Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Notatnik polityczny. Czarnek będzie się bił. Ale czy premier OZE-sroze to na pewno marzenie Polaków?

Przemysław Czarnek Przemysław Czarnek Bartosz Bańka / Agencja Wyborcza.pl
Na stacji benzynowej gromi rząd, kłóci się z Bosakiem i już szuka drabiny, by demontować fotowoltaikę na własnym dachu: Przemysław Czarnek ruszył ostro do przodu, pytanie tylko, czy aby wie, dokąd biegnie i jak długo wytrzyma.

Świeżo namaszczony jako kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek od soboty w tańcu się nie ociąga: jest wszędzie, mówi o wszystkim i kreśli śmiałe wizje wielkiego wyborczego zwycięstwa. Jego pierwsze dni w zaszczytnej roli mają dać Prawu i Sprawiedliwości coś, co w języku piłkarskim określa się „efektem nowej miotły” po zmianie trenera – składają się niego nowe nadzieje, nowe otwarcie, nowa energia. Co więcej, ten zabieg zazwyczaj działa: mimo, że w drużynie nic fundamentalnie się nie zmienia, zaczyna grać nieco lepiej. Jednak do czasu – początkowy entuzjazm szybko mija i zaczyna się bolesny powrót do szarej rzeczywistości. Tak więc na razie Czarnek dobrze sprawdza się w roli motywatora, który obwieszcza aparatowi partyjnemu i twardemu elektoratowi: będę za was i dla was się bił. Ale ta strategia ma swoje limity.

Czytaj też: Habemus Czarnek. Nowy maszynista pociągu Kaczyńskiego dał sygnał do odjazdu w prawo

Czarnek uwikłany w sprzeczności

„Żadnego miksu energetycznego, żadnego Zielonego Ładu, żadnych OZE-sroze, my mamy nasz miks węglowy, bo my mamy nasze bogactwa naturalne i wara wam od nich” – to zdanie wypowiedziane na konwencji w krakowskiej Hali „Sokoła”, a zwłaszcza fragment o odnawialnych źródłach energii, zostaną na długo z Przemysławem Czarnkiem. Choć w jego przemówieniu tłoczno było od kolejnych efektownych bon motów, to właśnie zbitka „OZE-sroze” przebiła się jako symbol do opinii publicznej.

Ta etykieta raczej politykowi PiS nie pomoże. Ani wizerunkowo, bo od potencjalnego przyszłego premiera oczekuje się jednak odrobiny powagi i panowania nad wypowiadanymi słowami, ani merytorycznie, bo sondaże pokazują, że duża większość Polaków podchodzi pozytywnie do odnawialnych źródeł energii. Co więcej, Czarnkowi szybko wytknięto hipokryzję, gdy okazało się, że kiedy mógł skorzystać z dofinansowania, ochoczo zamontował panele fotowoltaiczne na własnym dachu, i nic nie wskazuje, żeby były to panele napędzane polskim węglem. W poniedziałkowej rozmowie z Radiem Zet Czarnek co prawda solennie zapewnił, że w przyszłości panele zdemontuje, ale można mieć pewne wątpliwości, czy dla słuchaczy zabrzmiało to wiarygodnie.

Również obecna sytuacja międzynarodowa sprawia, że sztandar paliw kopalnych, którym wymachuje Czarnek, wydaje się nieco wypłowiały i politycznie co najmniej dwuznaczny. Kandydat PiS na premiera odbył oczywiście pielgrzymkę po stacjach benzynowych, co jest standardowym chwytem opozycji, gdy rośnie cena paliwa, ale trudno będzie mu uciec od faktu, że za dzisiejszy wzrost odpowiedzialny jest osobiście idol i prorok Prawa i Sprawiedliwości – Donald Trump. Prezydent USA zdążył już zresztą obwieścić, że szybujące ceny ropy to „niska cena za pokój i bezpieczeństwo” i że „tylko idioci mogą myśleć inaczej”. To Czarnkowi i PiS-owi z pewnością nie pomoże w zrzucaniu odpowiedzialności na rząd Tuska.

To również kłopot w rywalizacji PiS z Konfederacją, która do polityki Trumpa trzyma dystans i może wiarygodnie użyć bezwarunkowej miłości partii Kaczyńskiego do amerykańskiego prezydenta jako broni w walce o prymat na prawicy. A już widać, że ten konflikt się zaostrzy: „To człowiek umoczony we wszystkie rzeczy, które PiS robił, kiedy rządził!” – mówił w niedzielę o Czarnku Krzysztof Bosak, wyciągając mu również słynną aferę „Willa plus”. I tak to będzie się toczyć: Bosak, Mentzen i Braun będą bezlitośnie wykorzystywać przeszłość Czarnka w rządzie Mateusza Morawieckiego, żądając od niego dystansowania się od kolejnych działań PiS z lat 2015–23. Tego zaś kandydat na premiera zrobić nie może, bo przecież prezes Jarosław Kaczyński zadekretował w sobotę, że Prawo i Sprawiedliwość rządziło doskonale, a każdego, kto będzie poważał ten aksjomat, spotkają surowe konsekwencje.

To wszystko pokazuje, w ile sprzeczności jest uwikłane nowe otwarcie w PiS i w jak skomplikowanej sytuacji jest Przemysław Czarnek. Tam, gdzie miał walczyć o głosy uciekające do rywali po prawej stronie, tam cierpi na potężne deficyty wiarygodności. Jego rubaszny, dosadny styl wypowiedzi energetyzuje partyjną bazę, ale jest odstraszający przynajmniej dla części mniej zaangażowanych wyborców. Natomiast jako herold wojen kulturowych jest nie do przyjęcia dla elektoratu środka. Dziś te braki pokrywa jeszcze w przekazie medialnym energiczny, ofensywny styl Czarnka, dawno w PiS niewidziany. Ale tego paliwa na długo nie wystarczy.

Czytaj też: Emocje w PiS nie opadły. „Będą zaciśnięte zęby i wspólne pchanie tego wózka”

A poza tym...

A poza tym w cieniu przetasowań w PiS Koalicja Obywatelska przeprowadziła wewnętrzne wybory, pierwsze po teoretycznym połączeniu, a praktycznym wchłonięciu przez PO Nowoczesnej oraz Inicjatywy Polskiej. Nie jest wielką niespodzianką, że politycy byłych partii satelickich nie odegrali w wyborach prawie żadnej roli, ale zaskakujące jest, ile niespodziewanych emocji przyniosła ta wewnętrzna rozgrywka. Na noże poszło m.in. na Dolnym Śląsku, gdzie wicemarszałkini Sejmu Monika Wielichowska de facto zarzuciła swojemu rywalowi Michałowi Jarosowi nielegalne majstrowanie przy głosowaniu i zapowiedziała złożenie protestu wyborczego.

Wybory na przewodniczącego KO z poparciem 97 proc. wygrał oczywiście Donald Tusk, co nie jest wydarzeniem wielkiej wagi, ponieważ szef rządu nie miał kontrkandydata. Notabene nie jest to sytuacja nadzwyczaj wizerunkowo korzystna dla partii gorąco deklarującej przywiązanie do standardów demokratycznych (wcześniej przeciwnika nie miał również Włodzimierz Czarzasty w Nowej Lewicy), kiedy lider wygrywa niemal jednogłośnie. Nawet jeśli nikt nie chciał przeciwko Tuskowi startować, być może trzeba było kogoś do tego zmusić, żeby wynik był jednak odrobinę mniej północnokorański.

Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Nawrocka i Brzezińska-Hołownia, mundurowe emerytki przed 40. Jak to możliwe? Ten system to tabu

Pierwsza dama Marta Nawrocka i niedoszła pierwsza dama Urszula Brzezińska-Hołownia, obie przed czterdziestką, zostały mundurowymi emerytkami. Armia młodych pobierających do końca życia emerytury mundurowe rośnie szybciej niż tych, którzy mają nas bronić. Każdego roku państwo wydaje na nie ponad 30 mld zł. Ten system to tabu.

Joanna Solska
24.02.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną