Nowa wojna Trumpa, tym razem przeciw autom z UE. Unia ma „bazookę”, ale lepiej jej nie sprawdzać
Prezydent Donald Trump nie próżnuje. Ponieważ jego wojna z Iranem uległa zamrożeniu w punkcie, który w Polsce opisywany bywa przysłowiem „złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”, przypomniał sobie o innej zamrożonej wojnie. Więc postanowił ją odmrozić. To wojna z Unią Europejską. Na szczęście na razie tylko ekonomiczna, ale z pewnym potencjałem militarnym, bo chodzi o nowe zdobycze terytorialne.
Wyrwać Grenlandię, zareklamować Nobla...
Trump chce wyrwać Europie Grenlandię i przyłączyć ją do USA. Jak rasowy biznesmen sprawę na razie traktuje w kategoriach handlowych, zakładając, że wszystko można kupić, pozostaje tylko sprawa ceny. No ale Unia tak na to nie patrzy, a na pewno negocjacji nie mają zamiaru prowadzić Duńczycy. Europa co chwila podpada Trumpowi, nie tylko Grenlandią, ale także coraz większą niechęcią wobec jego bliskowschodniej wojny, którą przecież błyskawicznie wygrał w imponującym stylu (tylko Irańczycy jakoś tego nie mogą przyjąć do wiadomości). Politycy europejscy robią mu różne wstręty, ograniczają dostęp amerykańskiej armii do baz i przestrzeni powietrznej albo – jak ostatnio kanclerz Niemiec Friedrich Merz – wygłaszają złośliwe komentarze. A brytyjski monarcha w Kongresie USA wzywa do większej pomocy dla Ukrainy, jakby nie wiedział, że Trump w sprawie Ukrainy już się prawie dogadał z Putinem.
No i jeszcze ta nieszczęsna pokojowa nagroda Nobla, której mu w ubiegłym roku nie przyznano. Napisał w styczniu w tej sprawie list z reklamacjami do premiera Norwegii, zawierający poważną groźbę: „Biorąc pod uwagę, że wasz kraj zdecydował się nie przyznać mi Pokojowej Nagrody Nobla za powstrzymanie ośmiu wojen plus, nie czuję się już zobowiązany myśleć wyłącznie o pokoju”. I słowa dotrzymał. Nie myśli już o pokoju, ale raczej o wojnie. Z Wenezuelą, z Iranem, może także z Kubą. Ale też z Europą.
25 proc. na samochody z UE
I mamy efekt: od czerwca cła na samochody osobowe i ciężarowe z Unii Europejskiej wzrosną do 25 proc. Dlaczego? Bo UE nie przestrzega umowy handlowej zawartej ze Stanami Zjednoczonymi. Co konkretnie robi UE? Konkretnie nie przestrzega, i to na razie musi nam wystarczyć jako uzasadnienie. A przecież zaledwie kilka miesięcy temu doszło do zawarcia umowy handlowej między USA a Unią Europejską w ramach światowej wojny celnej. Umowa ustaliła cła na większość towarów na poziomie 15 proc., co było sukcesem UE, bo wcześniej groziło nam 30 proc. Choć za Bidena cła na auta wynosiły 2,5 proc.
Umowę, zwaną Porozumieniem Turnberry – na cześć pola golfowego Trumpa w Szkocji, zakwestionował Sąd Najwyższy USA, uznając, że Trump nie miał uprawnień do ogłoszenia stanu wyjątkowego, który uzasadniałby nałożenie wielu ceł. Orzeczenie to obniżyło maksymalną stawkę taryfową UE do 10 proc. Teraz amerykańskie firmy, które już zdążyły zapłacić wyższe cła, ustawiły się w kolejce z żądaniami, by rząd USA zwrócił im nadpłatę.
Karne cła i kryzys przemysłu motoryzacyjnego
Okazuje się, że sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po stronie Trumpa. Więc znowu mamy karne cła i dramat europejskiego przemysłu motoryzacyjnego, który jest miażdżony przez trzy potęgi: Komisję Europejską, która domaga się szybkiej elektryfikacji pojazdów, Chińczyków, którzy zalewają Europę swoimi autami i grożą, że ewentualne przeciwdziałania unijne skończą się z ich strony embargiem na surowce niezbędne do produkcji aut elektrycznych, których przecież Bruksela się domaga. I wreszcie, z trzeciej strony, jest Trump i jego polityka celna z odcinaniem europejskich producentów od rynku amerykańskiego.
W efekcie mamy kryzys przemysłu motoryzacyjnego, który dotyka szczególnie Niemcy. Stany Zjednoczone są dla nich tradycyjnie jednym z najważniejszych eksportowych rynków, zwłaszcza dla Porsche, BMW i Mercedesa. Decyzja prezydenta Trumpa o podniesieniu ceł na samochody osobowe i ciężarowe z UE może kosztować Niemcy prawie 15 mld euro, a potencjalne długoterminowe straty mogą sięgnąć ok. 30 mld euro, jak oszacował kiloński Instytut Gospodarki Światowej. W strefie rażenia znalazła się też Polska, silnie związana kooperacjami z niemieckim przemysłem samochodowym. Jakie mogą być nasze straty, jeszcze nie wiadomo.
Europa ma „bazookę”
Przedstawiciele niemieckiej branży samochodowej apelują do polityków, by nie eskalowali konfliktu. Może Trump zapomni o sprawie albo zajmie się inną wojną. Na razie rzecznik Komisji Europejskiej stwierdził, że KE „zachowa otwarte opcje, aby chronić interesy UE”. Europa nie jest całkowicie bezbronna w tym starciu. Od dawna na ścianie wisi strzelba, po którą można sięgnąć, nakładając na USA cła wzajemne. Już w ubiegłym roku w trakcie światowej wojny celnej Bruksela przygotowała zestaw produktów importowanych z USA, które mogą zostać objęte specjalnymi cłami o wartości 72 mld euro.
Obok strzelby od 2023 r. wisi też „bazooka”, czyli instrument antyprzymusowy. To „narzędzie prawne umożliwiające reagowanie na ingerencję państw trzecich w suwerenne decyzje UE lub jej członków poprzez stosowanie środków ekonomicznych lub grożenie ich użyciem”. Umożliwi ono wprowadzenie ograniczeń importu i eksportu towarów i usług, praw własności intelektualnej i bezpośrednich inwestycji zagranicznych w UE, a także dostępu do zamówień publicznych i unijnego finansowania. Biorąc pod uwagę, że USA mają olbrzymią nadwyżkę w eksporcie usług do UE (głównie przez big techy), użycie bazooki przeciw Amerykanom mogłoby rozpętać potężny konflikt. Dlatego dobrze, że mamy taką broń, ale lepiej nie sprawdzać, jak zadziała, bo odłamki będą fruwały we wszystkie strony. Może Trumpowi przejdzie zły humor, odblokuje cieśninę Ormuz albo Sąd Najwyższy USA przypomni mu o nielegalności samodzielnego stanowienia ceł i z wojny z Europą zrezygnuje?