Świat

Oblężone miasta w Syrii. Dlaczego nie udaje się do nich dotrzeć z pomocą?

Oblężone miasta w Syrii. Dlaczego nie udaje się do nich dotrzeć z pomocą?

Do oblężonej części Aleppo pomoc nie dociera. Do oblężonej części Aleppo pomoc nie dociera. Abdalrhman Ismail/Reuters / Forum
Rozmowa z Pawłem Krzyśkiem o tym, dlaczego tak trudno dowieźć pomoc do wszystkich potrzebujących w Syrii.
W kwietniu 2016 r. do miasta pomoc dotarła po raz pierwszy od kilku lat.ICRC/Polityka W kwietniu 2016 r. do miasta pomoc dotarła po raz pierwszy od kilku lat.
Konwój Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża w drodze do Rastan.Paweł Krzysiek/ICRC/• Konwój Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża w drodze do Rastan.
Tym razem nie udało się wjechać do miasta.Paweł Krzysiek/ICRC/• Tym razem nie udało się wjechać do miasta.

Agnieszka Zagner: We wtorek mieliście wjechać do oblężonego Rastan, ale nie wjechaliście. Co się stało?
Paweł Krzysiek: Każda operacja humanitarna wiąże się z wielkim ryzykiem, tak też było tym razem. Mieliśmy gwarancje bezpieczeństwa wszystkich stron, ale okazało się, że nie możemy wjechać do miasta. Byliśmy już poza linią frontu, gdy otrzymaliśmy informacje o nalotach w okolicach Rastan. Ryzyko w takich sytuacjach, kiedy mimo gwarancji bezpieczeństwa walki wciąż trwają, jest zbyt duże, by kontynuować misję. Musieliśmy wszystko odwołać. 66 ciężarówek, 8 samochodów terenowych z ekipami Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża i Syryjskiego Czerwonego Półksiężyca – to niemal sto osób za linią frontu, w sytuacji kiedy jedynie takie gwarancje są wyznacznikiem naszego bezpieczeństwa. Nie mogliśmy narazić tyle osób na ryzyko. Po konsultacjach z szefostwem w Damaszku i po nawiązaniu kontaktu z naszymi „gwarantami” bezpieczeństwa po obu stronach podjęliśmy decyzję, aby konwój przełożyć. To nigdy nie jest decyzja łatwa, bo wiemy przecież, że po drugiej stronie są tysiące ludzi, którzy czekają na naszą pomoc.

Ale tego ryzyka nie powinno w ogóle być. Nie mogliście wjechać, bo trwało bombardowanie z powietrza, a także wymiana ognia rakietowego. Strony wiedziały, że wieziecie pomoc, mimo to nie przerwały ognia.
Niestety nie przerwały. Nikt nie ściąga ponad 60 ciężarówek, kiedy nie ma gwarancji bezpieczeństwa, my je mieliśmy, mieliśmy zaplanowaną drogę dojazdu, ale Rastan i okolice to duże, otwarte, wiejskie tereny, tam naprawdę dość trudno utrzymać względny spokój. Zwykle jest tak, że kiedy wjeżdża konwój, ataki ustają. Nie sądzę, by nasz konwój był celem ataku, ale mając z tyłu głowy to, co stało się dwa tygodnie temu w Aleppo [zbombardowano jadący do miasta konwój, zginęło ponad 20 pracowników humanitarnych – A.Z.], i kiedy ma się tak duży konwój, którego rozładunek trwa zazwyczaj całą dobę, w kilku magazynach jednocześnie (co wiąże się praktycznie z pracą i pobytem za linią frontu praktycznie przez całą noc), nie można ryzykować.

Co wieźliście w tym konwoju?
Przede wszystkim jedzenie: mąkę, ryż, soczewicę, pastę pomidorową, tuńczyka w puszkach, oliwę, olej, cukier – paczki pojedyncze, ale też specjalne pakiety dla miejscowych punktów wydawania jedzenia. Mieliśmy też materiały i ekipy inżynierskie do odbudowy systemów wodnych. W Rastan wielkim problemem jest woda pitna. Staramy się więc, by w każdym konwoju były pompy wodne czy specjalne stacje wodne, tak było tym razem. Wieźliśmy też materiały do oczyszczenia wody, części do naprawy uszkodzonych instalacji. W drodze były też leki – podstawowe, antybiotyki, ale też sprzęt i środki do dializy.

Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, w kwietniu tego roku, też był pan w drodze do Rastan. Wówczas mówił pan, że w mieście jest tylko jeden słabo wyposażony szpital polowy, klinika prowadzona przez wolontariuszy i jeden punkt pomocy medycznej. Czy coś się od tego czasu zmieniło?
Od kwietnia dowoziliśmy pomoc w miarę regularnie, ostatnio miesiąc temu, ale to i tak za mało, by w sytuacja medyczna mogła jakoś radykalnie się poprawić. Nie zapominajmy, że te obszary są oblężone, brakuje tam niemal wszystkiego. Wtedy, w kwietniu, przeżyłem szok, kiedy wszedłem do tamtejszej „kliniki” położniczej. To przerobiony na punkt położnicy dawny warsztat samochodowy. Na ścianach zamiast zdjęć lekarzy czy dzieci – reklamy opon samochodowych, kilka łóżek przedzielonych zasłonami, jakieś wiadra, szafa z podstawowym sprzętem.

Inkubatory?
Nie, tam ich nie ma. Kilka starszego typu jest w szpitalu polowym.

We wschodnim Aleppo jakieś inkubatory też jeszcze są, ale nie ma prądu, więc nie są w stanie spełniać swojej funkcji. Jak jest w Rastan?
Nie ma stałych dostaw prądu, ale są agregatory prądotwórcze, ale problemem wciąż jest paliwo. Jeśli nie uda się je zdobyć, przeszmuglować, ludzie próbują produkować sami – spalają plastik, robią jakąś mieszankę z wodą destylowaną i w ten sposób wytwarzają rodzaj paliwa, które wlewają do tych agregatorów. Niestety ta produkcja jest bardzo toksyczna, ludzie chorują na choroby układu oddechowego.

Każdy wjazd do takiego oblężonego miasta dla jego mieszkańców to zapewne wielkie święto, radość?
Kiedy przywozimy im pomoc, ludzie nie cieszą się, tylko martwią, na jak długo im to wystarczy i czy wystarczy im do czasu, kiedy znów dowieziemy pomoc. Czujemy ich niepokój. Mają rację, że pomoc humanitarna to nie jest jednorazowa sprawa, ale regularne dostawy. Mówią też, że te podstawowe rzeczy to wciąż za mało – my też mamy świadomość, że to za mało. Ludzie chcą warzyw, owoców, witamin. Co z tego, że nie umierają z głodu, skoro nie otrzymują wystarczających składników odżywczych, źle odżywione matki nie są w stanie dobrze nakarmić piersią niemowląt, panuje skrajne niedożywienie dzieci. To prawdziwy dramat, zwłaszcza tam, gdzie pomoc nie dociera regularnie.

Tym razem do Rastan nie wjechaliście. Będziecie próbować?
Oczywiście, nie mamy innego wyjścia, nie możemy przestać pomagać tym ludziom. Staramy się znów nawiązać kontakty, spróbujemy może znów w przyszłym tygodniu, choć nie wiem, czy to się uda. Będziemy próbować.

To szokujące, że zaledwie 15 kilometrów dalej, w Homs, życie wraca do normy.
To prawda, jeszcze rok temu w Homs po godzinie 17 nie było żywej duszy na ulicach, teraz miasto zaczyna tętnić życiem, otwierają się nowe sklepy, warsztaty, restauracje, ludzie wracają do domów na starym mieście – takich bez okien i drzwi, zresztą pomagamy im się tam urządzać… Są dzielnice w Homs, które wciąż wyglądają jak Warszawa po drugiej wojnie światowej.

Podobnie jest w Aleppo. W zachodniej części w miarę normalnie toczy się życie, we wschodniej śmierć. Czy jest jakaś nadzieja dla oblężonego miasta, gdzie atakowane są szpitale, gdzie nie brakuje niemal wszystkiego, gdzie zamiast kocami pacjentów przykrywa się workami na zwłoki, gdzie pierwszej pomocy udzielają ekipy sprzątające w szpitalach, gdzie nie ma prądu, gdzie sytuacja jest dramatyczna, gdzie dojechać z pomocą nie sposób, co widzieliśmy dwa tygodnie temu?
Jesteśmy gotowi dostarczyć pomoc w każdej chwili. W zachodnim Aleppo mamy swoje biuro koordynacyjne, mamy zaplecze logistyczne, mamy gotowych pracy lekarzy i wolontariuszy, ale by dowieźć pomoc, walki muszą zostać przerwane, a drogi otwarte. Musi dojść do rzeczywistego zawieszenia broni – tyle że to nie od nas zależy, tylko od stron biorących udział w tych walkach. Nasz apel jest prosty – jesteśmy gotowi pomagać, ale ci, którzy walczą, muszą nam na to pozwolić. Żeby tam dotrzeć, musimy przejechać linię frontu, a ta w Aleppo płonie. Nie mamy kamizelek kuloodpornych, broni, mamy tylko ciężarówki, pracowników i wolontariuszy, opatrzone naszym logo bądź logo Czerwonego Półksiężyca.

Tyle że to już nie wystarcza. W Syrii nie są respektowane podstawowe prawa wojny: nieatakowanie szpitali, konwojów humanitarnych, ludności cywilnej. Nikt tego już nie rozumie, dlaczego tak się dzieje?
Nie wiem, to nie jest pytanie do mnie. My jesteśmy od tego, by pomagać, i będziemy próbować robić to wszystkimi sposobami. Nie przestaniemy, nawet jeśli efekty są minimalne.

***

Paweł Krzysiek jest dyrektorem biura prasowego Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża w Syrii. Na co dzień pracuje w Damaszku, jeździ również z konwojami humanitarnymi do oblężonych miast. 

***

Konwój Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca miał we wtorek dotrzeć do oblężonego przez siły rządowe miasta Rastan, oddalonego od Homsu o zaledwie 20 km. Przez dwie kolejne doby to się nie udało. Miasto jest oblężone od 2012 r. przez siły rządowe. W mieście mieszka ok. 110 tys. osób, z czego połowę stanowią uchodźcy z innych miejscowości. Rastan jest pod kontrolą bojowników Ahrar al-Sham, Dżabhat Fatah al-Sham (dawny Front Al-Nusra) oraz sił tzw. Wolnej Armii Syryjskiej.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Rozmowa z Davidem Martelo, uczestnikiem rewolucji goździków

O portugalskiej rewolucji goździków sprzed 45 lat opowiada jej uczestnik David Martelo.

Krzysztof Kubiak, Tadeusz Zawadzki
23.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną