Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kultura

Komu potrzebny nowy „Harry Potter”? W świecie magii nie ma miejsca na rewolucję

Zamiast kinowych widowisk otrzymamy serial telewizyjny o przygodach Pottera i spółki. Zamiast kinowych widowisk otrzymamy serial telewizyjny o przygodach Pottera i spółki. mat. pr.
„Harry Potter z Temu” – to typowa reakcja na zwiastun nowej adaptacji serii książek o młodym czarodzieju autorstwa J.K. Rowling. Zamiast kinowych widowisk – serial telewizyjny. To, co w 2001 r. zmieściło się w dwóch i pół godziny, teraz będzie rozwleczone na cały sezon.

Część odbiorców z góry podjęło decyzję o nieoglądaniu serialu. To kwestia ludzkiej przyzwoitości. W czasach prześladowań osób trans przez władze i instytucje (jak MKOl) jakiekolwiek wspieranie transfobicznej aktywistki J.K. Rowling zwyczajnie nie mieści się w głowie. Zatwardziali fani franczyzy nie potrafią jednak zdobyć się na takie poświęcenie, można więc będzie usłyszeć o „oddzielaniu autora od dzieła”, przywiązaniu do magii dzieciństwa i inne wykręty. Tyle sieciowy komentariat – większość ludzi serial pewnie obejrzy, nie przejmując się niczym, tak jak nie przejmują się innymi problemami współczesnego świata.

Zemsta i kasa

Wątek toksycznej autorki jest dość istotny dla zrozumienia, dlaczego w ogóle powstał nowy serial. Nie jest to przecież sytuacja podobna do przypadku adaptacji „Lśnienia”. Stephenowi Kingowi nie podobały się odstępstwa od oryginału, jakie w swoim wybitnym przecież dziele poczynił Stanley Kubrick, i nie spoczął, dopóki nie przedstawił światu swojej wersji w postaci miniserialu (o którym dziś chyba nikt nie pamięta).

Tymczasem kinowe przygody małego czarodzieja były stworzone z szacunkiem dla oryginału; odstępstwa były podyktowane koniecznymi skrótami. Uprawniona wydaje się teza, że to filmy wywindowały popularność cyklu z ulubionych książek młodych ludzi z przełomu wieków do popkulturowej ikony. Dopiero na planie filmowym zmaterializował się cały magiczny świat, z detalami, o których nie śniło się autorce. To na ich podstawie powstały zabawki, takie jak klocki Lego, twarze młodych wówczas aktorów wciąż znajdują się na pudełkach. Rzecz w tym, że Daniel Radcliffe czy Emma Watson głośno dystansują się od poglądów Rowling. Serial, którego jest producentką, jest więc okazją, żeby zastąpić ich nowymi dzieciakami.

Drugim powód jest prozaiczny – pieniądze. Nie wypaliły próby rozbudowy świata czarodziejów; seria kinowych prequeli nie zdobyła uznania ani widzów, ani krytyków. Wytwórnia stawia więc na nostalgię, licząc na powrót milenialskiej widowni. Nastąpiła zmiana kulturowa – ludzie przestali wyrastać ze swoich dziecięcych zainteresowań. Pokazał to doskonale skecz z filmu „Wielkie kino”, w którym podstarzały Potter wciąż uczęszcza do magicznej szkoły Hogwart.

Potter powraca

Zapowiedź serialu uderza brakiem wyobraźni – wszystko wygląda tak samo, zmieniły się tylko twarze i styl opowieści. To zamierzony efekt – stroje i dekoracje muszą być spójne z parkami rozrywki Universal Studios, które pozwalają odwiedzić znane z kina lokacje. Nie było miejsca na rewolucję w magicznym świecie, najwyżej na kosmetyczne zmiany.

Zmienił się za to ton opowieści. Pierwsze dwa filmy reżyserował geniusz dziecięcego kina Christopher Columbus, który doskonale zrozumiał klimat tych tomów. Trzeba podkreślić, że „Harry Potter” nie jest cyklem fantasy, a przynajmniej nie cały – pierwsze tomy to magiczna satyra w stylu książek Roalda Dahla, takich jak „Matylda” czy „Charlie i fabryka czekolady”. Stąd karykaturalne postacie i przesadzone sytuacje (biedny osierocony Harry mieszka u ciotki pod schodami, a jego kuzyn dostaje setki prezentów), które Columbus oddał w idealny sposób.

Książki miały dorastać z czytelnikami, ostatnie tomy to już klasyczne (aczkolwiek słabo przemyślane) fantasy. Podobnie było z filmami – trzecia część była jeszcze magiczną przygodą w reżyserii Alfonso Cuaróna, czwarta to szczyt idei „cool Britania” (kogo tam nie ma – Jarvis Cocker z Pulp, David Tennant z „Doktora Who”, młody Robert Pattinson!), ale kolejne były już smętnym i ponurym „young adult” pozbawionym kolorów. To dziwne, że serial zaczyna się w takim wyblakłym stylu; zamiast w satyrze Dahla znajdujemy się w społecznym nurcie w rodzaju serialu „Dojrzewanie”. Nie wygląda to na coś kręconego z myślą o młodym odbiorcy, raczej o dorosłych, którzy wciąż widzą siebie w dziecięcych bohaterach.

Czytaj też: Jak ożywić Hogwart. 20. rocznica filmu „Harry Potter i kamień filozoficzny”

Kolor magii

Młodziutcy za to są nowi aktorzy (nowy Potter, Dominic McLaughlin, mógłby zagrać Pucia), wydają się znacznie delikatniejsi niż ich filmowe odpowiedniki. Nic dziwnego, musi ich starczyć na długo, nie mogą za szybko wyrosnąć – serial ma przecież opowiedzieć wszystkie tomy. Czy to rozsądne wiązać młodych ludzi w takim dużym przedsięwzięciu? Jedynym etycznym rozwiązaniem wydaje się adaptacja animowana; doskonałym przykładem jest wybitna japońska „Ania z Zielonego Wzgórza” z 2025 r. (dostępna w serwisie Crunchyroll), medium pozwalało bez problemu pokazać dorastanie bohaterki. O potrzebie chronienia młodych aktorów mówią wszyscy krytykujący nowy serial, ale jest już za późno – Arabella Stanton przejmująca po Emmie Watson rolę przemądrzałej Hermiony już stała się obiektem rasistowskich ataków.

Rasiści aktywowali się też przy okazji obsadzenia czarnoskórego aktora Paapa Essiedu w roli Severusa Snape’a, którego w kinowej wersji odegrał blady i pociągająco oślizgły Alan Rickman. Ale nie tylko oni uważają tę decyzję obsadową za kontrowersyjną. Prawdopodobna wydaje się hipoteza, że ten śmiały krok celowo miał zantagonizować odbiorców (i odciągnąć uwagę od problematycznej autorki); wątpliwości budzą też implikacje.

Książkowy i filmowy Snape był typowym incelem, który po odrzuceniu przez dziewczynę zapisuje się do faszystowskiej organizacji i de facto doprowadza do śmierci ukochanej, co potem musi odpokutować. Autorka ma dla niego wiele sympatii, pokazując go jako ofiarę szkolnej przemocy. W serialowej wersji trudno będzie uniknąć skojarzeń z prześladowaniem na tle rasowym, co akurat może okazać się zbawcze; w miejsce dość ohydnego „współczucia dla incela” twórcy mają szansę pokazać złożoną postać podobną Heatcliffowi z „Wichrowych Wzgórz”. O ile projekt nie zostanie wcześniej skasowany.

Lepsza akademia

Dzisiejsze plany są jutrzejszymi odwołanymi planami. Paramount ogłosił właśnie, że nie powstanie trzeci sezon serialu „Star Trek: Akademia Gwiezdnej Floty” (wyemitowano dopiero pierwszy, a drugi powstawał jednocześnie z nim). Rzecz została doceniona przez krytykę, chodzić więc może o kwestie polityczne. To duża strata – to serial będący kompletną antytezą „Harry’ego Pottera”. Zamiast uciekania w nostalgię – zmierzenie z przyszłością, zamiast konserwatywnego myślenia magicznego – wiara w progres zarówno techniczny, jak i społeczny. Zamiast dzieci – młodzi ludzie; zamiast przemocy – dojrzałe próby rozwiązywania konfliktów.

Jest to przede wszystkim serial, który w coś wierzy, co znowu jest przeciwieństwem Pottera, który walczył o zachowanie status quo w duchu trzeciej drogi Tony’ego Blaira. Utopijna wizja klasycznego „Star Treka”, która niosła nadzieję 50 lat temu, dziś nie jest taka prosta. „Akademia Gwiezdnej Floty” dzieje się w odległej przyszłości, po wielkiej katastrofie, gdzie trzeba na nowo nauczyć się sobie ufać i odbudować świat. To bardzo ambitne – łatwo pokazać utopijną przyszłość, trudniej to, w jaki sposób powstała. A jeszcze łatwiej zamknąć oczy i wyobrażać sobie, że wszelkie zło pokona magiczna różdżka.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Czynsze grozy. Są takie bloki, które zamieniły się w miejsca walk. Podwyżki, straszenie sądem, finansowa panika

Wspólnoty mieszkaniowe zaczęły masowo powstawać w Polsce 30 lat temu. Były jak powiew wolności: małe środowiska rządzące się przejrzystymi, demokratycznymi zasadami. Dziś to tylko wspomnienie. Demokracja wynaturzona, zarząd jak dyktatura, kontroli państwa brak.

Marcin Kołodziejczyk
06.03.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną