Kim są spece od wygrywania wyborów

Dilerzy obietnic
Zachodni politycy zdali się całkowicie na speców od wygrywania wyborów, a ci sprzedają ich, jakby handlowali odkurzaczami.
David Axelrod przez długi czas był cieniem Baracka Obamy.
Mark Wilson/Getty Images

David Axelrod przez długi czas był cieniem Baracka Obamy.

Australijczyk Lynton Crosby na Downing Street w drodze do premiera Camerona
Steve Back/Rex/EAST NEWS

Australijczyk Lynton Crosby na Downing Street w drodze do premiera Camerona

Ed Miliband ma rację, twierdząc, że wzrost PKB wciąż nijak nie przekłada się na poprawę standardów życia Brytyjczyków.
Neil Hall/Reuters/Forum

Ed Miliband ma rację, twierdząc, że wzrost PKB wciąż nijak nie przekłada się na poprawę standardów życia Brytyjczyków.

Brytyjczycy odstąpili właśnie swoją politykę obcokrajowcom, przynajmniej na czas kampanii przed majowymi wyborami do Westminsteru. Nie było żadnej inwazji, sami chcieli, i jeszcze za to płacą – mają już domy w Hiszpanii, często nielegalne oszczędności w Szwajcarii, to dlaczego mieliby nie outsourcingować polityki? Wszystkie poważne partie na Wyspach oddały prowadzenie swoich kampanii w ręce obcokrajowców. Torysi mają Australijczyka, laburzyści – Amerykanina, a liberalni demokraci doradcę z RPA.

Wyspiarze od dawna zazdrościli rozmachu politycznego innym nacjom, szczególnie Amerykanom. Tony Blair jeździł na konsultacje podczas pierwszej kampanii Billa Clintona w 1992 r., John Major zadurzył się w haśle Ronalda Reagana „It’s morning in America”, nawet Margaret Thatcher naśladowała podczas kampanii byłego aktora z Kalifornii. Brytyjska lokalność ostatecznie brała jednak górę.

Dziś wchodząca w decydującą fazę brytyjska kampania jest kopią tej zza Oceanu. Teoretycznie na Wyspach toczy się 650 oddzielnych kampanii, bo tyle jest jednomandatowych okręgów w wyborach do Izby Gmin. W praktyce już od kilku miesięcy wszystko obraca się wokół liderów największych partii, ich wad, pomyłek, fryzur, bon motów. – Podejrzewam, że po ciężkim dniu pracy przymykają oczy i wyobrażają sobie, że wprowadzają się do Białego Domu – mówi Bradley Todd, brytyjski analityk i komentator.

Pomóc im w tym mają „kapłani współczesnej polityki”, jak nazwał ich Barack Obama, konsultanci polityczni, menedżerowie kampanii, doradcy strategiczni, czyli wąska choć globalna już grupa politycznych magików. To oni – za odpowiednią stawkę – przekonają wyborców do dowolnego kandydata, tak jak do płatków śniadaniowych lub odkurzacza z filtrem wodnym – to tylko kwestia zamówienia. Podpierają się przy tym z pozoru głęboko humanistycznym przeświadczeniem, że wszyscy jesteśmy podobni, podatni na te same triki, strategie, hasła, bez względu na szerokość geograficzną.

Zasada cichego gwizdka

Na tytuł arcykapłana w tym gronie zasłużył sobie Lynton Crosby, ekspert od „taktyki cichego gwizdka”. Jak mówią niektórzy złośliwi torysi, ten 57-letni australijski konsultant przejął już od Davida Camerona władzę nad Partią Konserwatywną. – Nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego – mówi Bradley Todd. – Crosby odsunął cały zarząd partii, nie tylko od decyzji dotyczących kampanii, ale też od wiedzy o tych decyzjach. W efekcie o kolejnych politycznych zwrotach własnej partii nawet wpływowi torysi czasem dowiadują się z mediów.

Tzw. cichy gwizdek wydaje dźwięk słyszalny dla niektórych zwierząt, ale nie dla ludzi. Używa go wielu właścicieli psów, aby na przykład nie denerwować sąsiadów. W polityce zasada cichego gwizdka jest podobna – przekaz kandydata ma dotrzeć do wąskiej, wybranej wcześniej grupy, podatnej na wyraziste hasła, które jednak mogłyby wrogo nastawić do niego resztę społeczeństwa – o ile zostałyby usłyszane. Jak to wygląda w praktyce? Crosby skopiował niedawno swój stary pomysł z Australii. Kazał okleić miasta południowej Anglii plakatami z hasłem: „Ograniczenie imigracji to żaden rasizm” i u dołu mniejszymi literami: „Czy myślisz to, co my myślimy?”, podpisane „Conservatives”.

Crosby wygrał cztery kampanie z rzędu w Australii dla konserwatysty Johna Howarda. Dwa razy pomagał Borisowi Johnsonowi przy zwycięskich wyborach na burmistrza Londynu. Jego firma konsultingowa doradza teraz w kilkunastu krajach świata i chwali się 80-proc. skutecznością w wygrywaniu. Torysom pomagał już w 2005 r., ale z marnym efektem. Konserwatyści co prawda poprawili wówczas wynik partii (o 0,7 proc.), ale przy tym – jak twierdzi Debra Jopson z tygodnika „The Observer” – z powodu negatywnej kampanii przygotowanej przez Crosby’ego zniechęcili do siebie całą generację młodych Brytyjczyków. Od tamtych wyborów w sondażach regularnie ponad 40 proc. pytanych odpowiada, że już nigdy w życiu nie zagłosuje na torysów.

Australijczyk jest mistrzem negatywnych kampanii. Według Jopson przepis zawsze jest ten sam: wystraszyć wyborców i obrzucić błotem konkurenta. Do tego pierwszego celu doskonale nadaje się choćby imigracja. Gdy Crosby pracował jeszcze w Canberze, Australijczycy kłócili się o nielegalnych imigrantów, którzy marnymi łodziami przypływali na antypody z Azji Południowo-Wschodniej. W środku kampanii wyborczej Crosby przekonał premiera Howarda, aby siłą (wbrew prawu międzynarodowemu) zawracał te łodzie.

Gdy Australijczycy zareagowali na to z oburzeniem, Crosby wymyślił historię o tym, jak to dorośli imigranci wyrzucają z łodzi swoje dzieci, aby zmusić Australijczyków do przyjęcia ich na własne okręty. Opinia publiczna odwróciła się o 180 stopni, dwa tygodnie później Howard wygrał wybory, a kłamstwo Crosby’ego wyszło na jaw dopiero kilka dni po głosowaniu.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną