Relacja z Chicago: co wybory zmienią w życiu Amerykanów?

Wybory i co dalej
Chicago dość skromnie uczciło zwycięstwo "swojego prezydenta" Baracka Obamy. Żadnych licznych wieców ani przyjęć. Eksplozji radości nie było, bo chociaż stary prezydent zostaje, to stare problemy ludzi też.
Chicago, radość po ogłoszeniu zwycięstwa Baracka Obamy.
Kevin Lamarque/REUTERS/Forum

Chicago, radość po ogłoszeniu zwycięstwa Baracka Obamy.

Jedynie w środowy poranek kilku restauratorów postanowiło uhonorować najbardziej lojalnych zwolenników gospodarza Białego Domu i przyjęło ich darmowym śniadaniem. W Nookies w dzielnicy Lincoln Park większość gości była zadowolona z wyniku wyborów, ale w ocenach perspektyw drugiej kadencji prezydenta przeważała ostrożność.

68-letnia kelnera Cecilia, imigrantka z Meksyku naturalizowana w latach 80., głosowała na Obamę zakładając że ten - cokolwiek się nie wydarzy - ma i tak lepsze intencje niż Mitt Romney. Matka trzech dorosłych córek jeszcze pracuje, bo pomimo świadczeń które dostaje, musi miesięcznie dołożyć około 1200 dol. aby pokryć rachunki za lekarstwa. Raczej nie ma złudzeń, że będzie mogła cieszyć się emeryturą, ale mówi o tym ze spokojem. Martwi się o swoją rodzinę. - Najważniejsza jest teraz sprawa imigracji. Obama bardzo wiele obiecywał, ale nic z tego nie wyszło. Mam nadzieję, że tu się coś ruszy - stwierdza. Jej córki urodziły się już w USA, wnuki chodzą do college'u, ale wielu im podobnych jest dla systemu niewidocznych.

Prezydent przez pierwsze cztery lata próbował przepchnąć przez Kongres ustawę DREAM ACT, która dawałaby prawo pobytu milionom nielegalnych imigrantów, ale projekt z irytacją odrzucili republikanie. - Latynosi czują się pokrzywdzeni. Całe życie w Ameryce, a wszystko wydaje się takie tymczasowe - dodaje Cecilia.

23-latek Rob, student z Northwestern University, uważa że najważniejszym testem dla prezydenta będzie dyplomacja. - Pół biedy że to on, bo jakby wygrał Romney, to bym się wstydził jeździć do Europy - mówi kategorycznie. Chłopak dostał stypendium na London School of Economics i to, jak go będą traktować na Starym Kontynencie jest bardzo ważne. Cały czas czuje brzemię politycznego rodea, które uprawiał George W. Bush i zepsuł reputację Ameryce. Kolegom z Londynu musi się tłumaczyć, dlaczego Obama odbiera Nobla, a jednocześnie skrytobójczo likwiduje bin Ladena.

Według exit polls ponad 70 proc. głosujących we wtorek uznała, że najważniejszym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji była gospodarka. Zapytany o to Rob z wyższością ocenia, że to już nieaktualne. - Stany są na fali wznoszącej, zupełnie inaczej niż Europa. Długi tu jakoś specjalnie nie ciążą, miejsca pracy powoli wracają, nawet z Chin, bo się okazuje że utrzymanie robotnika tu nie jest wcale takie drogie - stwierdza. Tymczasem w samym Chicago bezrobocie w ciągu pięciu lat wzrosło z 3,9 do 9,1 proc. i jest o około proc. wyższe niż średnia krajowa. - To jest banał którym republikanie mamili naiwnych. A nie mówili przy tym, ilu np. Hiszpanów nie ma pracy i jakie mają na jej znalezienie perspektywy. Z rynkiem pracy Obama akurat sobie radzi - dodaje.

Innego zdania jest 39-letnia czarnoskóra Genise, pracownik fizyczny na lotnisku O'Hare. - Prezydent to wielkie nieporozumienie. "Zmiany zmiany!", to jego hasło, a teraz "Naprzód!". A domy jak ludziom zabierali tak zabierają. Moja siostra zalegała bankowi tylko 1500 dol. i bez żadnej dyskusji wyrzucono ją na bruk - mówi. Po drugiej kadencji wiele się nie spodziewa. Do wyborów nawet nie poszła. - Obama to człowiek z Waszyngtonu, zupełnie odklejony. Clinton jeszcze ludzi rozumiał, a teraz demokraci i republikanie to jedna zgraja. Cztery lata czy dziesięć, nieważne. Nic się i tak nie zmieni - mówi.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj