ambasadorowie byli, ogólnie rzecz biorąc, marnej jakości. Konflikt prezydenta z rządem Tuska na tym tle właśnie się pogłębił.

Marek Ostrowski
13.06.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną