Argentyński spór rządu z "czwartą władzą"

Kiedy słowa tracą znaczenie
To opowieść o wściekłym sporze między rządem a największą gazetą. Rząd łamie zasady, które sam głosi, a gazeta dopuszcza się manipulacji i działa, jakby chciała rozdawać karty w polityce. Nie ma niewinnych, ofiarami są prawda i jakość demokracji.
Gazety w jednym z kiosków w Buenos Aires. Media zarzucają rządowi ograniczenie wolności słowa.
Phillipe Casablanca/Flickr CC by 2.0

Gazety w jednym z kiosków w Buenos Aires. Media zarzucają rządowi ograniczenie wolności słowa.

Gazeta Clarín ocenzurowała okładkę na znak protestu przeciwko ograniczeniu wolności słowa.
Ricardo Ceppi/BEW

Gazeta Clarín ocenzurowała okładkę na znak protestu przeciwko ograniczeniu wolności słowa.

Małżeństwo Kirchnerów – Nestor i Cristina – miało polityczny pomysł na swego rodzaju dynastię.
© Ho New / Reuters/Forum

Małżeństwo Kirchnerów – Nestor i Cristina – miało polityczny pomysł na swego rodzaju dynastię.

Konflikt toczy się w dalekiej Argentynie, lecz jego burzliwe koleje mówią sporo o schorzeniach demokracji nie tylko w tym kraju. Jaką rolę we współczesnych demokracjach odgrywają – czy może: zdarza się im odgrywać – środki masowego przekazu? Kiedy media wypowiadają się w imię dobra wspólnego, a kiedy są rzecznikiem interesów partykularnych? W jaki sposób władza polityczna traktuje czwartą władzę: jako niezbędnego kontrolera demokracji czy raczej jako wspólnika lub wroga? Jakiej próbie poddawane jest dziennikarstwo?

Zamach na wolność słowa?

Dwa lata temu z Buenos Aires poszła w świat wiadomość, że lewicujący rząd Cristiny Kirchner chce wprowadzić medialną ustawę kagańcową. Największa gazeta „Clarín”, a wraz z nią inne środki przekazu niechętne rządowi podniosły larum, że w Argentynie zagrożona jest wolność słowa. Brzmiało to wiarygodnie. „Clarín” był swego czasu największą – a wciąż jest jedną z największych – gazet w świecie języka hiszpańskiego, cieszącą się niemałym prestiżem. W ostatnich latach na fali zmian w duchu lewicowym w Ameryce Łacińskiej zdarzały się ostre konflikty rządów z mediami. Najgłośniejszy był spór opozycyjnych mediów z prezydentem Hugo Chavezem w Wenezueli, choć podobne miały też miejsce w rządzonych przez prawicę Peru (ostatnio też skręciło w lewo) i Kolumbii.

Wenezuelskiemu konfliktowi rząd–media daleko do prostego, czarno-białego obrazu, niemniej ustawa, jaką tam wprowadzono, daje się wykorzystywać – i rząd Chaveza to robił – do uciszania krytyków władzy. „Pewnie Argentyna poszła w ślady swojego sojusznika z Caracas” – doniesienia poważnych mediów przyjmował na wiarę niejeden obserwator spraw latynoskich.

Nic bardziej mylnego – i dowodzi tego nie tylko to, że w kanałach telewizyjnych, należących do grupy medialnej Clarín, bije się w rząd na odlew, a w samej stolicy wychodzi kilkanaście codziennych gazet, z których połowa ma nastawienie opozycyjne. Owa rzekomo kagańcowa ustawa zawiera jeden jedyny przepis antymonopolowy, który uniemożliwia równoczesne posiadanie naziemnych i kablowych telewizji; a także posiadanie monopolu lub dominującej pozycji, gdy idzie o dostarczanie dostępu do Internetu.

Nie ma w tej ustawie ani jednego przepisu zagrażającego wolności słowa, są za to zabezpieczenia antymonopolowe. Twierdzenie, że to ustawa kagańcowa, to po prostu kłamstwo – mówi Graciela Mochkofsky, ceniona autorka kilku książek, która w ostatnich tygodniach ogłosiła tom poświęcony konfliktowi rządów Nestora i Cristiny Kirchnerów z grupą medialną Clarín.

Istotnie, ustawa medialna uderza w interesy ekonomiczne tej grupy, która prócz okrętu flagowego, czyli dziennika, ma gazety lokalne, rozgłośnie radiowe, naziemną stację telewizyjną i kablówkę, fabrykę papieru, dostarcza Internet, a ponadto ma prywatny fundusz emerytalny, udziały w bankach i sektorze rozrywki. Ustawa pośrednio nakazuje grupie Clarín sprzedaż części posiadanych mediów – i właśnie dlatego świat dowiedział się, oczywiście za pośrednictwem mediów należących do Clarína, że w Argentynie władza dybie na wolność słowa.

Z dziejów oportunizmu

Żeby zrozumieć, czym jest Clarín na argentyńskiej mapie życia publicznego – garść wiadomości z historii. Gazetę założył w 1945 r. nieżyjący już biznesmen Roberto Noble. Angażował się w politykę w latach 30., trzymał z najbardziej reakcyjną konserwą. Wraz z dojściem do władzy Juana Perona, który wpuścił lud na polityczne salony, przyjaciele Noblego poszli w odstawkę, lecz sam Noble nie zamierzał rezygnować z udziału w życiu publicznym. Założył gazetę. Osobiście miał do Perona dystans, ale „Clarín” nie był wrogi Peronowi. Gazetę robiono według przykazania oportunistów wszystkich epok: z władzą trzeba żyć dobrze.

Nie była to jedyna gwiazda, jaka przyświecała właścicielowi; Noble miał własną ideologię, trochę niepartyjną: rozwój. W argentyńskim kontekście oznaczało to np., że kraj nie powinien eksportować surowców, lecz budować własny przemysł i eksportować jego wytwory. Było w tym coś z nacjonalizmu gospodarczego, ale nie takiego, który zionie wrogością wobec kapitału zagranicznego.

Wielkie dni dziennika „Clarín” zaczęły się w latach 60. Ideały właściciela gazety i prezydenta Artura Frondizi były zbieżne; wyświadczali sobie przysługi, rząd miał przyjazną obsługę, a gazeta rosła w siłę. Stała się jedną z trzech największych w kraju, a jeszcze dekadę później – największą w całym świecie języka hiszpańskiego (w Hiszpanii to czasy gen. Franco i nie było jeszcze potężnego „El Pais”).

„Clarín” jest gazetą poważną, lecz pisaną prostym językiem, strawną dla mniej wykształconych, na swój sposób egalitarną. Miewał nakład pół miliona egzemplarzy w tygodniu, milion w niedzielę. – Geniusz „Clarína” zawsze polegał na bezbłędnym wyczuwaniu tego, co w danej chwili obchodzi ludzi: nie elitę, ale szerokie rzesze – mówi pisarz i dziennikarz Gabriel Pasquini. – I był uważany za gazetę neutralną, nieuwikłaną w ideologiczne batalie.

Na początku okrutnej dyktatury lat 1976–83 (30 tys. zamordowanych i „znikniętych”) wojskowi powołali cenzurę prasową, ale zlikwidowali ją w ciągu kilku dni. – Autocenzura w „Clarín” i innych gazetach wyłapywała nieprawomyślne słowa, zdania, wiadomości lepiej niż jakikolwiek cenzor zewnętrzny – mówi Graciela Mochkofsky. Stosunki „Clarín” z dyktaturą były na tyle dobre, że po trzech dekadach stały się użytecznym kijem, którym dzisiejszy rząd bije w prestiż gazety.

Po powrocie demokracji „Clarín”, jak zawsze, żył dobrze z władzą. Do czasu. W latach 90., za pierwszej kadencji neoliberalnego prezydenta Carlosa Menema, dziennik popierał politykę masowych prywatyzacji, za to w czasie drugiej – ustawił się na kontrze. Rządem Menema wstrząsały skandale korupcyjne, lecz „Clarín” przez pewien czas udawał niewidomego. Jego nowa współwłaścicielka Ernestina Herrera de Noble (jej mąż, założyciel gazety, zmarł) wraz ze wspólnikami prowadzili interesy, które wymagały przychylności prezydenta. „Clarín” stawał się grupą medialną, która uruchomiła rozgłośnie radiowe, stację TV, kablówkę, handlowała dostępem do Internetu. Wiecznie jednak gazeta milczeć nie mogła – traciła czytelników na rzecz konkurencji i musiała się w końcu dobrać do machlojek Menema, głównego winnego zapaści lat 2001–02.

Obecny konflikt zaczyna się wraz z dojściem do władzy lewicującego Nestora Kirchnera w 2003 r. W relacjach Clarín–władza na początku niewiele się zmieniło. Grupa medialna żyła z rządem w symbiozie, Kirchner ułatwiał jej interesy, m.in. fuzję dwóch największych sieci telewizji kablowej (stały się dzięki temu dominującym na rynku dostawcą Internetu). Kirchner obiecał właścicielom grupy Clarín przychylność w innych interesach, media grupy miały uprzywilejowany dostęp do informacji od rządu. Kirchner rozumiał tę sytuację jako pakt: przyjazna rządowi obsługa medialna w zamian za przywileje w prowadzeniu biznesu i pierwszeństwo w dostępie do informacji.

Sielanka zaczęła się psuć, gdy w mediach grupy Clarín zaczęły się pojawiać informacje o nadużyciach urzędników i przypadkach korupcji w obozie władzy...

Kirchner, który był wcześniej politykiem lokalnym, jako gubernator jednej z prowincji miał lokalne media w kieszeni. Nigdy nie traktował środków przekazu jako czwartej władzy czy kontrolera demokracji. Media były dlań jeszcze jedną branżą biznesu, a dziennikarze – korporacją zawodową taką samą jak prawnicy, nauczyciele czy mundurowi, która przekazuje informacje w sposób podyktowany interesem grupy i właścicieli medium, a nie dobrem ogółu. Z tego przekonania zrodziła się postawa jego rządu wobec dziennikarzy i mediów: z nami albo przeciwko nam; media dzielą się na przyjazne i wrogie. Te przyjazne rządowi dostawały informacje i wywiady, niechętne – nie. Kirchner wydał pracownikom administracji zakaz rozmawiania z niechętnymi rządowi środkami przekazu; nie organizował konferencji prasowych. W publicznych wystąpieniach atakował po nazwisku nawet nieznaczących reporterów z maleńkich gazet czy radiostacji.

Sposób, w jaki „Clarín” zaczął publikować informacje nieprzychylne dla rządu, był i tak wyrzeczeniem się dziennikarskich zasad: zwykle ogłaszano je już po innych gazetach, na prawach przytoczenia. Dla Kirchnera i to było zbyt wiele: uznał, że polityczno-biznesowy partner jest nielojalny. Potrafił dzwonić o siódmej rano do redaktora gazety i udzielać reprymend z powodu małej notatki na dalekiej stronie.

Miodowe lata ostatecznie skończyły się u kresu kadencji Kirchnera, gdy dyrektor wykonawczy grupy Clarín Hector Magnetto powiedział prezydentowi, że pierwsza dama, Cristina, nie powinna kandydować na urząd głowy państwa. Małżeństwo Kirchnerów – Nestor i Cristina – miało polityczny pomysł na swego rodzaju dynastię: rządzenia na zmianę przez długie lata. Kirchner odebrał słowa Magnetta jako wyraz apetytu grupy Clarín na rozdawanie kart w polityce.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną