Recenzja płyty: Alameda 3, „Późne królestwo”
Utopiona w przyrodniczych przenośniach, oddychająca naturą, ta muzyka jest zapatrzona to w rozległy widnokrąg, to w mroki słowiańszczyzny.
Utopiona w przyrodniczych przenośniach, oddychająca naturą, ta muzyka jest zapatrzona to w rozległy widnokrąg, to w mroki słowiańszczyzny.
Brzmienie nieskazitelne, wydatnie wspomagające pomysły kompozycyjne.
Kompozycje na płycie to nie tylko bluesowo-rockowe utwory, których od Langa zawsze możemy oczekiwać, ale też bogato aranżowane muzyczne wycieczki w stronę soulu czy rhythm and bluesa.
Energia i nieokiełznana radość grania płyną z głośników, starzy czują się młodziej, a młodzi?
Pośmiertnego albumu Marka Jackowskiego słucha się – jakżeby inaczej – z nostalgią.
Parę ciekawszych minut na całą płytę to trochę mało.
Wyrafinowana tkanka wiolonczelowo-perkusyjno-fortepianowo-elektroniczna.
Zdolną Angielkę o włoskich korzeniach i niepokojącej urodzie aktorek z filmów Davida Lyncha oklaskiwano już dwa lata temu przy okazji debiutu.
Kto uważa, że muzyka filmowa z „Wałęsy” stoi Kamilem Bednarkiem, powinien zweryfikować opinię: stoi raczej nieznanym nikomu Kanadyjczykiem.
Płyta zdradza mocniejsze inspiracje zachodnim rockiem psychodelicznym niż rodzimym bigbitem.
Nowa płyta to dynamiczny zestaw piosenek, które nie wejdą co prawda do panteonu rockowej sławy, ale na chwilę pozwolą nabrać ochoty do nieskomplikowanej zabawy.
Niezmienny od lat, introwertyczny country blues.
Aż się nie chce wierzyć, że ten album to płytowy debiut zespołu.
Płyta ma udane momenty.
Bogata w melodie płyta eksponująca te bardziej staroświeckie zalety czarnej muzyki.
„Pająki” dają radę i nadal trzymają się sprawdzonej recepty: ma być głośno, rockowo i bezkompromisowo.
Ten kalifornijski zespół daleki jest od minimalizmu.
Koncert muzyki Witolda Lutosławskiego, jeden z ciekawszych punktów programu tegorocznego festiwalu Chopin i Jego Europa, doczekał się już swojej wersji płytowej.
Na rewersie okładki jest zdjęcie artystki z tortem urodzinowym, ale tak naprawdę ta płyta to prezent dla fanów, oczekiwany od kilku lat.
Trent Reznor w tekstach jak zwykle mroczny i skupiony wokół problemu samobójstwa. To czytelny powrót do prostej, oszczędnej, syntezatorowej stylistyki znanej dobrze z albumów NIN z lat 90.