Głośno nad tą trumną
Nie jest łatwo pochować dyktatora i pogrzebać dyktaturę. W Chile, ale także w Peru, Urugwaju czy w Hiszpanii trwają – często gorące – rozrachunki z historią.

Prezydent Chile Michelle Bachelet odmówiła zgody na pogrzeb należny głowie państwa. Pożegnaniem Augusto Pinocheta, byłego głównodowodzącego i szefa junty, zajęło się wojsko. Ceremonia odbyła się w najbardziej odpowiednim miejscu – położonej w centrum Santiago Akademii Wojskowej, której absolwentem był zmarły, a wychowankowie cieszą się reputacją najlepszej armii w Ameryce Łacińskiej. (Zamach stanu w 1973 r. wojsko przeprowadziło sprawnie i praktycznie bezkrwawo, tysiące ofiar pociągnęła dopiero walka i junta).

Na rozległym terenie oraz dookoła Akademii Wojskowej zgromadziło się blisko 5 tys. zwolenników Pinocheta. Przedstawicielka prezydenta minister obrony Vivianne Blanlot (socjalistka) została wygwizdana i musiała wysłuchiwać obelg ze strony co bardziej zaangażowanych żałobników. Zwolennicy Pinocheta wyładowali także swoją złość na dziennikarzach i ekipach telewizyjnych z wielu krajów, których lżono i bito, jakby to oni byli odpowiedzialni za negatywny wizerunek generała w mediach. „Kłamcy!”, „Mówicie tylko o prawach człowieka!” – krzyczano, wyrywając mikrofony, kamery i aparaty fotograficzne.

Wśród poszkodowanych była Maria José Ramudo – korespondentka telewizji hiszpańskiej, dziennikarze włoscy, argentyńscy i pracownicy chilijskiej telewizji publicznej (TVN – Television Nacional). Kontuzjowany Alberto Pando z CNN skarżył się, że wszystko to działo się na oczach karabinierów, którzy nie reagowali na wołania dziennikarzy. Stowarzyszenie Korespondentów Prasy Zagranicznej i Stowarzyszenie Dziennikarzy Chilijskich wystosowały protesty. Przedstawiciel władz oficjalnie przeprosił dziennikarzy za to, że nie zapewniono im bezpieczeństwa.

W starannie wykalibrowanym przemówieniu nad trumną szef armii gen. Oscar Izurieta ograniczył się do dorobku zmarłego w dziedzinie wojskowości. Trzeba było ponad 15 lat od upadku dyktatury, żeby w bólach, krok po kroku, siły zbrojne – jako instytucja – odcięły się od zbrodni dyktatury, ale pogrzeb szefa junty nie był właściwą okazją, żeby o tym mówić. Początkowo w koszarach zbrodniom zaprzeczano, później obwiniano za nie indywidualne osoby, utrudniano śledztwo, zazdrośnie strzeżono obowiązującej w wojsku wersji historii: armia spełniła swój obowiązek, w odpowiedzi na apel parlamentu oraz innych instytucji i osobistości ocaliła kraj przed większym złem, jakim był komunizm. Przy okazji uczyniła cud gospodarczy. Dopiero w ostatnich latach, kiedy u władzy znaleźli się socjaliści, poprzedni prezydent Ricardo Lagos i obecna głowa państwa Michelle Bachelet, armia w końcu wykrztusiła z siebie zbiorowe mea culpa.

O ile zwolennicy generała byli rozgoryczeni, że odmówiono mu pogrzebu należnego byłej głowie państwa, o tyle lewica była rozczarowana, że generał został pochowany z ceremoniałem, jaki przysługuje naczelnemu wodzowi. „Gdyby to była demokratyczna armia w demokratycznym kraju, którym Chile nie jest, to by mu nie oddała honorów” – powiedziała Lorena Pizarro, przewodnicząca Stowarzyszenia Rodzin Osób Zaginionych.

Chile bez Pinocheta

Jak będzie wyglądało Chile bez Pinocheta? Zmieni się niewiele, ponieważ politycznie generał był już martwy od co najmniej kilku lat. Krok po kroku zmieniane są prawa, tzw. rygle (instytucja senatorów mianowanych, niedemokratyczna ordynacja wyborcza), które dawały armii i jej zwolennikom możliwość hamowania demokratyzacji. Gospodarka rozwija się pomyślnie co najmniej od lat 80. Zwolennicy Pinocheta wychwalają gospodarcze sukcesy Chile, jak gdyby one były usprawiedliwieniem zbrodni. Zapominają przy tym, że głównym źródłem bogactwa tego kraju jest miedź. A kopalnie miedzi znacjonalizował Allende, co w oczach ówczesnych właścicieli (na ogół zagranicznych) było aktem komunistycznym, nacjonalistycznym i bezprawnym. Pinochet tej decyzji swojego poprzednika nie zmienił. Nawet on nie zdecydował się na reprywatyzację miedzi. Prezydent Nixon mu to wybaczył, bo generał miał inne zasługi.

„Nie wierzę, że rozpoczynamy nowy etap – mówiła w tych dniach Michelle Bachelet – ponieważ nowy etap dla Chile rozpoczął się w 1990 r., kiedy wywalczyliśmy demokrację i zaczęliśmy proces pojednania. Jasne, że mając taką historię jak Chile, ból i żal pozostaną jeszcze długo. My, Chilijczycy, zdołaliśmy się pojednać, to nasz największy skarb i musimy go bronić. Śmierć generała – ze względu na silne emocje, jakie ten fakt wywołał wśród obywateli – groziła odnowieniem podziałów”. Ale tak się nie stało.

 Nie jest wcale pewne, czy gdy pewnego dnia prawica – po raz pierwszy od 1989 r. – wygra wybory i powróci do władzy, wzniesie generałowi pomnik. Czasy się bowiem zmieniły. Zimna wojna należy do historii, zagrożenie komunistyczne jest już tylko fikcją, a na plan pierwszy wyszły inne wartości: prawa człowieka, demokracja, prosperity. Przywódcy prawicy chilijskiej, zwłaszcza młodszego i średniego pokolenia, tacy jak Joaquin Lavin, Pablo Longueira czy Sebastian Pinera, teraz akcentują konieczność rozrachunku prawicy z samą sobą, by nie ułatwiać sobie życia i nie obarczać winą za zbrodnie wyłącznie Pinocheta.

Jeżeli w Chile coś się zmieni, to tylko w dziedzinie „nadbudowy” – coraz bardziej powszechnego i oficjalnego potępienia dyktatury – oraz w dziedzinie wymiaru sprawiedliwości, który co prawda jest niezawisły, ale czas robi swoje, ubywa sędziów uwikłanych w dyktaturę oraz jej obrońców.

Pakty jawne, tajne i faktyczne

Śmierć Augusto Pinocheta, śmierć paragwajskiego dyktatora Alfredo Stroessnera, który sprawował władzę 34 lata (1954–1988, zmarł w ubiegłym roku na emigracji w Brazylii w wieku 93 lat), ciężka choroba sędziwego dyktatora Kuby, wznowienie procesów członków junty w Argentynie, unieważnienie autoamnestii z 1978 r. reżimu Pinocheta w Chile i dwóch amnestii w Argentynie (1986–1987), procesy i aresztowanie byłego (1973–1985) dyktatora Urugwaju Juana Marii Bordaberry’ego (on sam ostatecznie też został obalony przez armię) – wszystko to odświeża pamięć o dyktaturze. Trudna przeszłość wymaga przezwyciężenia, a sposób, w jaki ono następuje, jest inny w każdym kraju, zależnie od kultury politycznej i prawnej, a także od układu sił. Ten zaś jest wyraźnie po stronie demokracji.

 Po zimnej wojnie czas dyktatorów minął. Ale jak świat długi i szeroki – od Chile poprzez Hiszpanię, Polskę, aż po Filipiny i Kambodżę – pozostały dylematy transformacji. Nigdzie powrót do demokracji nie nastąpił bezkolizyjnie. Wszędzie wahadło kołysze się – od pojednania do wojowania, od zapominania do przypominania, od amnestii do procesów, od milczenia dla dobra stabilizacji do kłótni w imię odpowiedzialności, od odkopywania grobów do zasypywania przepaści. W żadnym kraju nie udało się w sposób harmonijny i trwały pogodzić tych wszystkich aspiracji.

„Chociaż presja społeczeństwa i mediów jest ważna, to jednak charakter przemian demokratycznych zależy od stosunku sił. Pokojowa transformacja ma swoją nieuniknioną cenę, czyli pakt – jawny lub nie. Na jego podstawie ciemiężcy zgadzają się oddać władzę. Zaś uciskani zgadzają się na pakt nie tylko, żeby uniknąć cierpień i rozlewu krwi, lecz również po to, żeby zbudować solidne podstawy pod przyszłą demokrację” – tłumaczy Jorge Castaneda, intelektualista meksykański, pierwszy minister spraw zagranicznych po upadku dyktatury. Jego zdaniem „pakt założycielski” należy poprzeć dla uniknięcia krwawego konfliktu pomiędzy zwolennikami i oskarżycielami dawnego reżimu, a w konsekwencji „wykolejenia procesu demokratycznej transformacji”.

Pakty – jawne, tajne, a w każdym razie faktyczne – w różnym stopniu zaspokajają głód prawdy i sprawiedliwości. W Chile i w wielu innych krajach łatwiej było dogadać się w sprawie rozwiązań ustrojowych (np. że prezydent może mianować kolejnego szefa armii tylko spośród kandydatów przedstawionych przez dowódcę odchodzącego) niż w sprawie wspólnego bilansu dyktatury. „Pinochet – zbawiciel czy morderca Chile?” – na to pytanie wspólna, wyważona odpowiedź, uzgodniona przez obie strony, nie jest możliwa. Można było tylko uzgodnić status generała w kraju demokratycznym – immunitet, zagwarantowane stanowisko szefa armii, przywileje.

Upadek junty ujawnia ogromny i dotychczas niezaspokojony głód prawdy o przyczynach, przebiegu i skutkach dyktatury. W Chile, podobnie jak w wielu innych krajach, utworzono komisję prawdy i pojednania.

Komisje były bardzo różne, od takich, które działały w myśl zasady „wyznanie prawdy w zamian za przebaczenie” (Afryka Południowa, przewodniczący bp Desmond Tutu), aż po takie jak w Chile (przewodniczył znany prawnik i senator Raul Rettig), które zajmowały się wyłącznie ofiarami, nie wspominając sprawców. Zakres działalności komisji w Chile, określony przez parlament przy bardzo silnej wówczas opozycji ze strony zwolenników dyktatury, obejmował wyłącznie osoby zaginione, a nie tortury, porwania, a nawet egzekucje.

Wyniki prac komisji oraz skutki publikacji ich raportu zależały od bilansu sił. W Chile raport komisji Rettiga był wydarzeniem ważnym, ale nie przełomowym w transformacji, której główne etapy były uzgodnione pomiędzy odchodzącą juntą i opozycją demokratyczną. Dla odmiany w Peru, gdzie demokracja jest nadal słaba, raport komisji nie zyskał należytej uwagi. „Wyniki pracy peruwiańskiej komisji – twierdzi wybitny pisarz Mario Vargas Llosa – nie odbiły się zbyt głośnym echem za granicą. Nawet w samym Peru wywołały one kontrowersje, podsycane dodatkowo przez ataki mające na celu zdyskredytowanie komisji, na czele której stał Salomon Lerner Febres, wybitny filozof i rektor Uniwersytetu Katolickiego”. Zdaniem pisarza, komisja dokonała „nadludzkiego wysiłku”, by ujawnić prawdę o losie prawie 70 tys. ofiar bandytów spod znaku Świetlistego Szlaku, a następnie reżimu prezydenta Alberta Fujimori, jednak napotkała sprzeciw koalicji krytyków raportu. Złożyli się na nią wojskowi, funkcjonariusze i sympatycy poprzedniego reżimu, arcybiskup Limy, partie polityczne oraz osoby niezależne, przekonane, że prace komisji doprowadzą do zaostrzenia podziałów.

Żadnych pokazowych procesów

W ostatnich latach nawet jednak transformacje w Hiszpanii i w Chile – które uchodziły za wręcz modelowe – zostały zakłócone. Przejście od dyktatury do demokracji w Hiszpanii było inspiracją dla wielu krajów, w tym dla niektórych uczestników Okrągłego Stołu w Polsce (swojego uznania dla transformacji hiszpańskiej nie ukrywa Adam Michnik). Hiszpania ma za sobą wyjątkowo krwawą wojnę domową w latach 1936–1939, liczbę jej ofiar ocenia się na od 300 tys. do pół miliona, do czego dodać należy ofiary trwających ponad 35 lat rządów gen. Franco. Po śmierci Franco (1975 r.) rozpoczęła się stopniowa tzw. paktowana transformacja, uzgodniona zakulisowo przez polityków jedynej legalnej partii Movimiento oraz działaczy opozycji. Jej częścią były dwie amnestie z 1977 r. dla obu stron wojny domowej.

Transformacja w Hiszpanii i w Chile polegała w dużym stopniu na odwrocie „od przeszłości ku przyszłości”. Żadnego burzenia pomników, żadnych pokazowych procesów, niech młyny sprawiedliwości mielą powoli. Broń Boże przed jakimkolwiek odwetem. Lewica, która wcześniej padła ofiarą dyktatora, była krytyczna wobec tej transformacji przez zapomnienie, krytykowała „amnestię przez amnezję”, domagała się ukarania winnych, pokazowych procesów, ekshumacji oraz identyfikacji ofiar, wypłaty odszkodowań, zmiany obowiązującej wersji historii, samokrytyki odpowiedzialnych, z których wielu pozostawało na stanowiskach. Ani jednak w Hiszpanii, ani w Chile nie przeprowadzono czystki, lustracji ani defaszyzacji (ostatnią czystkę przeprowadził Pinochet w latach 1974–75: usunął z MSZ około połowy pracowników, m.in. znanego pisarza Jorge Edwardsa). Pozornie łagodna transformacja – w oczach zwolenników ancien reżimu była i tak brutalna. W Chile wojsko i zwolennicy Pinocheta mówili o zbrodniach sądowych, chociaż nie rozpoczął się żaden z procesów generała. Sędzia Baltazar Garzon, który domagał się sprawiedliwości zarówno w odniesieniu do Hiszpanii, jak i do Chile – był odsądzany od czci i wiary.

Sytuację zmieniło dojście do władzy socjalistów w Hiszpanii i w Urugwaju; kolejne zwycięstwa wyborcze centrolewicy w Argentynie, w Brazylii i w Chile. Rząd premiera Jose Zapatero w Hiszpanii przedstawił projekt ustawy o przywróceniu pamięci historycznej i wypłacie odszkodowań dla ofiar reżimu Franco. Projekt przewiduje m.in. usunięcie symboli stron wojny domowej oraz zakaz wznoszenia „jednostronnych” pomników, a także demonstracji politycznych w mauzoleum Franco. Projekt jak zwykle jest niewystarczający dla żadnej ze stron. Prawica mówi o rozdrapywaniu ran i wykorzystywaniu dawno zamkniętego konfliktu do celów politycznych, zarzuca premierowi, że usiłuje wygrać wojnę domową dla siebie, kieruje się odwetem (m.in. za własnego dziadka kpt. Lozano, który był republikaninem i został zamordowany). Lewica uważa projekt za rozczarowujący, ponieważ rząd zrezygnował z najbardziej radykalnych zapisów, jak choćby z unieważnienia wyroków sądów frankistowskich, na mocy których stracono ok. 50 tys. osób (co byłoby równoznaczne z podważeniem amnestii z 1977 r.), a także powstrzymał się od uruchomienia lawiny nowych odszkodowań.

Wybitny pisarz Jorge Semprun, który dobrze pamięta wojnę domową i dyktaturę (ma 84 lata), jest wyraźnie zadowolony. Jego zdaniem, ponowna ocena dyktatury była „nieuchronna”. „To absurdalne twierdzić, jak to czynią dziś niektórzy historycy-rewizjoniści, że pucz gen. Franco był akcją prewencyjną, reakcją na rewolucję bolszewicką w naszym kraju. Komunistyczna Partia Hiszpanii w 1936 r. nie miała nic do powiedzenia, choć podczas wojny zyskała na znaczeniu”.

Także w Chile rząd centrolewicy częściej spogląda wstecz, stara się balansować pomiędzy pojednaniem i stabilizacją z jednej strony, a pamięcią i sprawiedliwością – z drugiej. W symbolicznym geście prezydent Bachelet z matką odwiedziły miejsce, w którym były więzione i torturowane. (Prawica zaprzecza, jakoby Michelle Bachelet była torturowana, ale nie ulega wątpliwości, że jej ojciec zmarł w więzieniu wkrótce po aresztowaniu). Na zarzuty, że wznieca podziały, pani Bachelet powiedziała: „Nie dzieli nas nic, tylko zbrodnie i kłamstwa”.

Chociaż lata dawno minionej dyktatury nie pasjonują już większości społeczeństwa w Chile, w Hiszpanii i w innych krajach transformacji, to jednak nigdzie nie zostały usunięte z pamięci. Ani z polityki.

Allende w galerii zasłużonych

Aby uniknąć demonstracji ulicznych i awantur nad grobem zmarłego, ciało Pinocheta poddano kremacji, a prochy zwrócono rodzinie. Pogrzeb Pinocheta znacznie różnił się od pochówku obalonego przezeń prezydenta Salvadore Allende, któremu junta odmówiła pogrzebu w Santiago, a zwłoki, w towarzystwie najbliższej rodziny i pod osłoną nocy, przewieziono do Valparaiso, gdzie zostały pochowane w obecności zaledwie kilku osób, w mogile, która miała pozostać bezimienna. Prawdziwy pogrzeb Allende odbył się na cmentarzu komunalnym w Santiago dopiero po powrocie demokracji. Nad grobowcem stoi pomnik w kształcie liczby „11” – od daty zamachu 11 września 1973 r., kiedy prezydent odebrał sobie życie w pałacu La Moneda, prezydenckiej siedzibie. Pierwszy pomnik byłego prezydenta stanął – obok monumentów ku czci innych byłych szefów państwa – na placu Konstytucji, przed La Moneda, dopiero kilka lat temu. Zwolennicy gen. Pinocheta nie mogą pogodzić się z tym, że w tej galerii brakuje ich wodza.

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj