Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Kultura

„Nie ma i nie będzie”, czyli awantura w Zawierciu

Zdjęcie z okładki „Nie ma i nie będzie” Zdjęcie z okładki „Nie ma i nie będzie” mat. pr.
W awanturze o książkę „Nie ma i nie będzie” skupia się wiele problemów współczesnego dyskursu, stojącego w rozkroku między mediami tradycyjnymi i portalami społecznościowymi.
Okładka książki „Nie ma i nie będzie”mat. pr. Okładka książki „Nie ma i nie będzie”

Z pewnością istnieje jakaś alternatywna rzeczywistość, w której książka „Nie ma i nie będzie” Magdaleny Okraski ukazuje się, udzielane są wywiady, pisane recenzje, pojawia się dyskusja o prowincji i transformacji, może nawet są wyciągane wnioski. I może to wszystko się jeszcze stanie, ale na razie uwagę przyciąga zupełnie niepotrzebna awantura.

Książka Okraski, autorki dobrze przyjętej „Ziemi jałowej” o smętnych realiach poszkodowanego przez transformację ustrojową Zawiercia, ukazała się w serii eseistycznej Wydawnictwa Ha-Art. Okraska związana jest ze środowiskiem „Nowego Obywatela”, kwartalnika „na rzecz sprawiedliwości społecznej”, którego redaktorem naczelnym jest zresztą mąż autorki Remigiusz. „Nie ma i nie będzie” można traktować jak rozwinięcie „Ziemi…”. Tym razem poza Zawierciem, w którym mieszka, Okraska zwiedza inne miasta, „które kiedyś tętniły życiem” – Wałbrzych, Tarnobrzeg, Myszków czy Szczytno; pochyla się także, trochę z innej beczki, bo zahaczając o Warszawę, nad problemem mieszkaniowym dotykającym całej Polski.

Czytaj też: Polska prowincja w literaturze

Tłumaczyć i zapisywać

Autorka deklaruje, że nie interesuje jej opowieść o sukcesie; nie jest więc o tych, co wyjechali, ale o tych, co zostali. Pozwala im się wypowiedzieć, z rzadka te wypowiedzi komentuje czy koryguje; można zatem wysłuchać emeryta narzekającego na to, że Polki w Niemczech „podcierają tyłki esesmanom”. W ten sposób Okraska buduje autorską personę – „zwykła dziewczyna z prowincji” oddaje głos ludowi bez fałszywej troski czy pochylania; pije piwo, zjada schabowe, korzysta z gościny u swoich rozmówców, co ma stawiać ją w kontraście do innych reportażystów. I nie jest to jedyny założony kontrast. Sukces – porażka. Warszawa – prowincja. Liberalne czytelniczki „Wysokich Obcasów” – zwykli ludzie. Chochoły i inne chochoły, uderzenie uprzedzające blurbem.

Ten ton konfrontacji widać było w pierwszych recenzjach i opiniach, skrupulatnie powielanych na Facebooku przez wydawcę: „Nie dostanie nigdy nagrody Kapuścińskiego ani Paszportu »Polityki«. Nie zaproszą jej na galę Nike, nie wydrukują w »Dużym Formacie«, nie będzie się nad jej książką spuszczał napuszony Mariusz Szczygieł”. Szczygieł poczuł się wywołany do tablicy; po książkę sięgnął, docenił celne zdania i potrzebę spisania tych wszystkich historii, ale i przypomniał, że ciemna strona transformacji była opisywana od samego jej początku („Irena Morawska, Anna Fostakowska, Lidia Ostałowska, Elżbieta Mosingiewicz, Włodzimierz Nowak, Marcin Kołodziejczyk i inni poświęcali dokładnie tym tematom dużą część swojego życia”), jak i współcześnie („Zapaść. Reportaże z mniejszych miast” Marka Szymaniaka z Warszawy, „Nie zdążę” Olgi Gitkiewicz z Żyrardowa i „Miasto Archipelag” Filipa Springera z Warszawy, „że wymienię te z ostatnich lat, też ukazują wykluczonych i przegrane miejsca”).

Czytaj też: Literaci w wirtualnym świecie

Moje miasto

Inne zdanie na temat książki mieli pisarz Jakub Żulczyk (wpis na Facebooku) i recenzent „Wyborczej” Wojciech Szot. Ten drugi skupił się na relacji z Wałbrzycha; doszukując się w niej fascynacji brudem i przyjmując wyzwanie – skoro autorka rozgrywa kartę Zawiercia, Szot przyznał się do pochodzenia spod Wałbrzycha. Prowincjonalne korzenie wspomniał też Żulczyk, wracał do nich zresztą w prozie („Wzgórze psów”).

To faktycznie miejsce, w którym następuje pewne pęknięcie – większość Polaków zna te miasta, o których się nie mówi, bo albo w nich się mieszka, albo z nich pochodzi. Reporter zawsze będzie gościem (pamiętam, z jakim niesmakiem odebrałem lekceważącą relację Ziemowita Szczerka z przelotu przez moje rodzinne Police!), nawet jeśli odda głos mieszkańcom i zaprezentuje go bez zniekształcającej obróbki, pozostanie pytanie: dlaczego właśnie im? To, że emocje są prawdziwe, nie znaczy, że emocje mówią prawdę. Czasem ktoś z zewnątrz potrafi dostrzec coś, czego nie widać od środka, czasem coś jednak przeoczy. W odpowiedzi na rozdział o Tarnowie powstał np. bardzo ciekawy wpis na blogu Piknik na skraju głupoty, który nieco dokładniej zagląda pod prostą narrację „przyszedł Balcerowicz i zniszczył”. To, że doszło do takiego dialogu, można uznać za siłę książki – nawet jeśli upraszcza czy myli się w odczytach, funkcją reportaży i eseistyki powinno być wyciąganie tematów na wierzch jako pretekstu do dalszej rozmowy.

Czytaj też: Nowa wieś w polskich książkach

Pyskówka zamiast rozmowy

Ale żeby taka rozmowa była możliwa, trzeba wyjść poza zapieczenie na swoim stanowisku. Tymczasem autorzy negatywnych recenzji książki stali się obiektami ataków, na szczęście słownych. Podważane były intencje recenzentów, pojawiała się narracja o „salonie” (co dziwnie przypomina prawicowych twórców z lat 90. z obsesją na punkcie Michnika i „Wyborczej”); niedźwiedzią przysługę autorce oddał zwłaszcza Remigiusz Okraska, broniąc książki żony w niewybredny sposób, fantazjując o przemocy w stylu Jakuba Szeli. Oliwy do ognia dolewa też Piotr Marecki, wydawca książki, który kolejne odsłony pyskówki czy niezbyt sympatyczne memy „znalezione w sieci” wkleja na Facebooka. Reakcja na dzieło staje się jego ważnym elementem – takie samo podejście stosował po publikacji swojej „Polski przydrożnej” (Czarne, 2020), wrzucając negatywne recenzje z portalu lubimyczytac.pl.

Ktoś, kto patrzy na to wszystko z boku, bez pojęcia o konfliktach w szeroko rozumianym środowisku lewicowym, musi się złapać za głowę – bez wektorowego opisu przepływu żalu i grafu, kto, kogo i kiedy obraził na Facebooku, trudno się zresztą połapać. Bojowe nastawienie – „wiedzieliśmy, że uprzywilejowana Warszawka będzie krytykować!” – nie umożliwia poważnej rozmowy. Zamiast tego na blogach i w przestrzeni felietonistycznej toczy się kolejna odsłona sporu, kto jest prawdziwą lewicą (czy ci, którzy zdradzili ideały, popierając PO, czy ci, którzy w PiS widzą realizację lewicowych wartości, skuszeni ochłapem 500+); sprawdzanie uprzywilejowania (co jest dość komiczne, gdy kłócą się inteligenci), pochodzenia (jesteś z miasteczka? a ja ze wsi!) i związków z prawdziwym ludem pijącym piwo i jedzącym kotlety schabowe.

Dlaczego akurat schabowe? Tego na razie ani z licznych kłótni, ani z samej książki się raczej nie dowiemy. Wiem tylko, że w pobliskim barze w Szczecinie kotlet XXL z kartoflami i surówką kosztuje 20,90. „Głodny nie wyjdziesz!”, obiecuje hasło. Na razie jednak jestem głodny poważnej rozmowy o Polsce, zarówno PRL, jak i III RP. Emocje i resentymenty w niej nie pomagają.

Czytaj też: Inby, czyli pyskówki w sieci

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Obcy bliźniacy. Jak się dziś żyje sobowtórom Putina i Zełenskiego

Podobieństwo do znanych osób bywa lukratywne. Ale w zależności od tego, do kogo jest się podobnym, także niebezpieczne.

Edyta Gietka
28.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną