Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Nie żyje Tony Bennett, ostatnia taka gwiazda. Brzmiał klasycznie, żył z klasą

Tony Bennett (1926–2023) Tony Bennett (1926–2023) Mike Blake / Reuters / Forum
W wieku 96 lat opuścił nas Tony Bennett, być może ostatnia taka gwiazda wśród staromodnych wokalistów. Żył w tempie swoich piosenek. Śpiewał do końca.

Ta kariera wyglądała jak pewien generacyjny model. Urodził się w Nowym Jorku w 1926 r. jako Anthony Dominick Benedetto, rzecz jasna we włoskiej rodzinie. Śpiewał już jako nastolatek, dorabiając sobie w restauracjach, bo w Nowym Jorku czasów Wielkiego Kryzysu rodziny biedniały, a perspektywy artystycznego rozwoju (Tony interesował się malarstwem) zmniejszały się szybko. Ostatecznie talent szlifował, śpiewając w rozrywkowych oddziałach armii amerykańskiej podczas II wojny światowej – dopóki, jak twierdzi legenda, nie umówił się na obiad z czarnoskórym kumplem ze szkoły i przeniesiono go jako nielubianego Włocha prosto na pole walki.

Jako żołnierz brał udział m.in. w wyzwalaniu obozu w Dachau. To doświadczenie – opisane we wspomnieniach jako „fotel w pierwszym rzędzie z widokiem na piekło” – nauczyło go jednego: pozostał zatwardziałym pacyfistą, podobno był jako artysta elastyczny, ale sprawiał trudności, ilekroć próbowano go wpisać w jakiś militarny kontekst.

Tony Bennett nie przepracował ani dnia

Zauważony po wojnie przez telewizyjnego gwiazdora Boba Hope’a i ściągnięty do występów na małym ekranie, skrócił nazwisko do prostszego – Tony Bennett – a później podpisał kontrakt z Columbia Records i zaczął nagrywać standardy, które szybko na początku lat 50. zrobiły z niego gwiazdę. Ale to nie hity z początku kariery, tylko albumy w jazzowo-orkiestrowych aranżacjach z przełomu lat 50. i 60. warto sobie odkurzyć przy okazji smutnego pożegnania: jego nagrania u boku Counta Basiego albo płyta „I Left My Heart In San Francisco” to wybitne przykłady bigbandowej wokalistyki tamtej epoki. Tytułowa piosenka z tego albumu przyniosła Bennettowi dwie nagrody Grammy, jego pierwszy wyprzedany wieczór w Carnegie Hall, zrzeszenie amerykańskich wydawców muzycznych RIAA umieściło jego wykonanie na liście najwybitniejszych piosenek XX w., a w San Francisco wystawili za nie po latach nowojorczykowi pomnik z brązu.

Z czasem oczywiście jego muzyczną półkę z list bestsellerów wyparły kolejne gatunkowe inwazje, Bennett pozostał jednak dziarskim przykładem pozytywnie myślącego bohatera rynku muzycznego. Nie rozpaczał, pracował, choć podchodził do tego z lekkością i dystansem. „Nie przepracowałem dnia w swoim życiu” – żartował, odgrażając się w wywiadach, że nigdy nie pójdzie na emeryturę, bo chce udowodnić, że w wieku stu lat można śpiewać jak 45-latek.

Był też mentorem dla innych. Michael Buble – jeden z odnowicieli tej samej amerykańskiej tradycji wokalnej – poprosił go kiedyś o poradę zawodową. „Kradnij od wszystkich. Jeśli kopiujesz jednego, to złodziejstwo, ale jeśli od wszystkich – to tylko research” – usłyszał od Bennetta, który sam powoływał się na staranny research w repertuarze Sinatry, Presleya i Deana Martina. Choć ten pierwszy – co potwierdzał – zazdrościł mu umiejętności, uważając za najlepszego z żyjących wokalistów.

Czytaj też: Król festynów, czyli Elvis według Luhrmanna

Robił to, co lubił

Przez ostatnie dekady Bennett robił z grubsza to, co lubił, czyli dostarczał ludziom rozrywki. Notując przy tym regularne powroty – to w latach 80., kiedy wrócił do ulubionej Columbii, to znów w roku 1995, gdy wpisał się w modę na koncerty „bez prądu” i odebrał Grammy za nagranie „MTV Unplugged”. Wspominał go kilka lat temu na naszych łamach (w rozmowie z Danielem Passentem) Wojciech Fibak, który kiedyś podróżował samolotem Donalda Trumpa, a lecący obok Tony Bennett dopytywał, czy wiszący w samolocie obraz Renoira to oryginał (oczywiście nie był). Bennett był przez ostatnie dekady życia tym, kim zostawał każdy crooner – obwoźną atrakcją dla wyższych sfer. W Las Vegas śpiewał jeszcze jako 93-latek, choć wcześniej – w 2016 r. – zdiagnozowano u niego Alzheimera.

Profesję croonera – wokalisty z piękną barwą dobrze wypadającą w kontakcie z mikrofonem i klasycznym repertuarem amerykańskich standardów (Bennett potrafił długo opowiadać o intymności śpiewania, którą to oznaczało) – wyparli z wielkich scen piosenkarze o innej ekspresji, a przy tym często autorzy własnego repertuaru. Bennett i z tym sobie poradził – w ostatnich dekadach życia wymyślał się na nowo jako sędziwy wykonawca duetów, nagrywający z Dianą Krall, Lady Gagą, Amy Winehouse czy k.d.lang. A także z Paulem McCartneyem, George’em Michaelem i Eltonem Johnem. Ze stylem i aktywnie do ostatniej chwili.

„Tony pozostawił nas dziś, ale przecież ledwie parę dni temu siedział przy fortepianie i jako ostatnią piosenkę w życiu zaśpiewał swój pierwszy hit: »Because of You«”. W 1951 r. nagrał ją dla Columbii i przez dziesięć tygodni nie schodziła z pierwszego miejsca listy „Billboardu”. Inne czasy, inne tempo, może nawet inna wrażliwość, ba – inny głos, bo barwa Bennetta od tamtej pory mocno się obniżyła. Tylko klasa przez ponad 70 lat niezwykłej kariery ta sama.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Kolejny zjazd Lewicy. Tkwi w pułapce, a przed nią scenariusze złe i jeszcze gorsze

Pokiereszowana w kolejnych wyborach Lewica już wie, że kręci się w kółko i w najlepszym razie czeka ją dalszy dryf. Ale kręcić się będzie nadal, bo ma do wyboru jedynie scenariusze złe i jeszcze gorsze.

Rafał Kalukin
16.04.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną