Ekipa prezydenta USA

Orkiestra Obamy
Znamy już niemal wszystkich członków rządu Baracka Obamy i szerszego zespołu kierowniczego. Kto będzie w nim grał pierwsze skrzypce?
Szefowa dyplomacji Hillary Clinton
kakissel/Flickr CC by SA

Szefowa dyplomacji Hillary Clinton

Szef kancelarii prezydenta Rahm Emanuel
BEW

Szef kancelarii prezydenta Rahm Emanuel

Główny doradca ekonomiczny Lawrence Summers
World Economic Forum/Flickr CC by SA

Główny doradca ekonomiczny Lawrence Summers

Minister obrony Robert Gates
eschipul/Flickr CC by SA

Minister obrony Robert Gates

Prezydent Barack Obama
Chesi - Fotos CC/Flickr CC by SA

Prezydent Barack Obama

Gabinet pierwszego czarnoskórego prezydenta, podobnie jak poprzedniego demokratycznego prezydenta Billa Clintona, wygląda jak Ameryka – nowa Ameryka – i jest jeszcze bardziej od tamtego różnorodny. Zasiądzie w nim dwoje Afroamerykanów (Obamy nie licząc), dwóch Azjatów, dwoje Latynosów i aż cztery kobiety, w tym jedna na kluczowym stanowisku sekretarza stanu (Hillary Clinton). Sporo jest też kobiet w zespole doradców prezydenta w Białym Domu. W gabinecie znalazło się dwóch polityków republikańskich, w tym minister obrony Robert Gates. Mimo swej mozaikowości będzie to raczej gabinet centrowy, rząd ostrożnych reformatorów-pragmatyków, a nie rewolucjonistów, których można było oczekiwać po retoryce z kampanii prezydenckiej.

Kto będzie w nim najważniejszy po prezydencie, jak za Busha wiceprezydent Dick Cheney? Wiele wskazuje na to, że formalny zastępca Obamy, wiceprezydent Joe Biden, tej roli nie odegra. Nie tylko dlatego, że Obama nie potrzebuje takiego intelektualnego wsparcia jak ignorant Bush. Biden, długoletni senator z Delaware i przewodniczący komisji spraw zagranicznych, będzie prawdopodobnie bliskim doradcą prezydenta, zwłaszcza w sprawach międzynarodowych, a dzięki swej charyzmie i talentom oratorskim cennym dla niego wsparciem w przepychaniu inicjatyw politycznych w Kongresie i społeczeństwie. Znany jednak z gadulstwa, zdążył już popełnić kilka gaf w kampanii i po wyborach, nie ma też wymagającego dyscypliny doświadczenia menedżerskiego. Centrum największej po prezydencie władzy przeniesie się zapewne z Naval Observatory (siedziba wiceprezydenta) do Białego Domu, gdzie urzęduje najbliższe otoczenie głowy państwa.

Team kujonów

Numerem dwa w ekipie Obamy może zostać szef jego kancelarii Rahm Emanuel. Osoba pełniąca ten urząd kontroluje dostęp do prezydenta i płynące do niego informacje, co samo w sobie daje ogromną władzę. Za Busha funkcję tę pełniły bezbarwne postacie (Andrew Card i Joshua Bolton), zdominowane przez Cheney’a i szefa Pentagonu Donalda Rumsfelda. Emanuel to inna liga. Mimo stosunkowo młodego wieku (49) polityk o wielkim doświadczeniu: były doradca Clintona, jeden z najpotężniejszych kongresmanów, jako przewodniczący komisji ds. kampanii wyborczej do Kongresu był głównym autorem zwycięstwa demokratów w 2006 r. Ma ogromne ambicje i pochodzi, jak Obama, z Chicago. Zapewne będzie utrzymywał dyscyplinę w Białym Domu żelazną ręką, gdyż uchodzi za wyjątkowego twardziela.

Życiorys i charakter tego syna żydowskiego lekarza (Emanuel miał przez pewien czas podwójne, amerykańsko-izraelskie, obywatelstwo) to ulubiony temat mediów. W młodości uczył się na baletmistrza, ale wybrał politykę. Po studiach pracował dla burmistrza Chicago i senatora z Illinois Paula Simona, by około trzydziestki związać się z Clintonem. Jako polityczny macher Emanuel słynie z agresywnego stylu i wybuchowego temperamentu; potrafi rzucać komórką, a jednemu z ekspertów, który mu się naraził, przysłał śniętą rybę – złowrogie ostrzeżenie w porachunkach gangsterskich. Jego kolega z Białego Domu, czołowy strateg Clintona, Paul Begala nazwał go krzyżówką hemoroidów z bólem zębów. Rambo – jak brzmi jego najbardziej znany przydomek – popadł ostatnio w kłopoty w związku z aferą Blagojevicha, gubernatora Illinois oskarżonego o wymuszanie łapówek za nominację senatorską na miejsce zwolnione przez Obamę i inne przestępstwa korupcyjne: podejrzewa się, że pośredniczył w mętnych układach typowych dla chicagowskiej polityki. Jeżeli jednak nie przekroczył prawa, będzie zapewne grał pierwsze skrzypce na 1600 Pensylvania Avenue, głównie jako pretorianin Obamy w stosunkach z Kongresem, gdzie lewicowi demokraci mogą próbować pchać prezydenta w niepożądanym kierunku.

Emanuel jest pracoholikiem – za pozwoleniem swego rabina pracował nawet w święto Hanuki – podobnie pracą żyje niemal cały zespół Obamy w Białym Domu, nazwany przez tygodnik „New Republic” teamem kujonów. Za fanatyka pracy uchodzi też główny strateg polityczny Obamy David Axelrod, prawdziwy architekt jego wyborczych zwycięstw w Chicago i w całym kraju.

Axelrod to drugi Karl Rove, który jako doradca był guru Busha, chociaż ideologicznie na przeciwnym biegunie. Kiedy miał 19 lat, jego ojciec, którego podziwiał, psycholog z Nowego Jorku, popełnił samobójstwo. Córka podczas jednego z epileptycznych ataków doznała nieodwracalnych zmian w mózgu. David pracował początkowo jako dziennikarz w „Chicago Tribune”, ale po kilku latach założył firmę zajmującą się doradztwem politycznym. Jego klientami byli na ogół czarni politycy, jak burmistrz Detroit Dennis Archer i kandydujący na gubernatora Massachussets Deval Patrick; ten ostatni dzięki jego pomocy został drugim w historii USA afroamerykańskim gubernatorem (nie licząc okresu odbudowy po wojnie secesyjnej). Obama długo musiał Axelroda przekonywać, by został jego doradcą, ale kiedy ten w końcu się zgodził, jako jeden z pierwszych zachęcił go w 2006 r. do startu w wyścigu do Białego Domu. Nowy Karl Rove ma swoją metodę sprzedawania murzyńskich polityków białym wyborcom – akcentuje ich biografię, odwołuje się do empatii i stosuje, jak to nazywa, uwierzytelnienie przez osoby trzecie, czyli pozytywne opinie białych autorytetów o kandydacie.

Dama z jastrzębiem

Mianowani przez Obamę szefowie polityki obronnej i zagranicznej zapowiadają jej ciągłość, a nie radykalne zerwanie z polityką Busha, w każdym razie nie tą z jego drugiej kadencji, gdy USA zaczęły naprawiać mosty w stosunkach z sojusznikami i bardziej polegać na dyplomacji. Przepaść dzieli ich od neokonserwatystów, ale także od izolacjonistów, których nie brak w Partii Demokratycznej. Sprzeciwiają się na przykład szybkiemu wycofaniu wojsk z Iraku. Są zwolennikami aktywnej obecności USA na świecie i użycia siły, kiedy wymagają tego strategiczne interesy kraju. O ile jednak ideologiczne mieszczą się w centrum amerykańskiego establishmentu, to trudno w nowym zespole ds. polityki bezpieczeństwa znaleźć osobowości bardziej kontrastujące ze swymi odpowiednikami w teamie Busha.

O przyszłej sekretarz stanu Hillary Clinton napisano już tomy, znamy ją doskonale, ale warto zwrócić uwagę, jak różni się ona od pierwszego szefa dyplomacji Busha Colina Powella. Ten sympatyczny i popularny generał okazał się słabeuszem – mimo osobistego sprzeciwu wobec inwazji na Irak, firmował ją swoim autorytetem i, zamiast głośno podać się do dymisji, pozwolił się sprowadzić do roli figuranta.

Nie grozi to Ameryce w wypadku byłej Pierwszej Damy – jest na to zbyt twarda i w razie konfliktu z prezydentem nie zawaha się zrezygnować z posady i obrócić to na swoją korzyść. Ponieważ jednak między nią a Obamą nie ma istotnych różnic wizji świata i miejsca w nim USA, można oczekiwać, że będą ze sobą współpracować na zasadzie podziału pracy: dobry i zły glina, przy czym nie trzeba chyba dodawać, kto będzie kim.

Pozostawiony w Pentagonie 65-letni Robert Gates to oczywiście anty-Rumsfeld. W odróżnieniu od swego aroganckiego i apodyktycznego poprzednika, który ignorował opinie generałów, nowy minister szuka i wysłuchuje rad i potrafi przyznać się do błędu. Nie jest ideologiem jak Rumsfeld, a adaptującym się do zmiennej rzeczywistości pragmatykiem, co może mieć związek z długoletnim stażem pracy w CIA (w latach 1991–1993 był jej dyrektorem). Gates studiował historię, na Uniwersytecie Georgetown doktoryzował się z historii Rosji i uchodził dotąd za jastrzębia w polityce wobec rosyjskiego niedźwiedzia. Ostatnio jednak, m.in. w wywiadzie dla telewizji PBS, zalecał poszukiwanie płaszczyzn współpracy z Moskwą i przestrzegał przed próbami jej izolowania oraz widzenia w niej drugiego ZSRR.

Generał dyplomata

Nowy prezydencki doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, emerytowany generał piechoty morskiej James Jones, ma szansę, by nie powtórzyć błędów swej poprzedniczki na tym stanowisku (w pierwszej kadencji Busha) Condoleezzy Rice. Ta ostatnia przyjaźniła się ze swoim szefem, znała go blisko od lat, ale nie potrafiła się mu sprzeciwić, zostając – mimo osobistych wątpliwości – jego prywatnym potakiwaczem. Jones do niedawna nie znał bliżej Obamy, co zdaniem niektórych komentatorów, jak Michael Crowley z „New Republic”, powinno mu ułatwić rolę rzetelnego doradcy. Ma także wyjątkowe predyspozycje do dyplomacji, zwłaszcza transatlantyckiej. Do 17 roku życia wychowywał się we Francji i zanim wstąpił do marines, skończył Szkołę Służby Zagranicznej na Uniwersytecie Georgetown. W wojsku doszedł do stanowiska dowódcy NATO, gdzie wykazał się umiejętnościami mediacyjnymi i nawiązał kontakty z europejskimi przywódcami. Jak zauważa Crowley, posiada szczególną zdolność godzenia odmiennych punktów widzenia i satysfakcjonowania obu przeciwstawnych obozów. Dokładnie jak Obama.

Najbardziej kontrowersyjną nominacją jest powołanie na dyrektora CIA byłego kongresmana i szefa kancelarii Clintona, syna włoskiego imigranta, 70-letniego Leona Panetty. Cieszy się on renomą świetnie pracującego z ludźmi menedżera i zręcznego polityka, ale jego jedyny kontakt ze służbami specjalnymi to dwuletnia szkoła wywiadu w czasie służby w armii ponad 40 lat temu i konsumpcja informacji wywiadowczych w Białym Domu w latach 90. Mianowany krajowym koordynatorem wywiadu emerytowany admirał Dennis Blair także nie ma doświadczenia w tym zakresie. Zdaniem wielu polityków i ekspertów, także demokratycznych, w czasie prowadzenia przez Amerykę dwóch wojen na czele CIA powinien stać profesjonalista. Community (Społeczność), jak o sobie mówią pracownicy agencji, źle toleruje szefów z zewnątrz, czyli polityków przysłanych w celu uzdrowienia biurokracji szpiegów.

Obama chciał początkowo, by kierownictwo CIA objął weteran agencji John Brennan, ale jego rola w realizacji programu surowych przesłuchań (czytaj: tortur) podejrzanych o terroryzm wywołała protesty i nominację zablokowano. W praktyce wykluczyło to wybór z kręgu Społeczności – demokraci domagają się zerwania z takimi praktykami Busha, jak tortury i podsłuchy telefoniczne bez nakazu sądowego. Prawica ostrzega, że doprowadzi to do osłabienia morale specsłużb i narażenia na szwank bezpieczeństwa kraju. Obrońcy nominacji Panetty argumentują, że pod jego szefostwem CIA będzie lepiej współpracowała z Białym Domem i że większość dyrektorów agencji było outsiderami, a niektórzy z tych ostatnich, jak np. George H.W. Bush, spisała się w tej roli doskonale.

Barwni fachowcy

Z powodu recesji w centrum zainteresowania w najbliższych latach znajdą się sternicy gospodarczej polityki Obamy. Głównym rozgrywającym będzie tu minister skarbu, 47-letni Timothy Geithner, dotychczasowy szef Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, a przedtem wysoki funkcjonariusz w resorcie finansów w administracji Clintona. O Geithnerze niewiele można powiedzieć poza tym, że uchodzi za ekonomicznego centrystę, zwolennika umiarkowanej interwencji państwa w rynek i doskonałego fachowca.

Barwniejszą od niego postacią jest jego poprzednik z lat 90. Lawrence Summers, który jako główny ekonomiczny doradca Obamy w Białym Domu może pociągać zza kulis za najważniejsze sznurki. Summers był do niedawna rektorem Uniwersytetu Harvarda, ale musiał odejść z tego stanowiska, gdyż śmiertelnie naraził się feministkom, sugerując, że kobiety mają mniejsze od mężczyzn predyspozycje genetyczne do nauk ścisłych.

Inne teki w gabinecie objęli na ogół przyjaciele prezydenta, jak minister oświaty Arne Duncan, z którym Obama grał w młodości w koszykówkę, albo jego najbliżsi polityczni sojusznicy, którzy wcześnie go poparli w kampanii, jak były lider demokratycznej mniejszości w Senacie Tom Daschle, mianowany szefem resortu zdrowia i służb socjalnych. Wobec dominacji demokratów w Kongresie zatwierdzenie ministrów przez Senat powinno być formalnością, jeśli nominaci nie mają szkieletów w szafie, chociaż twarde przesłuchania czekają Panettę i szefa resortu sprawiedliwości Erica Holdera, uwikłanego w skandaliczne ułaskawienie przez Clintona aferzysty Marka Richa.

W USA, gdzie państwo tylko kontrol-nie ingeruje w gospodarkę i życie społeczne, krajowe ministerstwa, poza ministerstwem skarbu, nie mają wiele do roboty, chociaż może się to nieco zmienić z powodu kryzysu i ambitnego programu naprawczego rządu Obamy. Dotyczy to szczególnie resortu energetyki, na czele którego po raz pierwszy w historii Ameryki stanie uczony, i to laureat Nagrody Nobla, wybitny fizyk Steven Chu. To jedna z najciekawszych postaci w gabinecie, 60-letni syn chińskich emigrantów, pierwszy etniczny Chińczyk w amerykańskim rządzie, absolwent i profesor Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley w Kalifornii, długoletni dyrektor Bell Laboratories. Chu jest zagorzałym orędownikiem walki z ociepleniem klimatu, prac nad alternatywnymi i odnawialnymi źródłami energii – biopaliw i energii słonecznej – oraz czystych technologii. Jako minister będzie wprowadzał w życie plan rozwijania zielonej gospodarki, mającej być lokomotywą wzrostu ekonomicznego za rządów nowego prezydenta.

Autor jest korespondentem PAP w Waszyngtonie

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj