Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Nauka

Dieta intermittent fasting, czyli post przerywany, nie działa – wynika z badań

Intermittent fasting (IF), czyli post przerywany. Czy ta dieta działa? Intermittent fasting (IF), czyli post przerywany. Czy ta dieta działa? Sewcream / PantherMedia
Naukowcy zadali jeszcze jeden cios w modną dietę. Kolejną, która nie wytrzymała próby czasu… Czy można się zatem odchudzić, żeby nie najeść się wstydu i nie stracić zdrowia?

Drzewa się zielenią, ptaki coraz głośniej śpiewają, a dziennikarki z kobiecych magazynów zastanawiają się, jakimi nowymi dietami odchudzającymi podbić serca – i wypełnić żołądki – swoich czytelniczek. A więc przyszła wiosna! – Najlepsza pora na odchudzanie – nie kwestionowała tego prof. Barbara Zahorska-Markiewicz ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, zmarła przed czterema laty prezes Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością, która przez długie lata zawodowej kariery lekarskiej naukowo i praktycznie pomagała pacjentom mądrze tracić na wadze. Dlaczego o tej porze roku odnosili większe sukcesy? – Chętniej jemy warzywa i owoce, więcej ruszamy się na świeżym powietrzu. Taka zmiana stylu życia dużo bardziej pomaga w zrzuceniu kilogramów niż całoroczny reżim niejednej cudownej diety – uzasadniała pani profesor.

Czytaj także: Jedz mniej, bramy raju są wąskie

Wiosną pojawia się też lepsza motywacja, niezbędna do rozpoczęcia heroicznej walki o szczupłą sylwetkę: czy wcisnę się w krótkie spodnie, jak będę wyglądać w stroju kąpielowym, przecież nie wyjdę na plażę z takim brzuchem! Ponoć względy estetyczne są najważniejsze dla kobiet przy podejmowaniu decyzji o odchudzaniu. Natomiast mężczyźni mobilizują się dopiero wtedy, gdy otyłość zagraża ich zdrowiu.

Dieta na zamówienie

Mnogość diet nie idzie w parze z ich skutecznością. Gdyby rzeczywiście była jedna taka, która bez większych poświęceń i na dłuższą metę pozwalałaby trwale schudnąć, niepotrzebne byłyby inne. Pamiętam swoją wędrówkę po księgarniach w 2017 r. w poszukiwaniu inspiracji do artykułu, który dotyczyć miał właśnie różnych sposobów odchudzania (ukazał się pod tytułem „Ciężka choroba”, bo otyłość jest chorobą, choć mało kto ją za taką uznaje). W Empiku w sprzedaży było wtedy 311 pozycji na temat różnych sposobów odchudzania: „Adios kilogramos”, „Jedz pysznie, chudnij cudnie”, „Dieta paleo”, „Dieta Buddy”. Na półkach pysznie prezentowały się też kolejne wydania książek Atkinsa, kliniki Mayo, Montignaca, Dukana, Strażników Wagi. Po pięciu latach nakład niektórych tytułów się wyczerpał, zastąpiono więc je nowymi pomysłami, wcale nie lepszymi. Interes dla wydawców i pomysłodawców nowych cud-diet kręci się nadal, a czytelnicy dostają rozdwojenia jaźni – po prawej stronie regału „Bądź fit” i dieta Jezusa („Co mógł jadać Jezus? Biblijna recepta”), a po drugiej przepisy na torty i desery. Ten sam azymut obrały zresztą pisma adresowane do kobiet, które regularnie wystawiają swoje czytelniczki na trudną próbę charakteru: na pierwszej stronie wywiad z modelką, która znowu schudła, na kolejnej artykuł o smukłych nogach celebrytek, zaś w środku prezentacja nowej diety, a na końcu przepisy kulinarne na tuczące smakołyki. Tak kręci się ten interes: odchudzaj się i tyj, tyj i odchudzaj się.

Tymczasem w odchudzaniu nie ma cudów – powiadają lekarze zajmujący się leczeniem powikłań otyłości. Aby schudnąć, musi być ujemny bilans energetyczny. Można go osiągnąć, stosując dietę niskokaloryczną, do tego ruch, a przede wszystkim wytrwałość. Walka z tuszą to walka poniekąd z własnymi przyzwyczajeniami, walka ze sobą. Ale najlepiej pod kontrolą specjalisty, by wiedzieć, jak się samemu nie oszukiwać. Większość amatorów diet poprzestaje bowiem na drobnych kłamstewkach i samemu wymierza sobie karę – przez trzy godziny nie zjem pięciu pysznych batonów! W efekcie po trzech godzinach rzeczywiście pięć batonów jest nienaruszonych. Ale w czwartej godzinie znika ich siedem.

Czytaj także: Mit superdiety

Pułapki jedzenia z zegarkiem

Mody na wiosenne diety przemijają co sezon – bo kiedy za ich analizę zabierają się naukowcy, wychodzą na jaw ich mizerne efekty, zniechęcające potencjalnych zwolenników początkowo nastawionych do nich entuzjastycznie. To czasem trudne, by ocenić w badaniach klinicznych przydatność wymyślnych autorskich pomysłów odżywiania, gdyż o metabolizmie decyduje mnóstwo czynników, których nie da sprowadzić w badanej populacji do wspólnego mianownika. Trudno przeprowadzać takie kontrole na dużej liczbie uczestników z wystandaryzowanymi parametrami, na które wpływ ma przecież ogromna liczba czynników środowiskowych i genetycznych.

Ale czwartkowy „The New England Journal of Medicine” (NEJM) przynosi artykuł na temat zakończonego badania, w którym chińsko-amerykański zespół endokrynologów i epidemiologów oceniał przydatność tzw. diet redukcyjnych. W tym wypadku przez rok sprawdzano, czy ograniczenie przyjmowania posiłków do określonych godzin w ciągu dnia ma sens. Odpowiedź: nie ma. Osoby zamierzające odchudzić się w ten sposób nie straciły na wadze więcej niż te, które jadły o dowolnej porze.

Czy jest coś zaskakującego w tym podsumowaniu? Na logikę – nie. Ale najwyraźniej hipoteza, by odchudzać się, redukując codzienne żywienie do wyznaczonych sześciu godzin, jest na tyle atrakcyjna, że zyskała rzeszę zwolenników. W praktyce chodzi tu o dietę z przerywanym postem – 139 pacjentów z otyłością mogło jeść posiłki tylko między godz. 8 a 16, z ograniczeniem liczby przyjmowanych kalorii (1500–1800 kcal dziennie dla mężczyzn i 1200–1500 kcal dziennie dla kobiet).

Czytaj także: Dlaczego ludzie tyją, skoro chcą być szczupli?

Owszem, badani stracili 6–8 kg, ale zarówno ci, którzy przestrzegali wyznaczonych ram czasowych na jedzenie, jak i ci, którzy jedli zaraz po obudzeniu się i później niż wczesnym popołudniem. Nie było też istotnych różnic między obiema grupami w pomiarach obwodu talii ani tkanki tłuszczowej.

Co ciekawe, w „New York Timesie” można znaleźć omówienie naukowej publikacji z „NEJM” i artykuł ten przytacza wypowiedź dr. Ethana Weissa z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco, który jako kardiolog od lat zajmuje się wpływem dietetyki na serce i był ostatnimi wynikami dość mocno zaskoczony. „Mieliśmy sygnały z poprzednich badań, ale krótszych i na mniejszą skalę, bez udziału grup kontrolnych, że ludzie tracili na wadze, jedząc tylko przez ograniczony czas w ciągu dnia” – przyznał (ponoć on sam wyznawał do tej pory tę zasadę i przez siedem lat jadał tylko między południem a godz. 20). „Poprosiłem statystyków o czterokrotną analizę ostatnich danych, dopóki nie powiedzieli mi, że dalsze prace nie zmienią wyników” – wyznał.

Z kolei inny rozmówca dziennika dr Christopher Gardner, dyrektor ds. badań żywieniowych w Stanford Prevention Research Center, stwierdził, że nie byłby zdziwiony, gdyby od czasu do czasu ograniczanie jedzenia do kilku godzin dziennie działało: „Prawie każdy rodzaj diety przynosi dobre skutki niektórym ludziom. Ale nowe badania potwierdzają, że zwykłe zmniejszenie dziennego spożycia kalorii w celu utraty wagi to sposób najlepszy”. Inaczej mówiąc – każdy sposób jest dobry, jeśli wiąże się z ograniczeniem liczby kalorii. Skoro ktoś potrafi je ograniczać tylko z zegarkiem w ręku, czyli jedząc w wyznaczonych porach, nie za wcześnie, nie za późno, to nie ma sensu go od tego odwodzić – ale to kwestia zmniejszonego ładunku kalorii, że chudnie, a nie tajemniczy wpływ pór dnia.

Czytaj także: Genetyczna mapa otyłości. Skąd się biorą grubi ludzie?

Otyłość się leczy, nie odchudza

Nie należy bowiem lekceważyć czynnika psychologicznego. Jak mówi w „New York Timesie” dr Louis J. Aronne, dyrektor Centrum Kompleksowej Kontroli Wagi z Weill Cornell Medicine w Nowym Jorku, z jego doświadczeń wynika, że niektórzy pacjenci mający problemy z dietą polegającą na liczeniu kalorii lepiej sobie radzą, jeśli każe im się jeść tylko podczas ograniczonego czasu w ciągu dnia.

Znów podpowiada logika, że ryzyko podjadania jest wtedy mniejsze, a dla żadnego dietetyka ani osoby próbującej schudnąć nie jest tajemnicą, że snaki i rozmaite przegryzki między głównymi posiłkami to największe zmory i sojusznicy tycia. Stąd bierze się słynny efekt jo-jo, a w konsekwencji zniechęcenie do podejmowania kolejnych prób zapanowania nad tuszą i powikłania zdrowotne, bo kilogramów wciąż przybywa.

Czytaj także: Pusto w brzuchu, chudo w głowie, czyli jak nie zgłupieć na diecie

Dlatego według prof. Magdaleny Olszaneckiej-Glinianowicz, prezeski Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością, już samo pojęcie „odchudzanie” nie ma nic wspólnego ze zdrowiem: – Odchudzanie, które po szybkiej utracie masy ciała powoduje jej szybki ponowny przyrost, skutkuje niekorzystnymi zmianami składu ciała (zwiększenie odsetka tłuszczu) i często również rozwój powikłań otyłości. W wielu przypadkach przynosi niedobory pokarmowe lub powikłania spowodowane nadmiarem niektórych składników pokarmowych w diecie.

Lekarze muszą często sobie radzić ze skutkami odchudzania na dietach wysokotłuszczowych lub wysokobiałkowych. – Co więcej, zmiana składu ciała i zmniejszenie wydatku energetycznego w wyniku obniżania się masy mięśniowej powodują, że skuteczne leczenie choroby staje się coraz trudniejsze – dodaje prof. Olszanecka-Glinianowicz. Jej zdaniem do chirurgów bariatrów najczęściej trafiają właśnie ofiary „przemysłu odchudzania”.

Więc co zamiast? Leczenie otyłości! Bo kuracja odchudzająca częściej bywa szkodliwa dla zdrowia, jeśli ktoś robi to na własną rękę lub poddaje się rozmaitym modom.

Czytaj także: Otyłość, czyli ciało dużo za duże. Historia znikania

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Gerhard Schröder, towarzysz Putina. Toksyczny związek na dobre i złe

Były kanclerz Gerhard Schröder, który wciąż nie wyrzekł się przyjaźni z gospodarzem Kremla, jest symbolem wszystkich niemieckich problemów z Rosją. Ale wcale nie najgorszym.

Marek Orzechowski
19.05.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną