Świat

Czekając na Pax Mafiosa

Narkomafia sporządnieje

Zdjęcie z wnętrza samochodu, w którym zginał policjant przy okazji porachunków między kartelami Sinaloa i z Zatoki. Zdjęcie z wnętrza samochodu, w którym zginał policjant przy okazji porachunków między kartelami Sinaloa i z Zatoki. Erich Schlegel / Corbis
Zatrzymanie szefa Los Zetas, najkrwawszego meksykańskiego kartelu, nie naruszy symbiozy narkobiznesu, świata finansów i polityki. Przywróci jej tylko bardziej cywilizowane oblicze.
Aresztowanie szefa Los Zetas otwiera szansę na zmniejszenie przemocy w wojnie między kartelami.AFP/EAST NEWS Aresztowanie szefa Los Zetas otwiera szansę na zmniejszenie przemocy w wojnie między kartelami.

Powiedzmy sobie szczerze: wpadł jak zwykły frajer. Wzięli go bez oddania strzału i bez przelania kropli krwi. Miguel Angel Trevińo Morales, znany jako Z-40, boss kartelu Los Zetas, jechał z ochroniarzem i 2 mln dol. w gotówce jedną z setek pobocznych dróg w przygranicznym Nuevo Laredo. Tędy przejeżdżają transporty kolumbijskiej kokainy do USA, głównie do Nowego Jorku. Jeden ochroniarz nie mógł nic zdziałać, to jasne, ale tym razem nie zdziałały też nic dolary, którymi kupuje się tu polityków, policjantów, sędziów, wojskowych.

1.

W meksykańskiej narkowojnie takie zatrzymania prawie się nie zdarzają. Osaczeni narkokacykowie giną zazwyczaj w gwałtownych nalotach, wręcz bitwach, i jeśli nawet uchodzą z życiem, to wokół nich ścielą się trupy żołnierzy ich prywatnych narkoarmii i oczywiście tych rządowych.

Nowy prezydent Meksyku Enrique Peńa Nieto ogłosił triumf. Z Waszyngtonu, który wspiera finansowo krwawą wojnę przeciwko kartelom poza granicami Stanów Zjednoczonych, popłynęły pochwały. Ale w lokalnych gazetach w Nuevo Laredo nie pojawiła się następnego dnia nawet wzmianka o pojmaniu Z-40. Ani w wydaniach papierowych, ani w Internecie. Dziennikarze i blogerzy piszący o kartelach są tu obdzierani ze skóry i podpalani. Los Zetas wieszają ich ciała na latarniach i mostach, żeby odstraszyć następców. Czasem po prostu znikają. Nazwiska wielu z nich nie pojawiają się na listach międzynarodowych organizacji, które monitorują wolność słowa i prasy, bo do Nuevo Laredo i okolic nie przyjeżdżają ich przedstawiciele. Nie ma tu nikogo, żadnej instytucji, która mogłaby zagwarantować im bezpieczeństwo, ochronić. Oto państwo w państwie rządzone przez Los Zetas.

Rząd Meksyku ogłasza, że pojmanie bossa tego kartelu to przełom w narkowojnie, ale nie mówi, na czym ten przełom polega. Przecież nie na tym, że skończy się nielegalny handel narkotykami – to można włożyć między bajki. Żeby zrozumieć, na czym naprawdę może polegać przełomowy charakter aresztowania Z-40, trzeba cofnąć się o kilkanaście lat – do czasu, kiedy Los Zetas wkraczali na meksykańską i globalną scenę narkotykową.

2.

Kartel Los Zetas utworzyli dezerterzy z sił specjalnych meksykańskiej armii. Ich umiejętności znacznie przewyższały te, jakie mają przeciętni wojskowi. Studiowali w Meksyku i w osławionej Szkole Ameryk w stanie Georgia, gdzie rząd USA nadal szkoli militarnie swoich latynoskich sojuszników. Znali się na wojaczce z partyzantami i narkobiznesem – do tego ich przygotowywano – a także umieli posługiwać się najnowocześniejszymi rodzajami broni i sprzętem szpiegowskim. Po dezercji w 2000 r. przez dekadę byli zbrojnym ramieniem kartelu z Zatoki, jednego z dwóch największych w kraju. To kartel z Zatoki zbudował potęgę Los Zetas, inwestował w nich miliony dolarów, lecz ci mieli też własne źródła zarobku: porwania dla okupu i wymuszenia.

Działali jak armia, tj. zajmowali jakiś teren poza obszarem wpływów kartelu-sponsora i zachowywali się na nim jak wojskowe władze okupacyjne. Na przykład od każdego, kto na tym terenie prowadził biznes, również narkotykowy – powiedzmy uprawiał marihuanę – domagali się haraczu. Gdy ludzie odmawiali, wkrótce ich zmasakrowane w wymyślny sposób zwłoki albo odcięte głowy straszyły mieszkańców w miejscach publicznych. Kto by po takim widowisku okrucieństwa odmówił jeszcze raz? W ten sposób Los Zetas wprowadzali nowe, okrutniejsze reguły rywalizacji o terytoria, które z czasem stały się normą narkowojny w całym Meksyku.

Nie bali się wkraczać na teren najpotężniejszego i najstarszego kartelu – z Sinaloa. W starciach zbrojnych byli prawie niezrównani, wycofywali się dopiero pod naporem przytłaczającej liczebnie ofensywy. To oni jednak dyktowali metody prowadzenia wojny: żeby ich pokonać, pozostałe kartele musiały utworzyć własne armie; już nie wystarczały grupy uzbrojonych ochroniarzy. Dzięki nim w meksykańskiej narkowojnie zaczęły się liczyć pokaz siły i manifestowanie okrucieństwa.

Los Zetas dawali o sobie znać również na północ od granicy. Brutalnie penetrowali przestępcze podziemie w przygranicznym Houston, a także w miastach Alabamy i Georgii. W USA zaczęto ich traktować jako organizację zagrażającą bezpieczeństwu kraju.

Coś jednak – nie do końca klarownego – wydarzyło się w 2010 r. między nimi a ich sponsorami, bo Los Zetas i kartel z Zatoki weszli na wojenną ścieżkę. Najpewniej nie chcieli być dłużej zbrojnym ramieniem innej grupy, mieli ambicje i prawdopodobnie to sprawiło, że doszło do konfliktu. Ten konflikt Los Zetas przegrali.

 

Wielu twierdzi, że kartel z Zatoki dogadał się po cichu z amerykańską agencją antynarkotykową DEA i wspólnie – choć osobno – zadali cios potędze Los Zetas. W zeszłym roku w strzelaninie zginął ostatni spośród założycieli Los Zetas, niejaki Heriberto Lazcano. Pojmany teraz Trevińo należał do nowej generacji bossów, nie wywodził się z sił specjalnych, nie miał wiedzy wojskowej poprzedników, choć słynął z okrucieństwa podobnego do tamtych. Wśród zarzutów, jakie mu się stawia, są setki zleconych przez niego egzekucji i tortur, w tym masakra w San Fernando 265 migrantów z Ameryki Środkowej, którzy wędrowali za chlebem do USA.

Los Zetas przetrwają, ale jako mniejszy kartel rodzinny – taki zresztą charakter ma większość miejscowych karteli. Tak uważa znawca narkoświata Diego Osorno, który wydał w tym roku książkę o Los Zetas. Ważniejsze jest jednak pytanie o to, czy wróci status quo sprzed pojawienia się Los Zetas, czyli stary Pax Mafiosa – układ między kartelami, które dzieliły się rynkiem i prowadziły narkobiznes we względnym pokoju, przerywanym tylko od czasu do czasu przez większe wstrząsy.

3.

Wzloty i upadki karteli to opowieść nie tylko o nich samych i o narkowojnie. To także lustro przeobrażeń w gospodarce i – szerzej – w ­świecie. Kapitalizm w starym stylu stawiał na mrówczą pracę, produkcję, długotrwałe inwestycje, stabilne relacje. Czasem wykazywał nawet troskę o pracowników, np. w pierwszym 30-leciu po drugiej wojnie światowej. Ostatnie trzy dekady, zakończone krachem na Wall Street w 2008 r., to epoka kapitalizmu finansowego, spekulacji, żądzy natychmiastowych i ogromnych zysków.

Światem karteli rządzą reguły, które zmieniały się tak, jak zmieniało się biznesowe i społeczne otoczenie. Pablo Escobar z Kolumbii, Félix Gallardo z meksykańskiego kartelu z Sinaloa – bossowie z lat 80. i początku 90. – rządzili w paternalistycznym stylu „ojców chrzestnych”. Nielojalność karali okrutnie, jak na mafiosów przystało, ale równocześnie inwestowali część zarobionych milionów w dzielnicach biedy, finansowali budowę parków, boisk, za co czczono ich jak ziemskich bogów. „Kiedy był u szczytu swojej świetności – pisał o Escobarze noblista Gabriel García Márquez – w dzielnicach nędzy w Medellin wznoszono ołtarze z jego podobizną i palono przed nim świeczki. Wierzono, że czyni cuda”.

Drapieżnicy z kartelu Los Zetas – nowej generacji narkomafiosów – wzbudzali jedynie przerażenie. Bossowie kartelu nie dbali nawet o swoich żołnierzy i ich rodziny. Chcieli wielkich zysków od razu – gotowi dopuścić się każdego okrucieństwa, by osiągnąć cel. Przez dekadę byli ramieniem kartelu z Zatoki, ale gdy poczuli się silni, wypowiedzieli posłuszeństwo i wywrócili zastaną w narkoświecie hierarchię. Stare struktury kończyły się także w legalnym otoczeniu gospodarczym. Los Zetas byli symptomem nowych czasów w świecie nielegalnym.

Kartele są lustrzanym odbiciem nowoczesnego kapitalizmu – tak uważa Ed Vulliamy, brytyjski autor „Ameksyki”, książki o pograniczu Meksyku i USA, za którą otrzymał w tym roku nagrodę im. Ryszarda Kapuścińskiego. W jednym z wywiadów Vulliamy mówi, że „młode kartele, takie jak Los Zetas, są symptomem przejścia od paternalistycznego kapitalisty w starym stylu, który wiąże ze sobą pracownika świadczeniami socjalnymi, do nastawionej na natychmiastowy zysk, bezwzględnej korporacji, która wyciska z pracownika i lokalnych społeczności wszystko, co się da”.

Pojawienie się nowych karteli tego typu zburzyło stary Pax Mafiosa, w którym trzy–cztery kartele dzieliły między sobą terytoria, szlaki przerzutowe, wpływy polityczne – i biznes kręcił się bez permanentnej wojny. Nad pokojem czuwał boss nad bossami: Félix Gallardo z Sinaloa. Musiał dogadywać się z braćmi Arellano Félix z Tijuany, z odłamem swoich z Juárez – rodziną Carrillo Fuentes, potem także z tymi z Zatoki. Dzisiejsze kartele trudno nawet policzyć: jak zatem i z kim zawierać pakty? Wszak jutro z całą pewnością powstanie nowa grupa lekceważąca status quo. Tak rodziły się nowe kartele: Familia z Michoacan, jej odłam Kawalerowie Templariusze, bracia Beltrán-Leyva, Sangre Zeta (odłam Los Zetas), Pułkownicy (odłam kartelu z Sinaloa), Nowe Pokolenie kartelu z Zatoki, Nowe Pokolenie kartelu z Jalisco...

Zapanowały przemoc, chaos, destrukcyjna anarchia, a dawny Pax Mafiosa stał się sielską opowieścią o „starych dobrych czasach”.

 

4.

Świat nie wie, co zrobić z narkotykami. Rządzący w USA, Meksyku, Europie nie chcą przyznać, że prowadzona od czasów Richarda Nixona wojna z kartelami to droga donikąd. Zginęły setki tysięcy ludzi, wydano miliardy dolarów – a rzeka narkotyków wciąż wzbiera. Tylko w obecnej meksykańskiej narkowojnie, w ostatnich siedmiu latach, zginęło co najmniej 80 tys. ludzi; prawie tyle, ile w wojnie domowej w Syrii. O liczbach nieoficjalnych strach myśleć; co rusz odkrywa się masowe groby, których do tej pory nie ujmowano w statystykach.

Jeszcze trudniej pomyśleć o tym, że pieniądze z handlu narkotykami krążą w systemie bankowym, finansują wiele przedsięwzięć politycznych i społecznych, o czym politycy i obywatele zazwyczaj wolą nie wiedzieć. „Dla przykładu, kolumbijskie kartele każdego roku inwestują w system kredytowy Florydy 10 mld dol., czyli sumę, bez której cały lokalny system bankowy by runął, co z kolei nie pozostałoby bez wpływu na sytuację ekonomiczną w świecie” – pisze były handlarz kokainą Ruca Rastello w książce „Rynek to ja” (wkrótce ukaże się po polsku).

Można nie wierzyć przestępcy, ale powołuje się on na raport amerykańskiego Centrum Badań i Bezpieczeństwa Narodowego, którego autorzy stwierdzają, że „gdyby zlikwidować handel narkotykami, gospodarka amerykańska poniosłaby straty rzędu 19–22 proc., podczas gdy ekonomia meksykańska zanotowałaby spadek 60-procentowy”.

Narkodolary i narkoeuro mają udział w rynku dóbr luksusowych, sektorach nieruchomości i rynku bankowym – także w Europie. Nawet pomoc humanitarna i organizacje pozarządowe, nieświadome źródeł otrzymywanych podarunków, żyją po trosze – jak i my wszyscy – z narkopieniędzy. „Ameryka i Europa muszą się obudzić i uważnie przyjrzeć temu, co dzieje się z pieniędzmi z handlu narkotykami – pisze brytyjski dziennikarz Ioan Grillo, autor książki „El Narco”. – Szacuje się, że w ostatniej dekadzie dochody meksykańskich bossów z handlu narkotykami przekroczyły ćwierć biliona dolarów”.

Mimo że wiele szacownych postaci polityki i kultury angażuje się w ostatnich latach w kampanię na rzecz zmiany polityki narkotykowej – przekonani, że wojna to droga donikąd – przełomu nie widać. Politycy, którzy nieoficjalnie przyznają, że legalizacja mogłaby uderzyć finansowo w kartele (towar legalny byłby tańszy) i którzy godzą się z tym, że uzależnionych trzeba leczyć, nie karać, boją się wyborców. Większość głosujących wciąż ma wyobrażenia o narkotykach jako o złu absolutnym, rodem z hollywoodzkich thrillerów. Dlatego dopiero na emeryturze byli prezydenci i premierzy przyznają, że ta wojna nie ma sensu. I że jest nie do wygrania, trzeba szukać pokojowego modus vivendi.

„Zakazywanie nie sprawdziło się nawet w Edenie, Adam i tak zjadł jabłko – przekonuje były prezydent Meksyku Vicente Fox. – To, co zrobił Al Capone w Chicago, jest najlepszym przykładem na to, że prohibicja nie działa. Wraz z legalizacją alkoholu skończyła się przemoc”. Gdy był prezydentem, nigdy tego nie powiedział.

Trudno czasem uciec od domysłów, czy wojna z kartelami to nie teatr dla zastraszonych obywateli, fasada, za którą ścierają się i łączą interesy legalne i nielegalne. Nie chodzi o spisek, raczej o wspólnotę interesów i wzajemne zależności. Amerykańska rządowa agencja antynarkotykowa ma roczny budżet ok. 2,5 mld, żyje z tego armia biurokratów, śledczych, policjantów. Politycy organizują wokół walki z narkoświatem całe kampanie wyborcze. Trudno również przyznać po tylu dekadach, że wojna z narkotykami, której ofiarami padali zazwyczaj drobni dilerzy i ludzie uzależnieni, nie miała sensu. Z kolei z wyznań narkohandlarzy wiemy, że niektórzy bossowie traktują wojnę rządów z nimi jako zasłonę dymną, bo przecież nielegalnych pieniędzy potrzebuje również legalna gospodarka. O niektórych zaś politykach wiedzą rzeczy, o których opinia publiczna nawet nie śmiałaby pomyśleć.

5.

Do debaty o narkotykach włączył się w czasie podróży do Brazylii papież Franciszek. Dość nieszczęśliwie: zagrzmiał, że legalizacja nie jest rozwiązaniem, czym zapewne wzmocni obóz zwolenników działań wojennych i wsadzania do więzień uzależnionych. Górę wzięła moralistyka nad wiedzą o tym, że odejście od karania za konsumowanie używek – w Portugalii, Czechach, Szwajcarii – nie zwiększa popytu, a chorzy potrzebujący opieki dostają od państwa pomoc. Druga część wypowiedzi papieża była zachętą do tworzenia warunków społecznych, w których młodzi nie będą sięgać po substancje oszałamiające. Franciszek nie powiedział jednak, że najlepiej robią to właśnie te kraje, które odeszły od represji.

Najbardziej zaawansowana debata o nowej polityce narkotykowej toczy się w małym Urugwaju. W zeszłą środę niższa izba parlamentu poparła legalizację marihuany i wprowadzenie państwowego monopolu na handel tą używką. Czy to wystarczające rozwiązanie? A co z innymi używkami, takimi jak kokaina, heroina, metamfetamina? Dlaczego miałyby pozostawać nielegalne? Np. Portugalia, kierując się przesłankami naukowymi, nie rozróżnia między używkami twardymi i miękkimi – bo czy zdrowsze jest codzienne palenie miękkiej marihuany niż okazjonalne zażycie twardej kokainy?

Ani odejście od karania, ani legalizacja nie są cudownym lekarstwem, ale na pewno stwarzają szansę na zakończenie krwawej narkowojny. Klucz do happy endu trzymają Stany Zjednoczone, które są największym rynkiem zbytu używek produkowanych na południe od Rio Grande. I największym dostawcą broni, którą zabijają się Meksykanie. Pomóc mogłaby Europa, która patrzy na problem z wygodnej perspektywy: mordują się tysiące kilometrów od nas, trochę nie nasza sprawa.

Na razie aresztowanie szefa Los Zetas otwiera szansę na zmniejszenie przemocy w wojnie między kartelami, między kartelami a rządem, między kartelami a społeczeństwem. Reporter Diego Osorno spodziewa się, że wróci dawne status quo, czyli względny pokój, albo jakiś jego współczesny wariant. To byłby prawdziwy przełom. Narkobiznes kręciłby się dalej, a kilka tysięcy Meksykanów rocznie, zwykle młodych, miałoby szansę doczekać swoich następnych urodzin. W meksykańskim teatrze okrucieństwa, który już dawno przebił Szekspira, to naprawdę niemało.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Bajki dla suwerena. Dlaczego filmy Patryka Vegi są tak popularne?

Rozmowa z dr. hab. Jackiem Wasilewskim o tym, co takiego wie o Polakach Patryk Vega, czego nie wiedzą inni.

Joanna Cieśla
20.03.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną