Dyplomacja w strefie wojny - rozmowa z Cameronem Munterem

Laserem i reflektorem
Rozmowa z Cameronem Munterem, byłym ambasadorem USA w Pakistanie.
Cameron Munter - były ambasador USA w Pakistanie i Serbii.
CAP/NFS/BEW

Cameron Munter - były ambasador USA w Pakistanie i Serbii.

Kadr z filmu Kathryn Bigelow „Wróg numer jeden”.
Pablo Martinez Monsivais/AP/EAST NEWS

Kadr z filmu Kathryn Bigelow „Wróg numer jeden”.

Marek Ostrowski: – Widział pan „Wroga numer jeden”?
Cameron Munter: – Nie, ale mam nadzieję, że w kolejnej filmowej wersji rolę ambasadora zagra George Clooney.

Ale oglądał pan w czasie rzeczywistym słynną operację przeciwko Osamie ibn Ladenowi, nie w Białym Domu, lecz w samym Pakistanie. Co pan czuł?
Już wiele miesięcy wcześniej mieliśmy informacje o podejrzanym domu w Abbottabad, ale musieliśmy się upewnić, kto i co się tam znajduje. Trzeba było zachować tajność operacji i wszelkie inne środki ostrożności na wypadek, gdyby Osama rzeczywiście tam mieszkał. Wszystkie narady odbywały się w Waszyngtonie; nie brałem w nich udziału. Poinformowano mnie tylko, że decyzja o ataku została podjęta. Dyplomata w terenie nie planuje operacji; miałem zająć się tym wszystkim, co nastąpi później: bezpieczeństwem amerykańskich dyplomatów i konsekwencjami dla stosunków USA z Pakistanem.

Dokładnie wiedziałem, jak operacja będzie zorganizowana i gdzie helikoptery wylądują. Polecono nam nie informować o niej Pakistańczyków. Wydało mi się to słuszne. Oczekiwaliśmy, że wszystko przebiegnie bardzo szybko, ale jak wiadomo, jeden z dwóch helikopterów niespodziewanie się rozbił. To natychmiast przywołało traumatyczne wspomnienie z 1980 r., z nieudanej próby odbicia amerykańskich zakładników w Iranie. Koło 3 rano – a operacja odbyła się o 12.30 w nocy – zadzwonił do mnie minister spraw zagranicznych Pakistanu, który dowiedział się o katastrofie helikoptera w Abbottabad. – Czy to wasz? – zapytał. Odpowiedziałem tylko, że oddzwonię do niego później. Nastąpiła cisza, po czym spytał: – Nie spał pan, prawda? Przytaknąłem. Wszystko stało się jasne. To był jedyny kontakt, jaki miałem tej nocy z pakistańskimi władzami. Później, nad ranem, to Waszyngton – chyba admirał McMullen – poinformował najwyższe władze Pakistanu.

Pierwsze reakcje pakistańskie były pozytywne. Kancelaria prezydenta gratulowała schwytania jednego z najbardziej poszukiwanych terrorystów na świecie. Dopiero w kolejnych dniach pojawi się problem wewnętrzny: czy wojskowi w kraju wiedzieli, co się dzieje? Jeżeli wiedzieli i nikogo nie poinformowali, to oznaczało, że byli współodpowiedzialni. Jeżeli zaś nie wiedzieli, to byli niekompetentni. Obie ewentualności stawiały Pakistańczyków w niekorzystnym świetle. Po kilku dniach zaczęli więc, w ramach samoobrony, atakować nas za naruszenie suwerenności Pakistanu, ale pomijali pytanie, dlaczego w ogóle ibn Laden się w nim znajdował.

Byli przeciwni zabiciu Osamy?
Na pewno szef armii pakistańskiej Ashfaq Kayani i prezydent Asif Ali Zardari odczuli ulgę po jego śmierci; dla mnie to jasne. Problemem stało się ich przeświadczenie, że doznali głębokiego upokorzenia. Oto pojawili się nagle Amerykanie i, nic nikomu nie mówiąc, weszli na ich terytorium, zabili ibn Ladena i zniknęli.

Uważa pan, że powinniście im powiedzieć o planowanej akcji?
Nasz prezydent podjął bardzo trudną decyzję, ale słuszną. Ryzyko przecieku było zbyt duże. Niewiele osób wiedziało o operacji; gdyby ktoś niepożądany dowiedział się o niej, a misja zawiodła, doszłoby do politycznej burzy. Rozumiem decyzję, ale musieliśmy zapłacić za nią wysoką cenę. Właśnie dlatego, że Pakistańczycy poczuli się upokorzeni. Od lat stosunki Islamabadu z Waszyngtonem nie układały się najlepiej. To ogromne państwo, ma broń nuklearną, prawie 200 mln mieszkańców; a mimo to, przez lata od uzyskania niepodległości, traciło pewność siebie.

Czemu po ataku na Afganistan po 11 września wojska amerykańskie nie wycofały się od razu? Sytuacja w Afganistanie szkodzi przecież Pakistanowi.
Dokładnie nie znam procesu decyzyjnego sprzed 10 lat, ale nasze obecne relacje z władzami pakistańskimi – najpierw z prezydentem Pervezem Musharrafem, a teraz z demokratycznym rządem – są dobre. Dotrzymamy obietnicy prezydenta i wycofamy wojska z Afganistanu, ale to nie może zaszkodzić Pakistanowi. Trzeba mu zapewnić stabilność. Nie tylko dlatego, że chcemy być mili dla Pakistańczyków; od tej operacji zależy przyszłość Indii, Iranu i całego regionu.

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną