Były dyrektor FBI pogrąża prezydenta USA. Czy to oznacza początek impeachmentu?
Trump na równi pochyłej
Były dyrektor FBI, James Comey, potwierdził pod przysięgą to, co o jego rozmowach z Donaldem Trumpem wiedzieliśmy dotąd z mediów.
Były dyrektor FBI James Comey zeznawał w czwartek przed senacką komisją.
Jonathan Ernst/Reuters/Forum

Były dyrektor FBI James Comey zeznawał w czwartek przed senacką komisją.

Przed komisją Senatu były szef FBI powiedział, że prezydent naciskał go, aby zaprzestał śledztwa w sprawie rosyjskich kontaktów swego byłego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego, Michaela Flynna. Trump domagał się też od Comeya deklaracji lojalności i uzależniał od tego utrzymanie go na stanowisku – chociaż szefa FBI obowiązuje lojalność tylko wobec konstytucji.

Zwolnił go, kiedy Comey dał mu do zrozumienia, że dochodzenie w sprawie „Kreml-gate” – domniemanej współpracy trumpistów z Moskwą w kompromitowaniu Hillary Clinton w zeszłorocznej kampanii wyborczej – będzie prowadził uczciwie.

Trump jak Nixon?

Adwokat Trumpa, Marc Kasowitz, dał nieposłusznemu dyrektorowi należny odpór, twierdząc, że prezydent wcale nie wywierał na niego presji. „Prezydent nie jest kłamcą”, ogłosił Biały Dom – co zabrzmiało jak osławione „Nie jestem oszustem” prezydenta Nixona w czasie afery Watergate, po którym podał się on do dymisji.

W czasie przesłuchania przed komisją Senatu nawet Republikanie nie podważali prawdomówności Comeya. Próbowali tylko łagodniej interpretować to, co według jego relacji Trump mówił mu podczas trzech spotkań. W czasie których zamykał się z szefem FBI sam na sam w pokoju, a potem groził, że tajemnicze „taśmy” ujawnią prawdziwy przebieg ich rozmów. Ale nie ujawniają, bo najprawdopodobniej ich nie ma, albo dowiodłyby, że prezydent – jak zwykle – kłamie, wypierając się tego, co powiedział.

Powściągliwość Republikanów w obronie Trumpa to sygnał, że przygotowują się na ewentualność skrócenia jego rządów. Specjalny prokurator Robert Mueller może nie znaleźć twardych dowodów na zmowę trumpistów z Moskwą, ale – jak powiedział w czwartek Comey – na pewno zbada także, czy usiłując tłumić śledztwo, prezydent nie dopuścił się utrudniania pracy wymiaru sprawiedliwości.

Byłoby to przestępstwo kwalifikujące się do impeachmentu, czyli usunięcia go z urzędu. Daleko na razie do tego, gdyż o wszczęciu procedury impeachmentu decyduje Kongres. Posiadająca tam większość GOP liczy jeszcze, że przy pomocy Trumpa przeforsuje swój konserwatywny program. Przewodniczący Izby Reprezentantów, Paul Ryan, bronił po przesłuchaniu prezydenta.

Ale Republikanie mogą z czasem dojść do wniosku, że Trump staje się dla nich zbyt uciążliwym balastem. Jego prezydentura jest coraz bardziej sparaliżowana przez skandal. Utknęły obiecane odwołanie Obamacare, reforma systemu podatkowego i inwestycje w infrastrukturę mające przynieść nowe miejsca pracy. Notowania Trumpa w sondażach dołują – dobrze ocenia jego rządy już tylko 34 proc. Amerykanów. Wybory do Kongresu w połowie pierwszej kadencji prezydenta (tzw. mid-term) są zwykle plebiscytem na temat jego rządów i za spadek jego poparcia płaci zwykle jego partia.

Trump może też zwolnić Muellera, jeśli prowadzone przez niego śledztwo będzie ujawniać dalsze kłopotliwe dla prezydenta szczegóły. Ale Biały Dom pamięta chyba lekcję historii. Od zwolnienia specjalnego prokuratora przez Nixona w 1973 r. lawina Watergate przyspieszyła, aby w kilka miesięcy później pogrzebać prezydenta.

Czytaj także

Ważne w świecie

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj