Świat

Podstawiony za młodu

Podstawiony za młodu

Za dnia przekładał papierki i rozpatrywał podania rdzennych Niemców, a nocą w swoim mieszkaniu przekazywał ważne informacje przełożonym i odbierał rozkazy za pomocą krótkofalówki. Za dnia przekładał papierki i rozpatrywał podania rdzennych Niemców, a nocą w swoim mieszkaniu przekazywał ważne informacje przełożonym i odbierał rozkazy za pomocą krótkofalówki. C.J. Burton / Corbis
Skradziona tożsamość, niejasne przypadki śmierci, dzieci odnalezione po latach – szpiegowskie układanki z czasów zimnej wojny jeszcze długo będą lepsze od sensacyjnych powieści.
Artykuł pochodzi z najnowszego 11 numeru tygodnika FORUM w kioskach od poniedziałku 18 marca 2013 r.Polityka Artykuł pochodzi z najnowszego 11 numeru tygodnika FORUM w kioskach od poniedziałku 18 marca 2013 r.

Jerzy Kaczmarek został zwerbowany do współpracy jako agent komunistycznego wywiadu w 1977 r., gdy miał dwadzieścia kilka lat. Dano mu nową tożsamość i nazwisko – Janusz Arnoldt. Prawdziwy Arnoldt urodził się w 1946 r. Jego matka, rodowita Niemka, porzuciła go w sierocińcu, gdy skończył rok, a sama wybrała ucieczkę z rodzinnego Pomorza – które po wojnie stało się częścią Polski – podobnie jak setki tysięcy innych Niemców.

Aby mistyfikacja była pełna i dawała możliwość swobodnych działań operacyjnych na terenie RFN, szpieg Kaczmarek skierował podanie do Czerwonego Krzyża z prośbą o pomoc w odnalezieniu biologicznej matki Arnoldta, która osiedliła się w Niemczech Zachodnich. Rodzina powitała zaginionego „syna” z otwartymi ramionami i jednocześnie pogrążyła się w żałobie po nagłej śmierci Hildegardy, „matki” Arnoldta, zmarłej na progu swojego domu zaledwie kilka godzin po pierwszym spotkaniu z domniemanym synem.

Ktoś trzeci

Wspierany przez swoją nową rodzinę, która szybko go zaakceptowała, Kaczmarek rozpoczął udaną karierę niemieckiego urzędnika w biurze ds. emigracji i imigracji w Bremie. Podziwiano go za szybkie opanowanie urzędniczej nowomowy, cieszył się też przyjaźnią współpracowników. Został nawet szanowanym członkiem partii socjaldemokratycznej. Za dnia przekładał papierki i rozpatrywał podania rdzennych Niemców, którzy chcieli wrócić do ojczyzny, a nocą w swoim mieszkaniu przekazywał ważne informacje przełożonym i odbierał rozkazy za pomocą krótkofalówki.

Sławomir Cenckiewicz, historyk i były pracownik Instytutu Pamięci Narodowej, uważa, że praca Kaczmarka była bardzo cenna dla siatki wywiadowczej bloku wschodniego. – Kret w Niemczech Zachodnich był na wagę złota. Jego działania ułatwiały przenikanie szpiegów na Zachód i monitorowanie systemu kontroli stosowanego w RFN wobec obywateli uciekających przed komunizmem. Kaczmarka zdemaskowano, gdy w połowie lat 80. prawdziwy Janusz Arnoldt wystosował podanie do niemieckiego Czerwonego Krzyża, aby pomógł mu odszukać matkę. W odpowiedzi dowiedział się, że jego prośbę zarejestrowano wiele lat wcześniej, a do ponownego spotkania matki z synem doszło dawno temu.

Sprawa skłoniła niemieckie władze do przeprowadzenia konfrontacji z Kaczmarkiem i jego przesłuchania. Po 10 miesiącach spędzonych w areszcie i intensywnym śledztwie prowadzonym przez niemieckiego prokuratora, który odkrył w domu podejrzanego nadajnik radiowy, laboratorium fotograficzne, aktówkę z fałszywymi przegródkami i dziadka do orzechów, w którym ukryte były tajne kody, Kaczmarka wydalono z Niemiec. W trakcie jednej z legendarnych wymian szpiegów, na moście Glienicke pod Berlinem, 11 lutego 1986 r. wymieniono go na zachodniego szpiega.

W historii tej nastąpił jeszcze jeden wstrząsający zwrot akcji, który sprawił, że na wniosek jednego z członków rodziny prawdziwego Janusza Arnoldta polskie władze wszczęły własne śledztwo. Arnoldt zmarł nagle w czerwcu 1985 r. w wieku 38 lat, trzy dni po odkryciu, że jego tożsamość została skradziona przez polskiego szpiega, a jego matka nie żyła. Przyjaciele ostrzegali go, by uważał na siebie. W oficjalnym protokole napisano, że przyczyną śmierci był „prawdopodobny atak serca”, ale sekcji zwłok nie przeprowadzono.

 

Jego żona Alicja domagała się odpowiedzi w sprawie nagłego zgonu małżonka, który – wedle jej słów – nigdy nie widział fotografii matki i został na zawsze od niej oddzielony przez komunistycznego szpiega. Domagała się również osobistych przeprosin od agenta. – Nie wiem, czy to wszystko po prostu przerosło Janusza, czy też za jego śmiercią stał ktoś trzeci. Z pewnością to dziwny zbieg okoliczności. Zmarł tak nagle, jak jego matka, która straciła życie natychmiast po tym, gdy ten człowiek stanął w progu jej drzwi.

Cenckiewicz jest przekonany, że polskie służby wywiadowcze mogły dojść do wniosku, że prawdziwy Arnoldt wiedział zbyt dużo. – Nie mam żadnych dowodów, ale ten człowiek nagle został uświadomiony, że tajne służby przeprowadzały nadzwyczajne operacje, posługując się kradzioną tożsamością. Po dziś dzień te działania pozostają jedną z największych tajemnic komunistycznych służb specjalnych.

Po co ta wiedza?

Historia ta, warta jest pióra Johna le Carré lub Fredericka Forsytha, ujrzała światło dzienne dzięki śledztwu polskiej dziennikarki Rozalii Romaniec. – Byłam zdeterminowana, by dotrzeć do sedna historii, która prześladowała mnie i moją rodzinę przez ponad 30 lat – opowiada. Janusz Arnoldt był jej wujem. Finał historii „syna, którego nie było” pokazano w niemieckiej telewizji 9 marca br. To spotkanie Rozalii Romaniec i Jerzego Kaczmarka, którego polska dziennikarka odszukała w Poznaniu. Przed kamerą Kaczmarek wyznał, że do pracy szpiega przyciągnęła go wizja splendoru, jaką roztoczyły przed nim tajne służby. – Czułem się jak bohater filmu. Mogłem pracować dla kraju i jednocześnie przeżywać przygodę superagenta, być jak James Bond.  Dlatego zgodziłem się współpracować.

Utrzymywał, że nie znał ani nie interesował się człowiekiem, którego tożsamość przejął. – Powiedziano mi, że był ciężko chory i nie wiadomo było, jak długo pożyje, więc pewnie nie będzie już nigdy podróżować. Nie miałem pojęcia, że szukał matki i nie miałem powodów, by bliżej się tym interesować. Zaprzecza, jakoby maczał palce w śmierci Janusza i jego matki. Władysław Bułhak z IPN przypomina, że praktyka posługiwania się skradzioną tożsamością stała się oficjalną polityką tajnych służb po ociepleniu stosunków między Polską a Niemcami w 1970 r. – Z centrali służb specjalnych w Warszawie wyszła instrukcja, żeby skupiać się na wyszukiwaniu osób, o których wyrażano się jako o potencjalnych „dawcach tożsamości”, których dane można było skopiować lub przejąć. W szczególności dotyczyło to sierot lub dzieci, które zmarły w czasie wojny.

Kaczmarek wiedział, że kradzież tożsamości była częstą praktyką. Co więcej jest przekonany, że tak jest do dziś. Tajne służby posługiwały się tożsamością zmarłych dzieci, gdy inwigilowały ugrupowania lewicowe w Wielkiej Brytanii. – W okresie zimnej wojny wywiady na wielką skalę posługiwały się taktyką kradzieży tożsamości do celów szpiegowskich. Praktykę tę zapoczątkowano w Związku Radzieckim w latach 20. Tylko nieliczne szczegóły tych operacji wydostały się na światło dzienne. Romaniec mówi, że choć jej śledztwo dostarczyło rodzinie kilku odpowiedzi, pozostawiło też pewne uczucie niepokoju, które nazywa „piętnem zimnej wojny”. – Ile podobnych historii można znaleźć na wschodzie i zachodzie Europy?  Ilu ludzi żyje z przybraną tożsamością, wiodąc życie kogoś innego?

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną