Marks dobry na kryzys?

Stary dobry Marks
Gdy rynki finansowe padają, ludzie sięgają po 'Kapitał'.
Wyd. Misbach Enterprises, 2008
materiały prasowe

Wyd. Misbach Enterprises, 2008

Kapitalizm dostał amoku: państwa przejmują pakiety kontrolne w bankach, rządy gwarantują depozyty, ludzie rozważają trzymanie pieniędzy w złocie - lub w puszkach. Kapitaliści tracą pracę, a robotnicy domy. Z odsieczą przychodzi Karol Marks: gdy rynki finansowe padają, ludzie sięgają po jego "Kapitał".

Marks z pewnością przeżywa comeback w rodzinnych Niemczech. Sprzedaż "Kapitału" wzrosła tu o 300 proc., donosi prasa. "Marks jest w modzie", mówi dyrektor jednego z wydawnictw, które niespodziewanie zaczęło na Marksie zarabiać. W czasach kryzysu jedni idą do kościoła, inni szukają bardziej racjonalnej recepty na problemy społeczne. "Kiedy prace Marksa stają się bestsellerami, wiadomo, że społeczeństwo ma się źle", twierdzi wydawca. Szczególnie młodzi Niemcy niezadowoleni z kierunku, w którym starsi poprowadzili kraj, szukają odpowiedzi w napisanym przed ponad 140 laty "Kapitale".

Socjalizm wisi w powietrzu nie tylko w Niemczech. W prasie pojawiają się artykuły wieszczące koniec kapitalizmu. Dziennikarze cytują Marksa i pytają, czy Obama jest marksistą. The Washington Post chce wiedzieć, czy kapitalizm już nie żyje. Niektórzy zapomniani marksistowscy filozofowie znów mają coś do powiedzenia. Brytyjski historyk Eric Hobsbawm pisze: "Kapitalizm, i związana z nim globalizacja, nie tylko niszczy lokalne dziedzictwo i tradycje, ale jest systemem kompletnie niestabilnym, który funkcjonuje od kryzysu do kryzysu. Obecny kryzys chyba już został rozpoznany jako koniec pewnej ery". W tej nowej erze państwo będzie odgrywało większą rolę: skoro już wystąpiło w roli pożyczkodawcy ostatniego ratunku, może też wystąpić w roli pracodawcy ostatniego ratunku, przewiduje profesor.

Laissez-faire, c'est fini

Nie on jeden. Ambrose Evans-Pritchard z londyńskiego The Daily Telegraph, przeciwnik europejskiej konstytucji i unii monetarnej, pisze: "Można to odrzucić jako rojenia starego marksisty, ale sądzę, że Hobsbawm może mieć więcej racji niż powszechne w londyńskim City błogie przekonanie, że wszystko będzie po staremu". W USA Obama może znacjonalizuje przemysł samochodowy, zaczyna wyliczankę Evans-Pritchard. W niemieckim landzie Saary Lewica Oskara Lafontaine'a obiecuje nacjonalizację banków. Frank-Walter Steinmeier, espedowski kandydat na kanclerza Niemiec, mówi, że rządy radykalnej ideologii rynkowej, które zaczęły się od Thatcher i Reagana, skończyły się z hukiem. Francja ma swoją gaullistowską wersję interwencji państwowej. "Laissez-faire, c'est fini", zapowiedział też prezydent Sarkozy. Evans-Pritchard stawia na "oświecony socjalizm" Obamy, który woli od europejskiego "heglowskiego rosołu".

A co to jest socjalizm?

Zacznijmy od tego, pisze w globeandmail.com Rick Salutin, że socjalizm wcale nie równa się interwencji państwa. Wszystkie państwa, bez wyjątku, wtrącają się w gospodarkę, włącznie ze Stanami Zjednoczonymi i Szwajcarią. Na siłę otwierają rynki, walczą o globalne zasoby, trzymają w karbach robotników, rozwijają nowe produkty, które przekazują biznesowi, napędzają gospodarkę wydatkami na zbrojenia. No i ostatnio także ratują banki. To nie socjaliści podtrzymują widmo socjalizmu przy życiu - to kapitalizm sam je wywołuje podczas kryzysów. Widmo to nawiedza różne postacie polityczne: czasem mówi głosem Johna McCaina i Sary Palin, a nawet głosem Alana Greenspana, wieloletniego przewodniczącego amerykańskiej Rezerwy Federalnej, który przyznał, że co do kapitalizmu, to całe życie był w błędzie.

To nie wolny rynek, to Greenspan!

Jak tylko pojawia się problem gospodarczy albo kryzys, wszyscy od razu niesprawiedliwie winią kapitalizm, twierdzi w Financial Mail George Frans Verloop. To nie kapitalizm jest winny, tylko regulacje, które spowodowały zakłócenia wolnego rynku. Do 1994 r. większość banków amerykańskich stosowała rozważne (inni mówią "protestanckie") kryteria udzielania kredytów, nie ryzykując pieniędzmi swoimi i klienta. Ale od tego czasu dwie ufundowane przez rząd instytucje: Fanny Mae i Freddy Mac, zwolniły banki z odpowiedzialności za własne czyny, gwarantując lub skupując od nich długi i odsprzedając je instytucjom finansowym w nowym opakowaniu. To rząd jest winien, bo wtrącał się w prywatny biznes, wymagając od banków, żeby pożyczały ludziom, których nie było na to stać, wtóruje mu Diana Furchtgott-Roth, była główna ekonomistka w amerykańskim departamencie pracy.

Kapitalizm jeszcze nie zginął

Kapitalizm ocaleje, uspokaja australijski The Age. Po prostu dlatego, że nie ma lepszego i bardziej praktycznego systemu gospodarczego, w którym producenci i konsumenci, pracodawcy i pracownicy, ciułacze i inwestorzy mogą się ze sobą kontaktować. Tylko w umysłach ideologicznie nastawionych teoretyków wybór jest czarno-biały: między całkiem nieregulowaną ekonomią, a gospodarką sterowaną. Słowo "deregulacja" zawsze było przesadą. Nigdzie na świecie nie występuje rynek wolny od rządowych interwencji. Spieramy się tylko o stopień regulacji rynku - zresztą bez jednoznacznych wniosków już od czasów Adama Smitha.

Brytyjski The Times zupełnie zbywa nową modę: Marks wróci na półki tak samo szybko, jak szybko zmartwychwstał.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj