Trudne historie Europy

Zdrowy zanik pamięci
90-lecie traktatu wersalskiego, 70-lecie paktu Ribbentrop-Mołotow, 60-lecie powstania dwóch państw niemieckich, 20-lecie obalenia komunizmu w naszej części kontynentu oraz 5-lecie wejścia Polski do UE. Czy dramatyczne stacje tej historii układają się w opowieść o tym, jak Europa uczy się na błędach?

Dzieje najnowsze Europy to więcej niż suma historii narodowych. Wzajemne współzależności i wielkie linie podobnych problemów zmuszają do zrozumienia sąsiada i wczucia się także w jego punkty widzenia. Jak mawiał brytyjski historyk Lord Acton, ideałem europejskiej narracji jest taka opowieść o Joannie d’Arc, którą mogą zaakceptować zarówno Francuzi, jak i Anglicy. W praktyce jednak łatwiej o telegeniczne gesty pojednania – jak Kohla z Mitterrandem w Verdun – niż o, dajmy na to, wspólną polsko-niemiecką opowieść o walkach w 1921 r. o górę św. Anny na Śląsku.

Zrozumieć Europę 

Niemniej historycy już oferują takie całościowe spojrzenie na Europę. Dwie takie próby właśnie ukazały się po polsku. Dan Diner, izraelski historyk, dyrektor instytutu historycznego w Lipsku, patrzy na Europę z bliskiej nam perspektywy wschodnich peryferii kontynentu („Zrozumieć stulecie”). Siedząc na słynnych schodach w Odessie zauważa, że stamtąd łatwiej niż z Paryża lub Londynu zrozumieć, co się stało między Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem, gdy po rozpadzie wielonarodowych imperiów: Turcji, Rosji, Austro-Węgier i Niemiec, powstały nowe państwa, skłócone zarówno z sąsiadami, jak i własnymi mniejszościami etnicznymi.

Słabość systemu stworzonego w 1919 r. w Wersalu polegała nie tylko na tym, że przy stole konferencyjnym zabrakło przegranych – Niemiec, Austrii, Węgier i Rosji. Lecz przede wszystkim na tym, że wyczerpani triumfatorzy – Francja, Anglia i Włochy – byli zwycięzcami pozornymi. A beneficjenci – Polska, Czechosłowacja, Rumunia, Jugosławia i państwa bałtyckie – nie pojawiali się na mapie Europy w wyniku ugody z sąsiadami, lecz dzięki własnej demonstracji siły w walkach granicznych i taktycznym kalkulacjom wycieńczonych wojną państw zachodnich. Mocarstwa zwycięskie cięły w Wersalu Europę Środkowo-Wschodnią zgodnie z własnymi interesami i apetytami swych nowych podopiecznych, którzy mieli tworzyć barierę wobec upokorzonych Niemiec i bolszewickiej Rosji. Ale nie bardzo były gotowe żyrować system, który tworzyły.

Momentem zwrotnym w dziejach Europy był 1917 r. Nie tylko ze względu na rewolucję w Rosji, ale przede wszystkim na włączenie się Ameryki do wewnętrznych spraw europejskich. Programy Wilsona i Lenina – zauważa Diner – były rozbieżne, ale i pokrewne zarazem, bo miały roszczenia globalne. Z jednej strony światowa demokracja, z drugiej światowa rewolucja.

Również pakt Ribbentrop–Mołotow z 1939 r. jest z perspektywy gry mocarstw tylko częścią lawinowego demontażu systemu wersalskiego, do którego rękę przyłożyli nie tylko Hitler i Stalin, ale i mocarstwa zachodnie, albowiem nie reagowały na remilitaryzację Nadrenii i wchłonięcie Austrii przez III Rzeszę, a potem podpisywały w Monachium rozbiór Czechosłowacji, do którego później przyłączyła się także Polska. Tak więc w 1939 r. system wersalski już nie istniał. Zwyciężyły roszczenia, budowane często na subiektywnej pamięci o krzywdach.

Dwa kluczowe pytania dla zrozumienia dziejów Europy w pierwszej połowie XX w., to: dlaczego Hitler doszedł do władzy i dlaczego dwie totalitarne ideologie – niemiecki nazizm i radziecki komunizm – doprowadziły do bezprzykładnego ludobójstwa. Odpowiedzi Dinera są po części zaskakujące, ale nieźle uzasadnione.

Po pierwsze: zwycięstwo nazistów nie wynikało ani z niemieckiego charakteru narodowego, ani nie było dziejową koniecznością. Hitler został kanclerzem przez fatalny przypadek, w rezultacie gabinetowych intryg, a nie wyraźnego wotum wyborców lub narodowej rewolucji. Zawiniła słabość charakterów kilku ludzi i wadliwa konstrukcja republiki weimarskiej.

Po drugie: nazistowskie ludobójstwo nie było wynikiem jakiegoś „eliminacyjnego antysemityzmu” Niemców, lecz konsekwencją rasistowskiej ideologii nazistów. To ona doprowadziła do prawnego wykluczania Żydów w III Rzeszy oraz kolonialnej wojny nastawionej na podbój „przestrzeni życiowej”, w wyniku której Słowianie mieli być zniewoleni jako „podludzie”, a Żydzi jako „pasożyci” zostali zamknięci w nieludzkich warunkach i umierali z głodu i epidemii. Wykonawcy zagłady mogli więc sobie racjonalizować przemysłowe ludobójstwo jako czyn „humanitarny”.

W mocarnym uścisku

I na tym polega różnica między nazistowską wojną ras a stalinowską wojną klas. Stalinizm ma co prawda na swym sumieniu większą liczbę ofiar niż nazizm, jednak stalinowskie ludobójstwo było nie tyle celem, ile skutkiem systemu represji, wymierzonych przede wszystkim we własne społeczeństwo. Stąd taka trudność w Rosji z upamiętnianiem ofiar stalinizmu. Po rozpadzie ZSRR i upadku komunizmu nie ma bowiem adresata, od którego można by wymagać moralnego zadośćuczynienia, ponieważ Stalin jest nie tylko symbolem zbrodni, ale i zwycięstwa w II wojnie.

Dlatego Europa Zachodnia bardziej dziś pamięta o Holocauście niż o ofiarach stalinizmu. Rola Stalina jest dwuznaczna. W 1939 r. zawarł klasyczny sojusz z Hitlerem. Ale w końcu, kosztem ogromnych ofiar, pokonał Hitlera i pomógł demokracji utrzymać się – przynajmniej na zachodzie Europy. Ta standardowa narracja zachodniej lewicy pomija klasyczne pytanie: kto komu bardziej pomógł? Stalin zachodniej demokracji czy zachodnia demokracja Stalinowi – poprzez amerykańskie dostawy sprzętu i żywności? Pomija też kwestię wschodnią, przede wszystkim polską, czyli fakt, że Polska znów była zakładnikiem porozumienia wielkich mocarstw, do których – dzięki zwycięstwu w Stalingradzie w 1943 r. i po zdobyciu Berlina – dołączył ZSRR.

Dlatego takie znaczenie ma polska pamięć o Katyniu – podkreśla Diner. Polacy mogą zbrodnie Stalina wpisać w jeden ciąg krzywd wyrządzonych im zarówno przez Rosję, jak i przez ZSRR. Również Węgrzy mogą przerzucić pomost między carską interwencją w 1848 r. i radziecką w 1956 r. Także Ukraińcy zaczynają tego adresata odkrywać, nakładając miliony ofiar sterowanego z Moskwy wielkiego głodu w latach 30. XX w. na opowieść o dławieniu przez Rosję ukraińskiej samorządności w XVIII w.

Ta perspektywa – spojrzenia na historię Rosji i ZSRR z punktu widzenia ofiar imperialnych podbojów i ludobójczych praktyk wobec narodów podbijanych – wciąż nie mieści się w rosyjskiej filozofii dziejów. Stąd takie opory w Moskwie przed reinterpretacją paktu Ribbentrop–Mołotow, Katynia czy bierności Armii Czerwonej w czasie Powstania Warszawskiego. Niemniej i tam coś się zmienia. Na niedawnej konferencji w Warszawie, poświęconej przyczynom II wojny światowej (a więc i paktowi Ribbentrop–Mołotow), rosyjski współprzewodniczący polsko-rosyjskiej komisji do spraw trudnych Anatoli Torkunow nazwał pakt Hitler–Stalin niemoralnym, wspomniał nawet o winie czy też grzechu Stalina, który wszakże – dodał – został „zmazany krwią milionów żołnierzy radzieckich”. Był to ważny sygnał.

Z drugiej jednak strony natychmiast odezwali się wiecznie wczorajsi urzędnicy z rosyjskiego MSZ i ministerstwa obrony, którzy horrendalnymi tezami, jakoby Polska przygotowywała wspólny z III Rzeszą atak na ZSRR, chcieli zatrzymać rewizję wciąż obwiązującej w Rosji stalinowskiej interpretacji przyczyn i przebiegu II wojny. Zapowiedziana przez prezydenta Miedwiediewa ustawa o ochronie dobrego imienia Rosji (i ZSRR w czasie II wojny) może się okazać kagańcowa. Określenie przez Władimira Putina Stalina jako „rosyjskiego Bismarcka” wskazywałoby raczej na zacieranie niż upamiętnianie stalinowskiego ludobójstwa.

Gdyby tak miało zostać, to znaczyłoby, że Rosja po raz kolejny w dziejach Europy idzie odrębną drogą. Wszak krytyczny stosunek do własnych historii narodowych, niejako inna pamięć przeszłości, stał się w Europie Zachodniej fundamentem pojednania dziedzicznych, zdawałoby się, wrogów (głównie Francji i Niemiec) i powstania Unii Europejskiej, do której po upadku komunizmu doszły również kraje zagarnięte przez Stalina w 1945 r.

Zmarszczki na kontynencie 

Europa Zachodnia właśnie dlatego się jednoczy, że stłumiła pamięć o swej przeszłości. Tak twierdzi Tony Judt – amerykańsko-brytyjski historyk. Swoją znakomicie napisaną i niedawno wydaną również w Polsce książkę „Powojnie” – tysiącstronicową historię powojennej Europy – kończy znanym dowcipem z czasów radzieckich. Na pytanie słuchacza, czy można przewidzieć przyszłość, Radio Erewań odpowiada: „Tak, przyszłość dokładnie znamy, gorzej z przeszłością, bo ta się wciąż zmienia”.

I rzeczywiście. W latach zimnej wojny historia Europy była rozdzielona murem berlińskim, a jej stabilności pilnowały tysiące radzieckich i amerykańskich głowic atomowych. Ale od dwóch dekad ta historia zaczęła się zrastać wraz z rozszerzeniem się Unii Europejskiej. UE sprawia wrażenie oazy spokoju i dobrobytu, ma 450 mln obywateli i stanowi największy rynek wewnętrzny na świecie. „Wiek XXI może być wiekiem Europy” – wieszczy Judt. Patrząc bowiem 60 lat temu na śmiertelne drgawki kontynentu, mało kto mógłby uwierzyć w jej tak szybkie odrodzenie. II wojna zamieniła wszak Europę w cmentarzysko – 36,5 mln ludzi straciło życie, i w rumowisko – w Niemczech zniszczone było 40 proc. budynków mieszkalnych, w wielkiej Brytanii 30, we Francji 20, a w Warszawie 90 proc. Dziesiątki milionów ludzi zostały przez Hitlera i Stalina wypędzone ze swych stron ojczystych. Mimo kapitulacji Niemiec, wojna bynajmniej się nie skończyła: w Grecji trwała wojna domowa, a w krajach zajętych przez Armię Czerwoną władzę przemocą przejmowali komuniści.

Tempo odbudowy było imponujące, ale bez amerykańskiej pomocy również Europa Zachodnia mogła była ześlizgnąć się w komunizm, anarchię, głód lub nawrót faszyzmu. Najważniejszym skutkiem planu Marshalla – poza transferem dolarów – było wzmocnienie psychiczne zachodnich Europejczyków. Uwierzyli, że sami staną na nogi. Współpracy gospodarczej towarzyszyła szybka amerykanizacja mentalna, nawet jeśli początkowo ten amerykański styl życia wielu wydawał się obcy.

Jednak w ciągu następnego półwiecza zachodni Europejczycy wypracowali własny, całkiem nowy styl, na tyle atrakcyjny, że wciąż kolejne państwa chcą wejść do UE. Nawet Amerykanie z zazdrością patrzą na europejską służbę zdrowia i opiekę socjalną. Ale ten model ma także cienie. Europa się starzeje, co dla jej gospodarki może się okazać zabójcze. W USA pracujący muszą sfinansować renty jedynie 29 proc. społeczeństwa, w Europie – aż 40 proc. Poza tym spada przyrost naturalny, konieczna jest imigracja, a Europa nie potrafi tak integrować przybyszów jak USA.

Po II wojnie Europa znalazła unikatowy sposób zjednoczenia, bez hegemona i bez równowagi egoistycznych sił, natomiast poprzez współpracę i pojednanie, a także – dodaje Judt – poprzez twórczą amnezję, narzucenie sobie swoistego zaniku pamięci historycznej.

Odpowiedź na przeszłość

Na traumy historii możliwe są trzy różne reakcje. Ta tradycyjna to neurotyczna nostalgia i żądza rewanżu. Druga – to techniczny furor (pasja) odbudowy. Ale tylko trzecia – jak mówi Judt – właśnie twórcza amnezja, a więc świadoma przebudowa obrazu przeszłości i własnej mentalności politycznej, by móc współpracować z dawnymi wrogami, pozwala na rzeczywistą terapię.

Jednak twórcza amnezja – odpowiada Judtowi w „The Times Litterary Supplement” Charles King – jest aktem woli. Zasada pojednania, na której opiera się dzisiejsza idea europejska, zrywa z kategorią winy zbiorowej i akcentuje doświadczenie ofiar. Ale traktowanie historii jako tragedii kusi do traktowania własnych cierpień jako emocjonalnej waluty i zgłaszania pretensji, że jest się pomijanym lub nieoszacowanym na europejskiej giełdzie cierpienia.

Dzisiejszy portret własny Europejczyków opiera się na lęku przed sobą, przed powrotem dawnych demonów i ponownym staniem się ofiarą. Stąd niebezpieczeństwo, że Europa może być lękliwą wyspą, zamieszkaną przez ludzi zajętych tylko sobą, jak to się okazało w 2005 r., gdy Francuzi z obawy przed „polskim hydraulikiem” odrzucili konstytucję UE.

Czy za pół wieku „Powojnie” Judta będzie czytane z uznaniem (jako udane proroctwo), czy ze wzruszeniem ramion, zależy od wspólnej reakcji EU-ropejczyków na obecny kryzys. Pesymiści, jak Niall Fergusson, nie dają nam szansy. Ten świetny historyk nie tylko brytyjskiego imperium, amerykańskiego kolosa, ale i dziejów pieniądza (a więc i Wielkiego Kryzysu 1929 r.) w rozmowie z „Die Welt” twierdzi, że, wbrew urzędowemu optymizmowi Europejczyków najgorsze dopiero przed nami. Amerykanie wiedzą, że to oni zawinili i są gotowi do przebudowy swej gospodarki. Europejczycy natomiast – zwłaszcza Niemcy – tkwią w konserwatywnej nirwanie, wierząc, że najgorsze mają już za sobą. Dlatego spór Angeli Merkel z Paulem Krugmanem, ubiegłorocznym laureatem Nagrody Nobla, o interwencjonizm państwowy jest sporem kulturowym. W konsekwencji za kilkanaście lat świat może otrzymać Chinamerykę – dwie silne gospodarki po obu stronach Pacyfiku – i kompletnie zmarginalizowaną Europę.

Dokładnie odwrotny wariant przewiduje Parag Khanna. Według tego eksperta z New America Foundation, najbliższe dwadzieścia lat będzie należało do UE: „Śladem przywróconego przez Karola Wielkiego Świętego Cesarstwa Rzymskiego umundurowane w ciemne garnitury armie brukselskich eurokratów wytrwale skolonizują bałtyckie kresy Europy, Bałkany, a być może także Anatolię i Kaukaz. Ich pismem świętym nie jest Biblia, lecz acquis communautaire, 35 tomów prawa europejskiego wytyczającego państwom członkowskim całkiem nowy ład. W 2030 r. nie tylko Turcja i Ukraina będą członkami UE, ale – jeśli szczęście trochę dopisze – również wyludniona i mrukliwa Rosja”.

Zdaniem Amerykanina, Azjaci, Latynosi, a nawet Afrykanie już teraz zaczynają kopiować konstrukcję nośną UE. Dlatego po rozkruszeniu komunizmu Unia nie tylko zrealizuje marzenie Sarkozy’ego – unię śródziemnomorską, ale także „opłaci transformację islamizmu w konstruktywną, kwitnącą społeczną demokrację”.

Wbrew imperialnej metaforze Khanny, UE nie jest nową wersją europejskiego imperializmu. Gdy pół wieku temu powstawało EWG, to mimo karolińskiej frazeologii nie przyświecało jej kolejne translatio imperii – przeniesienie idei dawnego cesarstwa rzymskiego na zrujnowaną i moralnie zdyskredytowaną przez dwie wojny światowe Europę, lecz zmiana kodu europejskiej mentalności politycznej przez świadome zerwanie z fatalnymi mechanizmami europejskiej historii.

Niemniej ostatnie zdanie „Powojnia” brzmi jak przestroga: Unia Europejska może być reakcją na historię, ale nie może stać się jej namiastką.

 

Czytaj także

Ważne w świecie

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną