Recenzja filmu: „Żona policjanta”, reż. Philip Gröning
Piękna, delikatna więź matki z córką oraz toksyczna żony z mężem.
Piękna, delikatna więź matki z córką oraz toksyczna żony z mężem.
Film skierowany do wybranej widowni ma konstrukcję otwartą, dzieli się na epizody.
Nad pełnym rozmachu widowiskiem wyraźnie ciąży ideał wielokulturowości i etnicznego pojednania.
Prawdziwy melodramat o dojrzałych, starszych ludziach, którzy próbują poukładać swoje życie na nowo.
Kino familijne w dobrym wydaniu, z nieprzemijającym przesłaniem, że dobro bywa nagradzane, a zło ukarane i każdy może kiedyś zostać zaproszony na bal, który odmieni jego życie.
Kreacjoniści mogą odetchnąć, chorzy na raka też.
Mamy mocnego kandydata do przyszłorocznych Oscarów.
To jeden z najbardziej zaskakujących filmów ostatnich lat, choć sądząc po streszczeniu, można mieć co do tego pewne wątpliwości.
To jeden z najbardziej szalonych i przykrych w oglądaniu filmów, które warto jednak polecić.
Prosty film o ludzkiej godności.
Akcja toczy się w Polsce lat 90., lecz ta Polska przypomina Amerykę z filmów amatorskich przesyłanych kiedyś przez krewnych rodakom w kraju.
Reżyserka zaszkodziła nie tylko sobie, ale i pisarce, odsłaniając całą mizerię jej bestselleru.
Film opowiada o niszczycielskim wpływie przemocy.
Kto gustuje w humorze absurdalnym, może w czasie seansu parę razy się uśmiechnąć.
Wachowscy błysnęli poczuciem humoru i mogą go rozwijać w popularną serię.
Wszystko jest idealnie rozpisane, dopasowane, co sprawia wrażenie irytującej sztuczności.
Połączenie pozornie dalekich tropów zaowocowało piękną, nostalgiczną opowieścią, która niespodziewanie wygrała dwa lata temu festiwal w Wenecji.
Na pytanie, czy można zrobić ambitny melodramat i jednocześnie zadowolić walentynkowe gusta, odpowiedź nie jest aż tak trudna.
O takich filmach zwykło się mówić ckliwy, przesłodzony, konwencjonalny, wymuszający współczucie.
Prokurator Teodor Szacki powraca na ekrany, i to pod postacią męską, tak jak prezentuje się w książkach Zygmunta Miłoszewskiego.