Świat

Problemy wagi ciężkiej

Bułgaria w rękach tłustego misia

Delian Peewski Delian Peewski Nikolay Doychinov/AFP / EAST NEWS
Amerykanie, Rosjanie i Delian Peewski, szemrany właściciel ponad połowy mediów, zrobili sobie z Bułgarii arenę zmagań. I mało brakowało, a puściliby ją z dymem.
Zamieszki w Sofii, 19 czerwca 2013 r.STOYAN NENOV/REUTERS/Forum Zamieszki w Sofii, 19 czerwca 2013 r.
Spotkanie Siergieja Ławrowa (z lewej) z premierem Bułgarii Płamenem Oreszarskim, 7 lipca 2014 r.STOYAN NENOV/REUTERS/Forum Spotkanie Siergieja Ławrowa (z lewej) z premierem Bułgarii Płamenem Oreszarskim, 7 lipca 2014 r.

Wystarczyło kilka wrzeszczących na całą stronę tytułów i cały bułgarski sektor bankowy stanął nad przepaścią. Po czerwcowych atakach tabloidów na Korporacyjny Bank Handlowy, czwarty największy bank w kraju, pieniądze z jego kont zaczęły wycofywać państwowe i prywatne przedsiębiorstwa. Wybuchła panika, pod filiami banku ustawiły się kolejki Bułgarów żądających wypłaty swoich lokat. 11 lipca władze odebrały bankowi licencję i ogłosiły jego niewypłacalność. Ofiarą spekulacji padł też Pierwszy Bank Inwestycyjny. Sytuację musiał ratować rząd, który za zgodą Komisji Europejskiej wsparł sektor bankowy ponad miliardem euro.

Kilka tygodni wcześniej ta sama Komisja wszczęła procedurę o naruszenie prawa unijnego w związku z planami budowy bułgarskiego odcinka South Stream. Ta rura, która pod Morzem Czarnym i dalej przez Bułgarię ma dostarczać rosyjski gaz na Zachód z pominięciem m.in. Ukrainy i Polski, według Brukseli zagraża europejskiemu bezpieczeństwu energetycznemu. Lewicowy rząd Płamena Oreszarskiego w końcu uległ presji, ogłosił czasowe zawieszenie projektu – i upadł. Stracił większość w parlamencie, a ten i tak nie pracuje z powodu bojkotu opozycji. Jesienią kraj czekają przyspieszone wybory, które najpewniej nie wyłonią stabilnej większości rządowej. Sofię ogarnęła faktyczna bezwładza. Kto zatem decyduje o losach kraju?

Obie możliwe odpowiedzi na to pytanie brzmią jak teorie spiskowe, ale lepszych nie ma. Według pierwszej Bułgarią rządzą globalne mocarstwa. Wszak, jak przypominają zwolennicy tej teorii, premier Oreszarski decyzję o zawieszeniu prac nad budową South Stream podjął nieprzypadkowo tuż po rozmowie z trzema amerykańskimi senatorami. To akurat nic nowego.

Oburzeni na ulicach Sofii

Kiedy w zeszłym roku krajem wstrząsnęły dwie fale protestów społecznych, nawet najbardziej umiarkowani obserwatorzy otwarcie mówili o inspiracji z zewnątrz. Zimą bułgarska prowincja, niezadowolona z podwyżki cen energii elektrycznej, doprowadziła do upadku centroprawicowego rządu Bojka Borisowa, który – co nie wygląda na przypadek – sprzeciwiał się rosyjskim projektom energetycznym. „To Gazprom obalił nasz rząd” – grzmiał Simeon Djankow, ceniony ekonomista i minister finansów w gabinecie Borisowa, przypominając, że za niespodziewaną podwyżką stał właśnie rosyjski monopolista.

Kilka miesięcy później oburzeni wyszli na ulice Sofii. Manifestacje studentów wydziałów humanistycznych, domagających się ustąpienia lewicowego rządu Oreszarskiego, zbiegły się w czasie z upadkiem konkurencyjnego wobec South Stream projektu Nabucco. Tajemnicą poliszynela jest, że zwolennikiem tego gazociągu był Waszyngton, który – jak pokazują przykłady Serbii czy Ukrainy – potrafi budować wpływy w lokalnych organizacjach studenckich.

Czy jednak można się dziwić, że Bułgaria tak łatwo poddaje się różnorakim wstrząsom? W indeksie Transparency International jest obok Grecji najbardziej skorumpowanym krajem Unii (zajmuje 77 miejsce), a według Reporterów bez Granic ma największe w Unii kłopoty z wolnością mediów. Wstąpienie do Unii Europejskiej w 2007 r. niewiele pomogło. W ciągu tych siedmiu lat kraj – jak trafnie zauważył brytyjski dyplomata Jonathan Allen – „zrobił kilka małych kroków w przód i kilka dużych w tył”.

Enfant terrible bułgarskiej polityki

O dzisiejszej sytuacji Bułgarii wiele może powiedzieć błyskotliwa kariera Deliana Peewskiego. Ten poseł i zarazem jeden z najbardziej wpływowych magnatów medialnych jest dziś ucieleśnieniem teorii, według której Bułgarią rządzi tak naprawdę garstka miejscowych oligarchów. A już z pewnością nikt lepiej nie symbolizuje patologii i zmarnowanych szans okresu transformacji niż ten ważący ponad sto kilogramów 34-letni enfant terrible bułgarskiej polityki.

Fala zeszłorocznych protestów wybuchła po tym, gdy ­Peewski został szefem Państwowej Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, odpowiednika polskiej ABW. Utrzymał się na stanowisku tylko przez dwa dni, bo na ulice Sofii i kilku innych miast w proteście przeciwko jego nominacji wyszło 20 tys. ludzi. Najnowszy kryzys bankowy również był inspirowany przez niego. To właśnie tabloidy należące do Peewskiego wytworzyły atmosferę nieufności wobec Korporacyjnego Banku Handlowego, którego właściciel Cwetan Wasilew był przez wiele lat partnerem biznesowym młodego oligarchy.

O co poszło? Podobno o South Stream. Panowie mieli pokłócić się o zyski z budowy bułgarskiego odcinka gazociągu, gdzie podwykonawcami są firmy Peewskiego. A w grę wchodzi kontrakt na 3,5 mld euro. Atmosfera między biznesmenami zepsuła się tak bardzo, że – według Wasilewa – Peewski groził mu śmiercią.

Paradoksalnie początek kariery polityczno-biznesowej Peewskiego przypadł na lata moralnej rewolucji. W czerwcu 2001 r. wybory parlamentarne wygrał Narodowy Ruch Symeona Drugiego, ostatniego cara Bułgarii. Jego niekonfrontacyjna retoryka, zapowiedź otwarcia na Europę i hasło odnowy życia publicznego podbiły serca Bułgarów tak bardzo, że frekwencja wyniosła 67 proc., a zwycięskiej partii zabrakło jednego głosu do większości parlamentarnej. Sprowadzeni przez cara młodzi menedżerowie z dyplomami zachodnich uczelni stali się twarzami nowego rządu, który w postkomunistycznym skansenie miał przeprowadzić liberalną rewolucję na europejską modłę.

Brał w niej udział także Peewski, wówczas 21-letni student prawa na prowincjonalnym uniwersytecie w Błagojewgradzie. Wraz z synem rzeczniczki ugrupowania cara zbudował struktury partyjnej młodzieżówki. W nagrodę otrzymał stanowisko sekretarza ministra transportu i komunikacji, a niedługo potem stanął na czele zarządu ogromnego i bardzo dochodowego portu w Warnie. Czemu zawdzięczał te spektakularne awanse? – Nie wiadomo – mówi Ewgenia Manołowa, tłumaczka i korespondentka Polskiej Agencji Prasowej. – W jego życiu nic nie jest jasne. Fakty mieszają się z domysłami.

Faktem jest, że Peewski zawsze wiedział, że liczy się to, kogo znasz. Publicznie pokazywał się z ministrem sportu i właścicielem sieci znanych kawiarni Wasylem Iwanowem, który z sympatii do Pavarottiego chciał, aby nazywano go Luciano. Innym razem gazety opisały, jak Peewski przechadza się po parku z byłym zapaśnikiem celebrytą Ilią Pawłowem, który po upadku komunizmu zbudował biznesowo-mafijny konglomerat Multigroup. Kilka miesięcy później ktoś zastrzelił Pawłowa przed jego własnym biurem.

Moralna rewolucja Symeona skończyła się, zanim na dobre się zaczęła. Już po kilku miesiącach z rządu odeszli ministrowie oskarżani o kontakty z grupami przestępczymi i korupcję. Peewski był jeszcze na obrzeżach życia politycznego, ale i on dołożył cegiełkę do tego, że po czterech latach gabinet cara oceniany był jako jeden z najsłabszych po przełomie. Nazwisko Peewskiego przewinęło się w kilku głośnych skandalach prywatyzacyjnych.

Skandale nie pogrzebały jednak jego kariery. Po wyborczej klęsce cara Peewski otrzymał stanowisko wiceministra ds. nagłych wypadków i krytycznych sytuacji w rządzie socjalistów. Ale tu też nie zagrzał długo miejsca. Został wyrzucony, gdy media ujawniły, że brał udział w defraudacji państwowych pieniędzy. Zaledwie siedem miesięcy później Peewski zaliczył spektakularny come back. Premier Sergiej Staniszew, który wcześniej oskarżył go o „brak wartości moralnych”, niespodziewanie przywrócił go na stanowisko wiceministra.

Kluczem do kariery Peewskiego jest jego matka Irena Krastewa. Ta była szefowa państwowego totalizatora kilka lat temu przejęła najważniejsze tytuły prasowe, dwie telewizje, a także firmy dystrybuujące prasę. Stała się jedną z najpotężniejszych kobiet w Bułgarii i do dziś de facto kontroluje rynek medialny. Nieoficjalnie, bo – jak mówi Manołowa – w oświadczeniu majątkowym ma tylko stare auto. To dzięki pozostającej na uboczu matce ambitny syn rozdaje dziś karty w bułgarskiej polityce.

Z poparciem bułgarskich Turków

Peewski jest gibki do granic. Choć z Turcją nie ma nic wspólnego, stoi za nim partia reprezentującą mniejszość turecką. Ruch na rzecz Praw i Wolności (DPS) ma zapewnione miejsce w każdym parlamencie, bo bułgarscy Turcy (9 proc. ludności) nie mają nikogo innego, kto zadbałby o ich interesy. Ponadto ugrupowanie jest wygodnym partnerem dla lewicy i prawicy, bo jak polskie PSL odnajdzie się w każdej konstelacji politycznej i w każdym ministerstwie. Liderom DPS tak bardzo zależy na życzliwości i pieniądzach Peewskiego, że – aby utrzymać jego poparcie – nie wahają się ośmieszać demokratycznych instytucji. W 2009 r. DPS zgłosił jego kandydaturę na stanowisko… szefa komisji ds. walki z korupcją.

Fenomen Peewskiego przeraża wielu bułgarskich ekspertów. W jaki sposób człowiek, który w każdym innym państwie europejskim byłby skazany na polityczny niebyt, w Bułgarii jest windowany na wysokie stanowiska? Co więcej, to właśnie o nim mówi się dziś jako o tym, z którym rządzący konsultują najważniejsze decyzje personalne.

Młody oligarcha potrafi dogadać się z każdą władzą, co sprawia, że w praktyce jest nietykalny. Przygodę z polityką zaczynał przecież w liberalnej partii cara, później związał się z ruchem mniejszości tureckiej, był członkiem socjalistycznego gabinetu. A w czasie rządów centroprawicy dziennikarze odkryli, że potajemnie spotyka się z politykami tej partii. – Jego zaangażowanie polityczne jest bardzo interesowne – uważa Sław Okow, reporter dziennika „Dnevnik”. – Peewski nigdy nie należał do żadnej partii, a jego głównym celem jest zagwarantować spokój prowadzonych przez siebie interesów.

Jak pokazał jednak skandal bankowy, dla Peewskiego spokój to nie wszystko. Bo kiedy w grę wchodzą osobiste ambicje, jest gotów puścić z dymem całą Bułgarię. W takim podejściu do własnego kraju nie jest niestety osamotniony.

Autor jest analitykiem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Polityka 29.2014 (2967) z dnia 15.07.2014; Świat; s. 46
Oryginalny tytuł tekstu: "Problemy wagi ciężkiej"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Piotr Woźniak-Starak: na przekór

Mógł pójść na łatwiznę i odcinać kupony od dobrego pochodzenia. Ale wolał inaczej. W bohaterach filmów, które zdążył wyprodukować, bliscy widzą dziś jego samego.

Mariusz Sepioło
30.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną