Dalajlama 6 lipca skończył 75 lat

Siła i słabość dalajlamy
Są małe szanse, że dalajlama doczeka się spełnienia swego marzenia o powrocie do Tybetu i przywrócenia „dachowi świata” prawdziwej autonomii.
Dalajlama XVI
Marcin Łobaczewski/Newspix.pl

Dalajlama XVI

Największym osiągnięciem dalajlamy jest on sam. Jego obecność w mediach i polityce, mimo protestów i retorsji komunistycznych władz Chin. To, że stał się rozpoznawalnym wszędzie na świecie symbolem tybetańskiej kultury, pokojowego buddyzmu i słusznych tybetańskich dążeń. W naszych czasach tylko kilku ludzi zdobyło taki status symboli szlachetnych spraw: Gandhi, Martin Luther King, Mandela, Wałęsa, papież Wojtyła.

Spotkałem dalajlamę dwa razy na przestrzeni dziesięciu lat. Ujmował swą osobowością, prostotą bycia i przesłania. Wzbudzał spontaniczną chęć służenia sprawie Tybetu, takiej, jak on ją przedstawia. W jego ujęciu w sprawie tej chodzi po prostu o przyzwoitość. O poszanowanie praw Tybetańczyków, a nie o rewolucję polityczną. Przez ponad pół wieku niezmordowanie upomina się o te prawa. Dzięki niemu sprawa Tybetu żyje i porusza sumienia. Zwłaszcza w świecie zachodnim, w tym i w Polsce, gdzie działa mnóstwo społecznych organizacji ludzi dobrej woli.

Niespełnione marzenie

Ten wielki wysiłek nie idzie na marne, ale przełomu wciąż nie ma. Marzenie dalajlamy o pełnej autonomii Tybetu w ramach państwa chińskiego pozostaje niespełnione. I nic nie wskazuje na to, by cel miał zostać osiągnięty za życia patriarchy. Jego koncepcja walki o Tybet jest podważana przez młode pokolenie Tybetańczyków na emigracji w Indiach i krajach zachodnich, zniecierpliwionych impasem i solidaryzujących się z rodakami, którzy buntują się przeciwko chińskiej władzy w Tybecie. Podczas zamieszek w 2008 r. skandowano hasła niepodległościowe. Niepodległość to oczywiście nie to samo co autonomia, nawet pełna. Te hasła to sygnał rosnącej frustracji, a ta rzadko bywa skuteczna.

W Tybecie krążą pogłoski, że docelowo władze chińskie planują sprowadzenie do tego kraju dwustu milionów osadników z Chin. To musiałoby nie tylko ostatecznie przekreślić dążenia autonomistów, ale i rozpuścić sześciomilionową populację Tybetańczyków w morzu żywiołu chińskiego. Mogłoby to prowadzić do ludobójstwa kulturowego. Już dziś od Chińczyków w Tybecie można usłyszeć, że Tybetańczycy są leniwi i zacofani, niezdolni do przyswojenia reguł rządzących nowoczesną cywilizacją. Ten negatywny stereotyp podtrzymuje oficjalna chińska propaganda, by zyskać poparcie Zachodu dla chińskiej polityki wobec Tybetu. Przecież Zachód podziwia modernizację Chin, czemu więc miałby być przeciw modernizacji Tybetu prowadzonej w ramach tego samego gigantycznego planu przekształcenia państwa chińskiego w potężnego, ale spolegliwego uczestnika globalnej gry rynkowej, na której w sumie mają zarobić i Zachód, i nowe potęgi gospodarcze? Prawa człowieka? To luksus i przeszkoda na tym etapie cywilizacyjnym. Może później.

Tak myśli Pekin, ale nie tylko Pekin. Tak myślą politycy w kluczowych stolicach świata. Z jedną różnicą: Pekin to mówi, liderzy innych krajów tego nie mówią. Ale efekt jest ten sam: w przewidywalnej przyszłości nie będzie wolnego Tybetu. Jego powstanie byłoby czymś takim jak powstanie niepodległego państwa kurdyjskiego na skrawkach Iraku, Turcji i Syrii. Geopolitycznym trzęsieniem ziemi burzącym powojenny porządek zbudowany po wycofaniu się fizycznym mocarstw kolonialnych z Bliskiego Wschodu czy z Azji.

Globalna popularność dalajlamy nie ma w tym kontekście istotnego znaczenia politycznego. Jego próby porozumienia się z Pekinem spełzają na niczym. Pekin uważa jakiekolwiek ustępstwa wobec dalajlamy i reprezentowanej przez niego koncepcji polityki tybetańskiej za szkodzące interesom państwa chińskiego. Polityką chińską rządzi nacjonalizm typu imperialnego. Nie ma w nim miejsca nie tylko dla autonomii (a co dopiero niepodległości) Tybetu, lecz dla wszelkich innych podobnych tendencji, na przykład w muzułmańskiej prowincji Sincjang.

Zamknięte koło

Ewentualny powrót dalajlamy do Lhasy, nawet na polityczną emeryturę, jest nie do pogodzenia z powyższą koncepcją chińską. Jest bardzo prawdopodobne, że taki powrót oddziałałby stabilizująco, ale Pekinowi wcale nie zależy na stabilizacji, chyba że na chińskich warunkach. Z perspektywy imperialnej wartością jest państwo unitarne, w którym mniejszości nie są zdolne do samodzielnego bytu, lecz są klientami państwa. To, że Tybet przez kilka wieków posiadał de facto pełną autonomię, a nawet niezależność od władców Chin, nie może być z chińskiego punktu widzenia podstawą jakichkolwiek współczesnych roszczeń ze strony dalajlamy ani jakiegokolwiek innego reprezentanta sprawy tybetańskiej. Dalajlama nawet gdyby poszedł na kompromis – a przecież jego koncepcja rozwiązania kwestii Tybetu jest kompromisowa – mógłby być Pekinowi przydatny tylko wówczas, gdyby zgodził się namawiać Tybetańczyków do akceptacji schińszczenia Tybetu, czego oczywiście XIV Dalajlama nie uczyni. Tak koło się zamyka.

Z tego zaczarowanego kręgu wyjścia nie widać, cokolwiek jeszcze mógłby dalajlama zaproponować Chińczykom i opinii międzynarodowej. Być może jakieś okno nadziei dla Tybetu otwarłoby się, gdyby w Chinach doszło do trwałych przemian demokratycznych. Przemiana komunistów w demokratów jest możliwa. Mamy tego przykłady w pokomunistycznej Europie środkowowschodniej. Gorzej z przemianą nacjonalistów w obrońców praw mniejszości etnicznych i kulturowych. Nie ma żadnej pewności, że nawet gdyby w Chinach powstał system demokratyczny, nowe demokratyczne władze wyrzekłyby się dobrowolnie i szczerze zakorzenionego i kultywowanego od tysiącleci nacjonalizmu, koncentrującego się na umacnianiu państwa i etnicznego żywiołu chińskiego.

Dalajlama nie zmarnował życia, jego dorobek jest imponujący. Ale sprawa, której jest symbolem, dzieli fatalny zwykle los narodów bez państwa.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj