Wybory w Palestynie odwołane

Jedność w dwóch osobach
Palestyńczycy znów się nie dogadali i odwołali wybory parlamentarne. Skorzystają Izrael i Iran, straci Palestyna.
Banery wyborcze z palestyńskimi politykami – widok z przejścia granicznego w Rafah.
Asmaa Waguih/Reuters/Forum

Banery wyborcze z palestyńskimi politykami – widok z przejścia granicznego w Rafah.

Choć Hamas i Fatah posługują się tym samym arabskim dialektem, to nie mówią wspólnym językiem. Na fot. wiec Hamasu w Gazie.
Yousef Deeb/Wostok Press/Maxppp/Forum

Choć Hamas i Fatah posługują się tym samym arabskim dialektem, to nie mówią wspólnym językiem. Na fot. wiec Hamasu w Gazie.

4 maja Zachodni Brzeg i Strefa Gazy miały wreszcie pójść do urn. Miały wybrać wspólny parlament i prezydenta, aby zbliżyć dwa skonfliktowane prawie-państwa i doprowadzić do powstania niepodległej, zjednoczonej Palestyny. Nic z tego, przełomowe głosowanie – trzeci raz w ciągu ostatnich sześciu lat – znów zostało odłożone w nieokreśloną, ale na pewno odległą przyszłość. A wydawało się, że wszystko zostało zapięte na ostatni guzik. W lutym, po mediacji Egiptu i interwencji emira Kataru, przy błogosławieństwie Białego Domu i Unii Europejskiej, Fatah z Zachodniego Brzegu Jordanu i Hamas ze Strefy Gazy ustaliły warunki przyszłego współistnienia. Bez względu na wynik wyborów zamierzały mianować nowy rząd tymczasowy, złożony z bezpartyjnych fachowców.

Co prawda, kto, jak i na jak długo ich wybierze, tego podczas rozmów kairskich nie ustalono, ale przecież Allah jest wielki! Chyba tak wielki, że postanowił oszczędzić bólu głowy obu pertraktującym stronom, które z początkiem kwietnia anulowały głosowanie. Podobno zaważyły ambicje. Hamas pragnął przejąć kontrolę nad ministerstwem spraw wewnętrznych i służbami bezpieczeństwa. Natomiast Fatah nie godził się na odstawienie na boczny tor obecnego premiera Autonomii Palestyńskiej Salama Fayda, który zawsze był cierniem w oku muzułmańskich fundamentalistów z Hamasu. W dokumentach podpisanych w Egipcie sporne kwestie pominięto, bo każda ze stron była przekonana, że sprawy ułożą się po jej myśli już po wyborach. Jakby zapominając, że choć Hamas i Fatah posługują się tym samym arabskim dialektem, to nie mówią wspólnym językiem.

Palestyńczycy nigdy nie zaprzepaścili okazji, by zaprzepaścić okazję – to popularne powiedzenie byłego izraelskiego ministra spraw zagranicznych Aba Ewena nigdy nie było tak aktualne. Zwłaszcza w Izraelu, gdzie egipskie porozumienie wywołało początkowo poważne zaniepokojenie. Jeszcze wczoraj premier Izraela Beniamin Netanjahu mógł w ciągu dnia budować nowe osiedla na Zachodnim Brzegu, a w nocy spać spokojnie, Palestyńczycy kłócili się sami, o co dbał polityczny lider Hamasu Chaled Maszal i przewodniczący Fatahu Mahmud Abbas. Obaj postrzegają Jerozolimę jako przyszłą stolicę wolnej Palestyny, ale na razie każdy z nich ma własną stolicę – jeden w Gazie, drugi w Ramallah.

Tyle tylko, że noga Abbasa nie stawała w Gazie, a Maszal unikał Ramallah niczym zarazy. Nie tylko ze względu na prestiż, ale przede wszystkim w trosce o własne bezpieczeństwo. Większość zwolenników Fatahu w Strefie Gazy wciąż jeszcze siedzi za kratkami, a na Zachodnim Brzegu fundamentaliści muzułmańscy muszą działać w podziemiu. Przywódcy podzielonej Palestyny musieli więc spotykać się w jordańskim Ammanie, w Doha, stolicy Kataru, albo w Kairze. Za każdym razem rozmawiali o wspólnym rządzie wspólnej ojczyzny, często spierali się o szczegóły i ustalali miejsce i datę następnego spotkania. I znów nic z tych spotkań nie wynikło.

Wygranym odroczenia wyborów jest premier Izraela, który bez większego międzynarodowego sprzeciwu dalej może twierdzić, że podzielona Palestyna nie jest żadnym partnerem do rozmów pokojowych: zapomnijcie o likwidacji osiedli, o oddaniu Jerozolimy i wycofaniu się do granic z 1967 r. Dlatego zaraz po „zaprzepaszczeniu okazji” izraelski premier przymknął oczy na przejęcie prywatnego palestyńskiego budynku w Hebronie (mieście na Zachodnim Brzegu) przez nielegalnych osadników.

W tych dniach Izraelski dziennik „Haaretz” opublikował też mapę terenów przeznaczonych dla nowych osadników, zajmują one ponad 10 proc. całego Zachodniego Brzegu. Spora część tego obszaru została rzekomo sprzedana przez palestyńskich, niezidentyfikowanych pośredników. Buduje się na nich 23 nowe osiedla. Lewicowe organizacje praw człowieka wykryły, że w kilku przypadkach rzekomy pośrednik zmarł w Kalifornii w... 1961 r. Rozpatrywanie złożonych w tej sprawie pozwów sądowych trwać będzie lata, a wyroki zapadną w czasie, gdy nikt nie będzie już mógł zmienić faktów dokonanych.

Nikt w Izraelu nie może zapobiec wchłanianiu Zachodniego Brzegu, nie ma ani chęci, ani siły na starcie z uzbrojonymi i zdeterminowanymi zwolennikami włączenia terenów palestyńskich w granice państwa żydowskiego. Samej Autonomii Palestyńskiej, po uszy zanurzonej w odnowiony spór z Hamasem i osłabionej fiaskiem inicjatywy w Radzie Bezpieczeństwa, brakuje sił i środków na jakiekolwiek skuteczne przeciwdziałanie. Wniesiony ostatnio apel do Rady Praw Człowieka ONZ w Genewie o powołanie międzynarodowej komisji śledczej do spraw osadnictwa na Zachodnim Brzegu przypuszczalnie powędruje tam, gdzie umieszczono wnioski komisji sędziego Richarda Goldstone’a badającej niszczycielskie skutki akcji Płynny Ołów: do kosza na śmieci bliskowschodniej historii.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną