Obama Barack

Demokrata Obambi
Jako kandydat na prezydenta USA dla Amerykanów byłby nadzieją na ostateczne pojednanie rasowe.
Barack Obama
Chad Hanna/Flickr CC by SA

Barack Obama

  

Amerykański tygodnik „Time” zaliczył go do grona najbardziej wpływowych przywódców. Gdyby prawo głosu w wyborach prezydenckich w USA mieli wszyscy mieszkańcy globu – co, jak zauważył publicysta „New York Timesa”, nie jest całkiem bez sensu zważywszy na rolę, jaką odgrywa w świecie Ameryka – nie ulega wątpliwości, kto zostałby prezydentem: demokratyczny senator Barack Obama, czarnoskóry i charyzmatyczny polityk porównywany do prezydenta Johna F. Kennedy’ego.

Prezydenturę JFK 47 lat temu powitano jako początek nowej epoki. Obama też zapowiada przyszłość, ale w Ameryce mogą głosować tylko Amerykanie, więc jego szanse w przyszłorocznych wyborach stoją pod znakiem zapytania. Gwiazda czarnoskórego polityka rozbłysła na przedwyborczej konwencji demokratycznej w 2004 r., gdzie wygłosił główne przemówienie programowe. Porwał słuchaczy. Wkrótce został senatorem z Illinois, a rok temu zgłosił swoją kandydaturę do demokratycznej nominacji prezydenckiej. Wiece Obamy przyciągają tłumy. Swoim głębokim, metalicznym barytonem senator operuje ze swobodą murzyńskich kaznodziejów, ale bez właściwego im emocjonalnego przerysowania. Refleksyjny spokój wywodu lepiej trafia do białych. Wszyscy podkreślają naturalną łatwość, z jaką Obama nawiązuje kontakt ze słuchaczami. „Kiedy się go słucha, czuje się, jakby się go znało od dawna” – mówi studentka Yale Jasmine Dyba, która będzie na niego głosować.

W pierwszej fazie kampanii wyborczej Obama zebrał najwięcej funduszy spośród demokratycznych kandydatów, w sondażach plasuje się jednak niezmiennie dopiero na drugim miejscu za senator Hillary Clinton, której przewaga nad rywalami z czasem nawet urosła (sylwetkę HRC, jak ją nazywają jej polityczni kibice, przedstawiliśmy rok temu w wydaniu „Ludzie 2007”). Była Pierwsza Dama reprezentuje partyjny establishment, waszyngtońskie status quo i tęsknotę za powrotem do lat 90., kiedy za rządów jej małżonka Ameryka cieszyła się pokojem i boomem gospodarczym. Na Obamę stawiają zwolennicy bardziej radykalnych zmian. Wszystko rozstrzygnie się w prawyborach rozpoczynających się 3 stycznia, jak zwykle w rolniczym stanie Iowa.

Barack Husajn Obama prawdopodobnie nie byłby globalnym politykiem, gdyby nie jego globalny życiorys. Urodził się 46 lat temu w Honolulu na Hawajach jako syn czarnego studenta z Kenii Baracka Obamy seniora i jego białej koleżanki z miejscowego uniwersytetu Ann Durham. Rodzice rozwiedli się, kiedy Barack miał 2 lata; matka wyszła ponownie za mąż za Indonezyjczyka, z którym wyjechała do jego kraju, zabierając syna. Przyszły senator chodził tam przez pewien czas do szkoły muzułmańskiej i zapamiętał biedę oraz napiętą atmosferę dyktatury wojskowej – było to wkrótce po krwawym puczu Suharto i rzezi komunistów w 1965 r. Kiedy kolejne małżeństwo Ann rozpadło się, wróciła z synem na Hawaje. W swej świetnie napisanej autobiografii „Marzenia od mojego ojca”, która stała się w USA bestsellerem, Obama wspomina, że w dzieciństwie nigdy nie docierało do niego, że jest owocem mieszanego związku. Biali dziadkowie, którzy opuścili rodzinny Teksas m.in. z powodu panującego tam rasizmu, otaczali go miłością, a w wieloetnicznym Honolulu panowała tolerancja. Doskwierał mu tylko fakt, że po powrocie z Indonezji musi się na nowo amerykanizować.

Po roku studiów w Occidental College w Los Angeles Barack przeniósł się do prestiżowego Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku. Mieszkał w wynajętych, obskurnych pokojach w latynoskim Harlemie i nie udzielał się towarzysko, skupiając na studiowaniu. Po zrobieniu dyplomu (BA – stopnia bakałarza) z nauk politycznych dostał pracę w firmie konsultingowej doradzającej korporacjom, jak działać na rynkach zagranicznych. Był tam jedynym Murzynem posiadającym własny pokój oraz sekretarkę i wkrótce – jak pisał w autobiografii – nabrał podejrzeń, że służy białej dyrekcji jako listek figowy, wizytówka politycznej poprawności.

Zwolnił się i przeprowadził do Chicago, gdzie czekała na niego płatna 1000 dol. miesięcznie (poniżej progu ubóstwa) posada community organizer – etatowego działacza prywatnej organizacji próbującej ożywić wegetującą społeczność murzyńskich dzielnic. Była to jednak syzyfowa praca. Obama poznał fatalne skutki wymierania tradycyjnego przemysłu w latach 80.; zaklęty krąg nędzy i patologii społecznej; ukryty rasizm, ale i apatię czarnych; bezsilność ludzi dobrej woli, obojętność lokalnych polityków. Odnalazł też – jak pisał – swoją afroamerykańską tożsamość: zaczął używać kenijskiego imienia Barack, zamiast dotychczasowego Barry, i pod wpływem charyzmatycznego pastora głoszącego afrocentryczną teologię wyzwolenia powrócił na łono Kościoła.

Nie stał się wszakże nigdy typowym murzyńskim politykiem w rodzaju Jesse Jacksona lub Ala Sharptona, weteranów walki o prawa obywatelskie czarnych, nastawionych na konfrontację z białymi. Długo nie ufali oni pozbawionemu rasowych kompleksów Mulatowi z Hawajów, który wolał współpracować z białymi i zawsze znajdował z nimi wspólny język. Do dziś na jego wiecach dominują biali.

Wzbogacony o doświadczenia z Chicago Obama podjął w 1988 r. dalsze studia na wydziale prawa Uniwersytetu Harvarda. Poznał tam swoją obecną żonę, znaną z ciętego języka czarnoskórą prawniczkę Michelle. Po dwóch latach został redaktorem naczelnym „Harvard Law Review”, pierwszym w historii afroamerykańskim szefem tego prestiżowego pisma. Już wtedy ujawnił swój charakterystyczny styl kierowania ludźmi, nie polegający na narzucaniu swego zdania, ale na budowaniu konsensu przez cierpliwe, wspólne rozważanie wszystkich za i przeciw. Znajomi z uczelni wspominają, że w publicznych wystąpieniach unikał kontrowersyjnych tematów i zabierając głos w kłopotliwych kwestiach mówił tak, że zgadzały się z tym obie strony sporu. Pamiętają też jego imponujący styl oratorski, ale już nie to, co właściwie mówił. Zdaniem publicystki „Washington Post” Ruth Marcus, Obama przypomina w tym Billa Clintona, który także umie podobać się wszystkim.

Harvardzki rozdział stał się skuteczną trampoliną do dalszej kariery. Po powrocie do Chicago Obama wykładał prawo konstytucyjne na uniwersytecie i wciągnął się do polityki w Partii Demokratycznej, pracując w kampanii wyborczej Carol Mosley Brown, pierwszej czarnej kobiety wybranej do Senatu USA. Chociaż jej sukces był głównie jego zasługą – zmobilizował do głosowania 150 tys. nowych wyborców – pozwolił, by pochwały zbierali inni. Po odrzuceniu intratnych posad w renomowanych firmach prawniczych wybrał kancelarię specjalizującą się w niewdzięcznej obronie mniejszości rasowych. Pierwsze podejście do Kongresu zakończyło się porażką – w 1995 r. przegrał wybory do Izby Reprezentantów – ale niedługo potem dostał się do Senatu stanu Illinois. W 2004 r. został senatorem USA i wygłosił swe słynne przemówienie na krajowej konwencji w Bostonie, po którym znała go już cała Ameryka.

Obamę popierają młodsi amerykanie, pokolenie portalu youtube i facebook – zebrał najwięcej funduszy w Internecie. Przedstawicielom starszej generacji baby-boomers przypomina idealizm ery zapoczątkowanej przez JFK, czasu Peace Corps (Korpusu Pokoju), Ameryki zbuntowanej przeciw człowiekowi korporacji. Pociąga wyborców zniechęconych zaostrzaniem się politycznych podziałów w USA – jako senator jest lojalnym demokratą, ale często współpracuje z republikanami. Jako czterdziestokilkulatek nie ma kłopotliwego bagażu przeszłości. Jest ambitny, ale nie można go podejrzewać o oportunizm. Zatem do roli budowniczego ponadpartyjnych mostów pasuje idealnie.

W pierwszych debatach telewizyjnych demokratycznych kandydatów Obama nie ustrzegł się jednak potknięć – oznajmił na przykład, że jeśli wygrałby wybory, niemal od razu chciałby rozmawiać z przywódcami Iranu, Kuby, Wenezueli i Korei Północnej, i to bez warunków wstępnych. Hillary Clinton nie omieszkała przygwoździć go natychmiast ripostą, że należy się najpierw zastanowić, czemu rozmowy te miałyby służyć i czy jego interlokutorzy nie wykorzystają ich dla celów propagandowych. Aby zatrzeć złe wrażenie, wkrótce potem opowiedział się za zbrojną interwencją USA w Pakistanie, jeżeli tamtejsze wojska nie poradzą sobie z Al-Kaidą. Przemiana Obamy w jastrzębia zdumiała jego sympatyków. Potem kolejny zwrot – oświadczenie, że wyklucza użycie broni nuklearnej przeciwko globalnym terrorystom. Było to odstępstwo od powszechnie stosowanej przez kolejne amerykańskie rządy zasady celowej dwuznaczności w sprawie broni nuklearnej: jeżeli nawet wykluczamy jej użycie, to nie odsłania się kart.

Gafy obnażyły brak doświadczenia i naiwność Obamy. Przewaga byłej Pierwszej Damy nad senatorem z Chicago wzrosła w sondażach do prawie 30 proc. Popularna felietonistka „New York Timesa” Maureen Dowd nazywa go Obambi. Nie mając wiele do stracenia, Obama zrzucił maskę miłego Baracka i przyłączył się do ataków personalnych na Hillary. We wrześniowej debacie pani Clinton znalazła się w narożniku, kiedy konkurenci, z Obamą na czele, przyłapali ją na wahaniach w kontrowersyjnej sprawie wydawania praw jazdy nielegalnym imigrantom: była za, a nawet przeciw.

W dwa tygodnie później Hillary była już lepiej przygotowana i drugą turę wygrała w cuglach. Obama przewodził kolejnej ofensywie przeciw faworytce demokratów, ale kiedy moderator zagadnął go o prawa jazdy dla imigrantów, udzielił zawiłej i mętnej odpowiedzi, potwierdzając skłonność do hamletyzowania. W stanie Iowa wygłosił jednak znowu znakomite przemówienie, w którym wypunktował grzechy swojej głównej antagonistki: unikanie odpowiedzi na trudne pytania, wyrachowanie i brak spontaniczności, schlebianie ważnym grupom nacisku i pogłębianie partyjnej polaryzacji. Atak najwidoczniej zadziałał, bo w Iowa, gdzie wynik prawyborów może (choć wcale nie musi) przesądzić o dalszym wyścigu do nominacji, Obama wysunął się przed HRC.

To, co Obama mówi o sprawach krajowych i swych propozycjach w tym zakresie, nie odbiega specjalnie od normy w Partii Demokratycznej. Ciekawsza jest jego wizja polityki międzynarodowej. W artykule w „Foreign Affairs” (lipiec/sierpień 2007) opowiedział się za wycofaniem wojsk z Iraku – ściślej: oddziałów bojowych – do końca marca 2008 r., za rozmowami z Iranem oraz za wstrzymaniem produkcji nowej generacji broni atomowej, co zgadza się z linią centrowych demokratów. Odciął się zarazem od pacyfizmu i izolacjonizmu głoszonego przez lewicę partii, podkreślając konieczność zwiększenia armii, zaangażowania Ameryki na świecie i interweniowania wszędzie tam, gdzie wymaga tego jej bezpieczeństwo i interesy. Obama jednak definiuje je inaczej niż republikanie, a częściowo nawet reprezentująca demokratyczny establishment Hillary Clinton.

„Bezpieczeństwo i dobrobyt wszystkich Amerykanów zależy od bezpieczeństwa i pomyślności tych, którzy mieszkają poza naszymi granicami. (...) Musimy umacniać, wraz z sojusznikami, słabe państwa, i pomagać w odbudowie upadających. (...) Musimy pogłębić naszą wiedzę o okolicznościach i wierzeniach, które leżą u korzeni ekstremizmu. Ameryka powinna eksportować szanse rozwoju – dostęp do edukacji, ochrony zdrowia, handlu i inwestycji. (...) Ameryka powinna drastycznie zmniejszyć skalę nędzy na świecie i wraz z sojusznikami dzielić się bogactwem z tymi, którzy są w największej potrzebie, to nasz narodowy interes” – czytamy w artykule. Autor zapowiada, że jako prezydent podwoi do 2012 r. wydatki na te wyzwania i zbierze 2 mld dol. na Globalny Fundusz Edukacyjny. „Przewodzimy nie tylko dla nas samych, lecz również dla wspólnego dobra” – pisze.

Senator o eksporcie demokracji prawie nie wspomina – mówi raczej o eksporcie sprawiedliwości i równych szans. W jego wizji rozpoznaje się myśli Zbigniewa Brzezińskiego, który doradza mu i popiera jego kandydaturę – w wydanej ostatnio książce profesor pisze o potrzebie dostosowania polityki amerykańskiej do „politycznego przebudzenia” w Trzecim Świecie, którego przejawem jest islamski ekstremizm.

W tym program Obamy różni się od tego, co głoszą czołowi kandydaci republikańscy. Oni koncepcje konkurenta mają prawdopodobnie w pogardzie, jako sprowadzanie polityki do dobroczynności; sami powtarzają za Bushem o potrzebie szerzenia demokracji i walki z islamofaszyzmem.

Pobrzmiewają też w programie Obamy echa teorii Benjamina R. Barbera o globalnej demokracji i globalnej współzależności. Pomoc i współpraca z biednym Południem to nie dobroczynność w stylu Matki Teresy, ale nakaz wynikający ze zbiorowego instynktu samozachowawczego Ameryki i całego Zachodu. Jak pisze w dzienniku „New York Times” Roger Cohen, nie ma w Ameryce polityka tak predysponowanego jak Obama, by zasypywać przepaść między Zachodem a islamem, między zamożną Północą a biednym Południem. Z kolei Andrew Sullivan zauważył w „Atlantic Monthly”, że wybór Obamy na prezydenta byłby „najskuteczniejszą bronią przeciw demonizacji Ameryki, którą żywi się islamska ideologia”. Zdaniem Davida Brooksa, oznaczałby także odejście od typowej dla amerykańskich polityków tendencji do uproszczonego moralizowania, widzenia świata w kategoriach dobra i zła, właściwego zarówno dla konserwatystów w rodzaju Busha, jak i lewicowców z pokolenia lat 60. Skłonność Obamy do dzielenia włosa na czworo – na swój sposób ożywcza po sześciu latach kowbojskiej polityki obecnego lokatora Białego Domu – jest odbiciem skomplikowania współczesnego świata.

Czy Ameryka jest gotowa na takiego prezydenta? Kolor skóry Obamy jest tylko jednym z jego problemów (choć 85 proc. Amerykanów deklaruje, że im to nie przeszkadza). Pozostaje pytanie, czy wezwanie do globalnego dialogu przekona mieszkańców kraju kolosa, który wydaje się raczej „niechętnym liderem” i tradycyjnie stroni od nadmiernego wiązania się wielostronnymi układami. Być może jest za wcześnie i zmiana byłaby zbyt radykalna. Być może czas Obamy nadejdzie, gdy świat zmieni się na lepsze.

Obama jednak, nawet przegrywając w 2008 r., może ostatecznie triumfować, tak jak przegrany w wyborach w 1964 r. Barry Goldwater okazał się ojcem założycielem nowoczesnego amerykańskiego konserwatyzmu. 

Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj