Lance Armstrong przyznał się do dopingu

Pół prawdy
Słuchając zeznań Lance’a Armstronga w programie Oprah Winfrey trudno było odnieść wrażenie, że powiedział wszystko, co wiedział.

Po latach życia w kłamstwie oraz inspirowania bezceremonialnych ataków na ludzi, którzy oskarżali go o systematyczny i wyrafinowany doping, Lance Armstrong przyznał, że w każdym z siedmiu wygranych wyścigów Tour de France wspomagał się zabronionymi substancjami i metodami. Jeśli komuś te zeznania miały wycisnąć łzy, to najprędzej garstce obrońców święcie przekonanych, że Lance jest czysty. Ale przecież dowody, na podstawie których jesienią pozbawiono go wszystkich tytułów w TdF oraz dożywotnio zdyskwalifikowano, były przytłaczające i niepodważalne.

Jego intencje są nieznane. Ruszyło go sumienie, czy może prawnicy i doradcy przemówili mu do rozsądku? Bardzo prawdopodobna wydaje się teoria, że to część gry, jaką podjął z rodzimą agencją antydopingową, by kiedyś wrócić z banicji do zawodowego sportu – jako triatlonista albo maratończyk. Z drugiej strony sporo Armstrong sporo ryzykuje: przyznając się do dopingu pogarsza swoją pozycję przed czekającymi go niebawem procesami cywilnymi o odszkodowania.

Lance oficjalnie rozpoczął więc pokutę za grzechy przeszłości. Przyznał, że wygrana walka z nowotworem dała mu wiarę w nadludzką moc, wywołała żądzę rewanżu na życiu i, na co dziś patrzy z przerażeniem, oszukując nie czuł żadnych wyrzutów sumienia. Kolarz brzmiał szczerze w tych fragmentach rozmowy, gdy opowiadał o tym, że w czasach jego zawodowej kariery kolarski peleton przeżarty był dopingiem na wskroś, że w tamtych latach zwycięstwo w Tour de France „na czysto” było niemożliwe, że to przecież nie on, Lance, puścił dopingową machinę w ruch, że efektywne kontrole były fikcją, a kluczem do skutecznego dopingu było dobre planowanie.

Wciąż najciekawsze w sprawie Armstronga jest jednak to, czego nie powiedział. Kto mu w dopingu pomagał, skąd pochodziły pieniądze na zakup niedozwolonych substancji, jaka była wiedza najważniejszych kolarskich działaczy (na czele z byłym prezydentem UCI Heinem Verbruggenem i obecnym, Patem McQuaidem) na temat powszechności dopingu w peletonie i wreszcie, czy przymykali na te oszustwo oczy w imię ochrony wizerunku kolarstwa i Tour de France. Armstrong przyznał tylko, że nie czuje się komfortowo mówiąc na temat swoich współpracowników podejrzewanych o pomoc w dopingowym procederze, na czele z niesławnym doktorem Michelem Ferrarim, dożywotnio odsuniętym od pracy w zawodowym sporcie w związku z licznymi przypadkami dopingu wśród jego podopiecznych.  Z tego punktu widzenia wartość zeznań Lance’a w programie Winfrey jest na razie żadna i raczej nie rokuje, by w drugiej części rozmowy (do zobaczenia w nocy z piątku na sobotę na stronie oprah.com) rozwiązał mu się język.

Lance żyje dalej, dalej pojedzie też Tour de France, który w tym roku obchodzi setne urodziny. Nie wydaje się, by zeznania Amerykanina przyczyniły się do odwrotu kibiców, sponsorów i nadawców od tego wyścigu-legendy. Przede wszystkim dlatego, że dziś kolarstwo jest już innym sportem, niż jeszcze kilka lat temu – w żadnej innej dyscyplinie nie obowiązuje tak surowy reżim antydopingowy. Inna sprawa, że prezydent Pat McQuaid nadal rządzi. Skoro Oprah tak dobrze sprawdza się jako spowiednik, to może również jego powinna do swojego programu zaprosić?

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną