Świat

Wielkie manifestacje feministyczne w konserwatywnym Chile

Protesty trwają od maja w całym Chile. Protesty trwają od maja w całym Chile. Mario Ruiz / Forum
W Chile manifestują przede wszystkim młode kobiety. Ich głównym postulatem jest nieseksistowska edukacja i walka z molestowaniem seksualnym na uczelniach i w szkołach.

Scena ma miejsce na prestiżowym Papieskim Uniwersytecie Katolickim w Santiago de Chile i jednym z jej bohaterów jest ogromny pomnik Jana Pawła II stojący na tamtejszym dziedzińcu. Drugą bohaterką jest młoda kobieta – topless i z fioletową kominiarką na twarzy – która wdrapała się na cokół i stamtąd zagrzewa do walki otaczający ją tłum studentek: „Alerta, alerta, alerta machista! Qué todo el terrotorio se vuelva feminista!” (Uwaga na maczyzm! Niech cały kraj będzie feministyczny!).

Manifestacje w Chile: w jakiej sprawie?

Tak wygląda jeden z bardziej znanych obrazów z feministycznych protestów trwających od maja w całym Chile. To największe manifestacje od czasu głośnej mobilizacji studentów w sprawie darmowego dostępu do edukacji w 2011 r. Manifestują przede wszystkim młode kobiety i studentki, do których dołączyły też uczennice szkół średnich. Wychodzą na ulice i okupują uniwersytety (w sumie 25 wydziałów), a ich głównym postulatem jest nieseksistowska edukacja i walka z molestowaniem seksualnym na uczelniach i w szkołach. W kraju uznawanym za jeden z bardziej konserwatywnych w Ameryce Łacińskiej popiera je 71 proc. mieszkańców.

Czytaj także: Na czym polega molestowanie seksualne? Każdy kraj widzi to inaczej

Historie, które wstrząsnęły Chile

Kroplą, która przelała czarę oburzenia, był zbiorowy gwałt, do którego doszło na początku maja. Jego ofiarą była młoda kobieta, która wczesnym wieczorem wysiadła z metra w okolicach stadionu piłkarskiego, a sprawcami grupa kibiców w koszulkach drużyny Universidad Católica. Niedługo wcześniej Chile wstrząsnęła historia gwałtu i morderstwa 20-miesięcznej dziewczynki, których dopuścił się jej opiekun. Pojedyncze okupacje uniwersytetów przez studentki trwały zaś już od kwietnia i miały związek ze sprawą molestowania seksualnego, którego sprawcą był sędzia Trybunału Konstytucyjnego i wykładowca Uniwersytetu Chilijskiego – bezkarny, bo kryty przez kolegów z wydziału.

Szybko okazało się, że podobnych historii nie brakuje na innych uczelniach, co stało się początkiem chilijskiej wersji #MeToo, która w hiszpańskojęzycznym internecie posługuje się hasztagiem #Cuéntalo (OpowiedzTo). Apogeum protestów miało miejsce 17 maja, kiedy ulicami Santiago de Chile przemaszerowało 150 tys. kobiet, do których trzeba doliczyć kilkadziesiąt tysięcy manifestujących w innych miastach. Chociaż w centrum żądań pozostały edukacja i walka z kulturą gwałtu, protestujące domagały się już nie tylko uczelni wolnych od przemocy, ale i bezpieczniejszego dla kobiet i bardziej równościowego całego kraju.

Obyczajowa ewolucja i zakorzenione nierówności

Protesty nie wzięły się znikąd. Konserwatywne i skrajnie rozwarstwione ekonomicznie Chile, w którym rozwody stały się legalne dopiero w 2003 r. i gdzie – podobnie jak w Polsce – zasłużony w czasach dyktatury Kościół katolicki ma wciąż duże wpływy, przeszło w ostatnich latach sporą społeczną i obyczajową ewolucję. Jej symbolem były z jednej strony masowe studenckie manifestacje sprzed kilku lat, a z drugiej progresywna prezydentka Michelle Bachelet – pierwsza kobieta na tym stanowisku, za której rządów zalegalizowano związki partnerskie dla osób tej samej płci i dopuszczalność aborcji w przypadku uszkodzenia płodu, gwałtu lub zagrożenia życia kobiety (wcześniej usunięcie ciąży było karane więzieniem).

Kraj wciąż boryka się jednak z głęboko zakorzenionymi nierównościami. Mimo wprowadzonych niedawno parytetów tylko 23 proc. chilijskich parlamentarzystek to kobiety (w Polsce jest niewiele lepiej – 28 proc.). Chilijki zarabiają też 32 proc. mniej niż ich rodacy płci męskiej (dla porównania: średnia różnica w Unii Europejskiej to 16 proc.) i częściej są bezrobotne. Szczególnym przypadkiem przestrzeni dyskryminujących kobiety są właśnie uniwersytety – tradycyjna ostoja białych mężczyzn ze społecznych wyżyn. Te najbardziej elitarne często są związane z Kościołem. Okupujące je studentki domagają się nie tylko skuteczniejszej ochrony przed molestowaniem, ale też zrównania pensji wykładowców i wykładowczyń czy umów o pracę dla sprzątaczek.

Czytaj także: Chilijski episkopat podaje się do dymisji

Coraz większe ambicje protestujących

„Kobiety w Chile mierzą się ze skostniałymi instytucjami, które zwlekały zbyt długo ze zmianami i dostosowaniem swoich składów, norm, procedur i struktur władzy do wymogów większej równości. Studentki trafiły w czuły punkt w społeczeństwie i dlatego otrzymały wsparcie z bardzo różnych stron, daleko wykraczające poza same uniwersytety” – pisała chilijska socjolożka Marcela Ríos w dzienniku „El País”. Ducha czasów wyczuł nawet prawicowy prezydent Sebastián Piñera, który nie chcąc ryzykować starcia z rosnącym w siłę ruchem, zapowiedział m.in. zmiany zapisów w konstytucji, mające zagwarantować pełną równość między kobietami i mężczyznami oraz plan przeciwdziałania przemocy na tle płciowym w szkołach i na uczelniach. Protestujące wytknęły mu, że to o wiele za mało, i zżymały się na jego protekcjonalny ton, kiedy mówił, że „czas zmienić sposób, w jaki traktujemy nasze kobiety”.

Bo im dłużej trwa mobilizacja, tym dalej sięgają ambicje protestujących. Mimo (a może właśnie dlatego) że po latach lewicowej fali kontynent doświadcza powrotu konserwatywnych rządów białych mężczyzn, także w sąsiedniej Argentynie trwa od paru lat feministyczny ferment. Kolejne duże manifestacje w Chile zwołano na 6 czerwca, a organizatorki zapowiadają „radykalizację protestów”. Ich dalsze losy będą zależały od tego, czy uda im się przekuć gniew w bardziej długotrwały i solidny ruch. Nie brakuje jednak głosów, że największa mobilizacja kobiet, jaką widział kraj, już teraz wyznaczyła epokę „przed” i „po”, która na dodatek zbiegła się w czasie z gigantycznym skandalem pedofilskim w chilijskim Kościele.

„To dopiero początek” – brzmiał napis na jednym z transparentów, które niosły 17 maja protestujące dziewczyny.

Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Jak amerykańskie flippery z Francji do Polski trafiły

Flippery, czyli zręcznościowe, elektromechaniczne maszyny do grania, były kiedyś obowiązkowym elementem wyposażenia w barach, hotelach i... nocnych klubach. O ich losach opowiada Marek Jasicki, który importował je z Francji do Polski.

Łukasz Dziatkiewicz
15.09.2019
Reklama