Kultura

„Sytuacja jest dramatyczna”. Twórcy w obliczu pandemii

Decyzja o zamknięciu placówek kultury ma chronić przed rozprzestrzenianiem się wirusa. Na razie obnażyła, że chory jest system zatrudniania artystów. Decyzja o zamknięciu placówek kultury ma chronić przed rozprzestrzenianiem się wirusa. Na razie obnażyła, że chory jest system zatrudniania artystów. Tyler Callahan / Unsplash
Twórcy apelują o pomoc do ministra Glińskiego i ostrzegają: „sytuacja jest dramatyczna”. Decyzja o zamknięciu placówek kultury ma chronić przed rozprzestrzenianiem się wirusa. Na razie obnażyła, że chory jest system zatrudniania artystów.

Rząd nakazał, by teatry, kina i filharmonie zamknęły się przed widzami do 25 marca. Samorządy, pod które podlega większość placówek, bywają jeszcze bardziej radykalne: Opera Śląska nie zagra aż do 14 kwietnia, a prezydent Tadeusz Ferenc zamknął Teatr Maska w Rzeszowie już 27 lutego, na dwa tygodnie przed pierwszym przypadkiem zakażenia koronawirusem w Polsce.

Pokolenie śmieciówek

Natalia Zduń, aktorka związana z Maską od niemal dekady, w „Tylko jednym dniu” grała konającą jętkę, asystowała też reżyserowi „Gwiezdnika” (spektakl o dziewczynce, której umiera babcia) i – do niedawna – przygotowywała się do premiery „Arszeniku”. Choć jednak temat śmierci przepracowywała na deskach wielokrotnie, nie czuje się przygotowana do nowej roli. Gdy dzwonię po raz pierwszy, nie odbiera, jest na rozmowie o pracę w zakładzie pogrzebowym.

Czytaj też: Polski teatr pesymistyczny

Kilka dni temu Zduń opublikowała w mediach społecznościowych wpis: „Szukam dodatkowego źródła dochodu, mogę robić wszystko” – podawać posiłki, drinki, sprzątać, kasować w supermarkecie. Z etatu – przyznaje w rozmowie z „Polityką” – nie wyżyje; wynagrodzenie większości aktorów jest niższe niż pensja minimalna, a domowy budżet łatają dodatkami za spektakle. – Nagle dowiaduję się, że nie gramy, odwołali nam premierę, odwołali festiwal, odwołali warsztaty z dziećmi... Brutto wychodzi mi 2740 zł, po odliczeniu wszystkiego zostanie 300 zł na jedzenie. A co dopiero muszą przeżywać aktorzy bez etatów?!

No właśnie, co? – pytam Karolinę Micułę, aktorkę i wokalistkę, finalistkę Przeglądu Piosenki Aktorskiej. – To, że jestem bezrobotna z dnia na dzień. Płacę ZUS, czyli cały czas mam koszty, natomiast nie mam żadnych dochodów. Zduń i tak jest w komfortowej sytuacji, bo w Polsce tylko kilka procent ludzi kultury jest zatrudnionych na etacie. Reszta pracuje na umowy zlecenie, o dzieło, ewentualnie: B2B. Ten system, tłumaczy Micuła, wykreował pokolenie 30-latków z 500 zł na koncie, żyjących od zlecenia do zlecenia. – Panuje chaos, nie mamy żadnych świadczeń, a instytucje, które zatrudniają nas na kontrakty, mogą je z dnia na dzień zerwać. Znam tancerza, który w trakcie spektaklu złamał obojczyk. Był na śmieciówce, stracił więc pracę i nie mógł liczyć na publiczną służbę zdrowia.

Czytaj też: Kto psuje polski rynek pracy

Aktorzy nie mają na chleb

Sytuacja jest dramatyczna – nie ukrywa Jacek Głomb, dyrektor Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy. – Miesiąc niegrania to jest ok. 100 tys. zł mniej w budżecie. W porozumieniu z zespołem zawiesiłem dziś próby do adaptacji „Kaukaskiego kredowego oka” Bertolda Brechta, gruzińscy twórcy tego spektaklu wrócą do kraju w sobotę. To jednak dopiero początek, by podporządkować się decyzji wojewody, dyrektor odwołał wyjazd do Głogowa ze swoim spektaklem „Orkiestra”, zajęcia edukacyjne Klubu Gońca Teatralnego i występy na scenie Art Cafe Modjeska. Spektakle dla dzieci („Baśń o pięknej Parysadzie i o ptaku Bulbulezarze”) spadły z afisza nawet wcześniej, gdy tylko kuratorium zaleciło szkołom rezygnację z wycieczek.

Czytaj też: Odwołanie zajęć dotyczy tylko uczniów? Szkoły po decyzji ministra

Również Głomb przyznaje: – Najbardziej stracą właśnie wolni strzelcy. Nie tylko aktorzy, ale również scenografowie, choreografowie, reżyserzy, edukatorzy i pedagodzy teatru. – To problem, który trzeba rozwiązać systemowo, ale rozwiązania systemowego, oczywiście, nie ma, bo od lat nikt się tym nie zajmuje. Jak jest dobrze, to projekty się dzieją, są granty, jest życie. Jak jest źle, świat nagle staje... – wzdycha. Jest jednak przekonany, że zapewni byt swoim pracownikom. W jaki sposób? – Nie wiem. Sytuacja jest za świeża i za gorąca, ale nie mogę dopuścić do sytuacji, w której zostawię z problemem etatowych aktorów. Być może przyznam nagrody dyrektorskie, być może zmienimy regulamin wynagradzania.

Głomb, dyrektor publicznego teatru, ma do dyspozycji pieniądze samorządu. Ale Małgosia Pilczuk, aktorka bez dyplomu, która założyła w tym roku objazdowy Teatr Aczemu – wyłącznie pożyczkę bankową. Gdy wróciła na rynek po urodzeniu syna, postawiła wszystko na jedną kartę: zapożyczyła się na 30 tys., by stworzyć teatr edukacyjny. Jej idée fixe brzmiało: traktować z szacunkiem i młodego widza, i zespół, a więc: godziwie płacić. – Założyłam, że przez pierwszy rok i tak nie zarobię z grania, ale przynajmniej ustoimy na nogach. Tymczasem najpierw przydarzył się strajk nauczycieli, przez który wystartowaliśmy z opóźnieniem, a teraz koronawirus.

Już wie, że nie zagra 15 spektakli, a przecież sytuacja może się przeciągnąć. – Mam zagwozdkę: co zrobić z ludźmi, którzy w nas uwierzyli. Martwię się, że oni – aktorzy, graficzka, fotograf, scenografowie, kompozytorka – nie będą mieć na chleb. Pilczuk liczy się z tym, że albo skończy z jeszcze większymi długami, albo będzie robić teatr na kawałku kartonu i szmatce.

Czytaj też: Solidarność w czasach zarazy. Pomagajmy i dajmy pomóc sobie

Upiór w paradokumencie

Używanie mają obsadowcy seriali, chociażby Dominik Fraj: – Odbieram kilkadziesiąt telefonów dziennie od ludzi, którym pozwalniały się wszystkie terminy. Szukają roboty natychmiast i wezmą wszystko. Nawet znani we Wrocławiu aktorzy teatralni nagle godzą się pracować za psie pieniądze i grać w paradokumentach, co dotychczas spotykało się ze środowiskową infamią.

Ale i to źródełko – diagnozuje Fraj – może wkrótce wyschnąć. – Część planów już jest odwołana lub przekładana, zwłaszcza jeśli kręcimy sceny z większą liczbą statystów albo ze starszymi aktorami. Trwają debaty, czy jeżeli mamy do obsadzenia postaci w wieku 50+, to w ogóle powinniśmy kontynuować zdjęcia. Na razie się kręci, choć produkcja zaleca dezynfekcję klamek, poręczy i przycisków, likwiduje szwedzkie stoły w bufecie, zaopatruje plany zdjęciowe w termometry i maseczki. Kierownicy planów zostali też uczuleni, by uważnie obserwować kichających i kaszlących, a tych z gorączką odsyłać do domów.

Czytaj też: Covid-19. Zwięzły poradnik dla skołowanych i zajętych

Również film pomału odczuwa skutki pandemii, o czym najlepiej wie Dariusz Krysiak, nagrodzony w tym roku Orłem (za charakteryzację w „Krwi Boga”) członek Gildii Polskich Charakteryzatorów Filmowych, Telewizyjnych i Teatralnych. Wczoraj jego nowy projekt przełożono z kwietnia na wrzesień. To kameralny obraz, tłumaczy, tu nikogo nie stać na ryzyko przerwania zdjęć w połowie. – Ale myślę, że tych dużych też nie stać. Aktorzy migrują między filmami, techniczne zawody – wózkarze, oświetlacze – też krążą między ekipami. W takich warunkach rozpoczęcie zdjęć byłoby skrajnie nieodpowiedzialne. Taka zwłoka to nie tylko odroczenie wynagrodzenia, ale i organizacyjne pandemonium. Aktorzy mają czasem zajęcia do końca roku, gdy przesuwają się zdjęcia, ich nowy termin może kolidować z próbami w teatrze albo zdjęciami do serialu.

Czytaj też: Polski teatr pilniej przygląda się szkole

Jesus Christ Supersick

Jak na nowo ułożyć grafiki, pytam Cezarego Domagałę, wiceprezesa Związku Artystów Scen Polskich. – Nie wiem – odpowiada prostodusznie. Jego Teatr Rampa od kilku lat gra na wiosnę adaptację broadwayowskiego „Jesus Christ Superstar”, a na małej scenie wystawia spektakle familijne. W tym sezonie wszystko wyprzedało się na pniu, ale decyzji resortu kultury nie wywinie się nawet Nazarejczyk. Szkopuł w tym, tłumaczy Domagała, że ze względów licencyjnych musical LLoyda Webbera i Tima Rice′a mogą grać tylko przed Wielkanocą. Zresztą nawet gdyby nie umowy, sezon mają tak gęsty, że nie wcisną szpilki. – 1 września podaję wszystkim repertuar. Od tego dnia aż do końca czerwca aktorzy dokładnie wiedzą, co będą robić każdego dnia, jaki spektakl grać, jakie próby wznowieniowe się odbędą. To pozwala im zaplanować zajęcia teatralne i dorobić sobie, bo stawki w kulturze nie są wysokie.

Czytaj też: Ile naprawdę zarabiają Polacy

Nie możemy nic przesunąć. Jeśli byśmy przesunęli, to musielibyśmy zdjąć inne spektakle, które też są już wyprzedane. Logistycznie trudno znaleźć lukę. Dyrektor więc duma, a zespół – 19 etatowców i ponad 200 wolnych strzelców – nerwowo czeka. Rampa i tak nie jest w najgorszej sytuacji, przyznaje Domagała. – Rozmawiałem z dyrektorem teatru w Gorzowie, któremu zawieszono działalność już tydzień temu. Na Śląsku wytyczne wojewody idą jeszcze dalej, aktorzy nie mogą nawet robić prób. Wspomniany dyrektor był wczoraj na rozmowie z marszałkiem, któremu tłumaczył trudną sytuację artystów. Odpowiedzialny za kulturę urzędnik skarcił go, że przecież aktorzy powinni się ubezpieczać...

Czytaj także: Koronawirus, czyli ostry test służby zdrowia

Wspólny front

Poznański oddział ZASP wystąpił z listem otwartym do MKiDN, który wymownie zatytułował: „Tragiczna sytuacja artystów w czasie pandemii koronawirusa”. Sygnatariusze proszą o zapomogi i rekompensaty (w wysokości 80 proc.) za odwołane spektakle i zajęcia edukacyjne. „Całe środowisko artystyczne w kraju wierzy, że los kultury i sztuki polskiej oraz polskich twórców niezależnych leży głęboko w sercu Pana Ministra” – piszą.

Podobną prośbę wystosowali aktorzy. „W opinii ZG ZZAP problemy wynikające z obecnej sytuacji pokazują skalę niedofinansowania instytucji kultury, a także niezliczone wady obecnego, w naszej opinii patologicznego, systemu wynagradzania” – czytamy w stanowisku Związku Aktorów Polskich. Zarząd wzywa ministra Glińskiego do działania, alarmując: jeśli krajowi twórcy nie wyjdą na scenę – nie będą mieli za co żyć.

W rozmowie z „Polityką” prezes związku Maksymilian Rogacki wyjaśnia, że choć środowisko toczy teraz spory na temat kształtu ministerialnej pomocy, wiele postulatów przewija się od lat. – Już drugą kadencję trwają rozmowy na temat ustawowego uregulowania statusu artysty, a więc zagwarantowania preferencyjnych składek ZUS. Ten sen się jeszcze nie ziścił. Rogacki sugeruje, by pomyśleć o bezpośredniej pomocy finansowej, choć wie, że to postulat trudny w realizacji. Przywołuje w tym kontekście propozycję Kultury Niepodległej: powołanie funduszu solidarnościowego dla twórców.

Ta ostatnia organizacja też uderza do sumienia ministra. „Odwołanie wszelkich wydarzeń kulturalnych skazuje na wegetację ogromną grupę artystów i animatorek, którzy nie pracują na etatach. I nie mówimy o tych popularnych, znanych, którzy sobie poradzą. Mówimy o prekariuszach i perkariuszkach, którym odebrane zostały jedyne źródła dochodów” – głosi jej odezwa.

Czytaj też: Biznesy słynnych prezenterów telewizyjnych

Gliński odpowiada

Wicepremier wysłał dziś list do twórców. Jest im wdzięczny. Zauważa, że publiczność obserwuje profile artystów w mediach społecznościowych i że mają one siłę wzorotwórczą. „Wierzę, że dacie Państwo przykład, jak w poczuciu obywatelskiej odpowiedzialności za wspólny los sprostać dramatycznemu wyzwaniu, wobec którego wszyscy stoimy. Tak jak to już nieraz bywało w naszej trudnej historii, gdy Wielcy Artyści pełnili rolę duchowych przewodników w czasach próby”.

Sęk w tym, że ci duchowi przewodnicy mają jak najbardziej materialne potrzeby. Nasi rozmówcy są zgodni: minister powinien natychmiast zająć się objawami, a gdy tylko spadnie gorączka: rozprawić się z chorobą, która trawi system zatrudnienia w kulturze nie od wczoraj.

Czytaj też: Prywatne sceny teatralne szukają pieniędzy

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Marzec 2020: Pięć najciekawszych książek dla dzieci

Jak co miesiąc proponujemy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane. A teraz może szczególnie potrzebne.

Sebastian Frąckiewicz
29.03.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną