Przez Warszawę do Brukseli? Magyar przyjechał do Polski po wsparcie, Tusk zyskał sojusznika
Na przyjazd dopiero co zaprzysiężonego szefa węgierskiego rządu czekano nad Wisłą z niecierpliwością – z kilku powodów. Po pierwsze, Péter Magyar już w kampanii zapowiadał, że z pierwszą wizytą zagraniczną zjawi się właśnie w naszym kraju. Obóz rządzący wypatrywał, czy dotrzyma słowa. Po drugie, mimo triumfu Tiszy i odsunięcia Viktora Orbána od władzy relacje polsko-węgierskie nie są w tej chwili idealne.
Ziobro się nam wymknął
Samego Magyara trudno o to winić. Polskim władzom znad Dunaju wymknął się Zbigniew Ziobro, dziś przebywający w USA dzięki protekcji ekipy Donalda Trumpa. Magyar obiecywał, że cofnie azyl polityczny jemu i Marcinowi Romanowskiemu. Tłumaczył się co prawda, że Ziobro uciekł spoza strefy Schengen – najpewniej z Serbii – ale nie zmienia to faktu, że eskapada za ocean praktycznie przekreśliła szanse na postawienie go w stan oskarżenia w ojczyźnie. A to dla Donalda Tuska spory problem wizerunkowy.
Po trzecie, polski premier nie ma się ostatnio czym chwalić. Karol Nawrocki rzuca mu kłody pod nogi wetami, chaos komunikacyjny związany z wstrzymaniem rotacji amerykańskich żołnierzy w Polsce jest całkiem skutecznie rozgrywany przez opozycję, kolejne kluczowe projekty, jak regulacja rynku kryptowalut, grzęzną w instytucjonalnym paraliżu.
Nawet flagowy projekt rządu na arenie międzynarodowej, czyli unijny program zbrojeniowy SAFE, okazał się znacznie trudniejszy do wdrożenia, niż zapowiadali koalicyjni ministrowie. Pieniądze miały być dostępne w ciągu kilku dni, a nawet godzin – a utknęły w machinie brukselskiej biurokracji. Nie ma się co dziwić, że i Magyar, i Tusk jak tlenu potrzebowali tej wizyty.
Czytaj też: Anatomia upadku Orbána. W ostatniej chwili cofnął się przed użyciem siły. Nie dlatego, że tego nie chciał
Polak, Węgier, dwa bratanki
Węgier rzeczywiście zrobił wiele, by pokazać, że na Polsce mu zależy. Przyjechał na dwa dni, spotkał się z premierem, prezydentem, marszałkami Sejmu i Senatu. Zjeździł kraj pociągiem, odwiedził Kraków, Gdańsk i Warszawę. Odklepał tradycyjne „Polak, Węgier, dwa bratanki”, opowiadał okrągłe frazesy o przyjaźni polsko-węgierskiej.
Wielu konkretów nie przywiózł, ale wszyscy zainteresowani doskonale zdają sobie sprawę, że nie o to chodziło. Magyar dopiero zaczyna urzędowanie i choć idzie mu nad wyraz dobrze – również dlatego, że medialne i oligarchiczne imperium Orbána wali się szybciej, niż zakładali eksperci – to daleka droga przed nim. Wiadomo, że najważniejsze jest teraz odblokowanie 10 mld euro unijnych funduszy, wstrzymanych z powodu naruszeń praworządności przez Węgry Orbána. To kwestia życia i śmierci – bez tego Magyar nie będzie wiarygodny w oczach elektoratu ani nie rozrusza gospodarki znajdującej się w głębokiej zapaści.
Dlatego jego przyjazd do Warszawy rozpatrywać należy bardziej w kategoriach dyplomatycznego lobbingu niż realnych negocjacji czy opowieści o nowym partnerstwie. Nazywając rzeczy po imieniu: Magyar potrzebuje w Unii adwokata – a Tusk idealnie nadaje się do tej roli.
Zgodnie z przedwyborczymi przewidywaniami węgierski lider będzie nakłaniał Brukselę do odblokowania pieniędzy, zanim rozpocznie reformy wymiaru sprawiedliwości – słychać, że ma nadzieję na kompromis już w przyszłym tygodniu. Nie wszystkie kraje członkowskie są skłonne pójść na takie rozwiązanie, dlatego ważne, żeby nowego, wciąż enigmatycznego premiera ktoś na tym forum wsparł.
Z kolei Tusk potrzebuje sojusznika na wschodniej flance NATO i Unii, bo sytuacja dla obozu centrystów jest tutaj coraz trudniejsza. Amerykanie dają jasno do zrozumienia, że umierać za Europę, nawet przyfrontową, nie będą, a wstrzymanie rotacji to nie przypadek. Upadły rządy w Rumunii i na Łotwie, co sprawia, że region jest niestabilny również politycznie. Wspólna percepcja rosyjskiego zagrożenia to mimo wszystko trochę za mało, by zachować spoistość.
Polski premier zdaje się rozumieć, że wschód kontynentu potrzebuje nowej opowieści demokratycznej i większych wpływów w Unii. Dotąd był osamotniony w swojej krucjacie przeciwko populizmowi, bo czeski rząd osłabł, a na Węgrzech i Słowacji rządzili politycy otwarci na sojusz z Rosją. Zyskał silnego partnera, wydatnie zmieniając układ sił w Grupie Wyszehradzkiej.
Czytaj też: Trzy lekcje z Budapesztu dla Warszawy. Po pierwsze, wróg nie wystarczy, żeby wygrać
Grupa Wyszehradzka plus
Mówił o niej w Warszawie także sam Magyar, wykazując się całkiem dobrym strategicznym refleksem. Podchwycił Zeitgeist wyraźny również w polskich kręgach, kierujący Europę Środkowo-Wschodnią na północ, ku bliższej współpracy z krajami bałtyckimi czy nordyckimi. Magyar nazwał ten plan po imieniu, proponując poszerzenie Grupy Wyszehradzkiej o Austrię, Rumunię, może nawet Szwecję czy Finlandię.
To rozsądny projekt, pozwalający na znaczne zwiększenie wagi tej części kontynentu. Inaczej niż strategicznie ślepi populiści w stylu Orbána czy Rumena Radewa, nowego premiera Bułgarii, on akurat rozumie, że w dobie olbrzymich przetasowań geopolitycznych małe państwa narodowe w Europie nigdy nie zapewnią swoim obywatelom dobrobytu bez współpracy z innymi – suwerenność i cały związany z nią dyskurs kończy się tam, gdzie zaczyna się import ropy, nowych technologii czy potrzeba sojuszniczej obrony granic przed imperialnym najeźdźcą.
Nawet największy kraj tej części Europy, jakim jest Polska, niewiele będzie znaczył w rywalizacji mocarstw, o Węgrach nie ma co nawet wspominać. Ale już oś współpracy rozciągająca się od Helsinek, przez Warszawę i Budapeszt, aż do Bukaresztu może być realną przeciwwagą dla Berlina, Paryża, a zwłaszcza dla Moskwy.
Ostrożnie z Magyarem
Obietnice odnowy relacji polsko-węgierskich należy mimo wszystko oceniać ostrożnie. Nie wolno nad Wisłą zapominać, że Magyar pod wieloma względami jest podobny do Orbána. Wystarczy wsłuchać się, co sądzi na temat praworządności – nieraz mówił, że to idea „inna w każdym kraju i wrażliwa na konteksty”. Polski MSZ zalecał nieoficjalnie posłom koalicji rządzącej, by z wygranej Magyara „cieszyli się, ale w sposób umiarkowany, bo niektóre deklaracje mogą się brzydko zestarzeć”.
Wydaje się, że istnieje między rządami obu krajów zaufanie, ale dość ograniczone. Co mimo wszystko, biorąc pod uwagę optykę ostatnich 16 lat, należy uznać za krok naprzód.