Kto się boi Mercosuru? Prawdziwych rolników trzeba chronić przed PiS i Konfederacją
Nikt bowiem w Polsce tego nie wie, chociaż na wsparcie rolnictwa płyną ogromne pieniądze zarówno z Unii, jak i z naszego krajowego budżetu. Wiadomo, ile osób dostaje unijne dopłaty do każdego hektara, jest ich blisko 1,3 mln. To jednak wcale nie znaczy, że wszystkie one są rolnikami. Z rolnictwa utrzymuje się zaledwie jedna trzecia. Dopłaty otrzymują bowiem ci, którzy są właścicielami gruntów rolnych, ale większość tej swojej ziemi nie uprawia. Oddali ją w dzierżawę prawdziwym rolnikom. Dopłaty jednak zostawiają sobie, korzystają ze wsparcia, które im się nie należy.
Czytaj także: Mercosur: UE zgadza się na umowę. Meloni zyskała, Macron w narożniku, Polska przeciw
Dzierżawy są nieformalne, ale wszyscy o nich wiedzą. Pierwszy wniosek jest taki, że część pieniędzy z budżetu Wspólnej Polityki Rolnej nie wspiera polskiego rolnictwa, tylko tych, co mają ziemię. Prawdziwi rolnicy w ramach WPR dostają więc wsparcie mniejsze, niż się z pozoru wydaje, większość środków idzie do nierolników. To nie jest wina Unii, tylko naszych polityków, którzy w ten sposób „kupują” głosy wyborcze od dnia dołączenia do Wspólnoty.
Mały nie zarabia
Taka polityka przysparza popularności partiom, które rozdają pieniądze, ale utrwala na wsi skansen. Hamuje rozwój rolnictwa i wzrost jego konkurencyjności. Czy można się dziwić, że formalni właściciele ziemi nie chcą jej sprzedać, skoro każdego roku mają z tego skromny, ale jednak dochód? Kilka tysięcy złotych piechotą nie chodzi.
Ważniejsze jest jednak to, że posiadanie kawałka gruntu ornego, wystarczy jeden hektar, uprawnia ich do należenie do KRUS, co w przyszłości przyniesie emeryturę niewiele niższą niż z ZUS, ale za kilkakrotnie niższe składki. I kolejny przywilej – taki pseudorolnik nie płaci podatku PIT. Rolnicy, którzy zablokowali Warszawę, doskonale o tym wszystkim wiedzą, ale głośno o tym nie mówią. Lepiej nie narażać się sąsiadom.
Więc gospodarstwa rolne w Polsce są malutkie, średnia powierzchnia wynosi 11,7 ha. Mając tak mało gruntu, nie można prowadzić gospodarstwa rolnego z prawdziwego zdarzenia, które ma szansę konkurować ceną. Ich wielkość z czasem prawie się nie powiększa, skoro posiadacze gruntów ani myślą się ich pozbywać.
Czytaj też: Czy Mercosur nas zje? Rząd PiS nie miał uwag. To małżeństwo ze strachu, wesela w UE nie będzie
Duzi się boją
To, że nasze rolnictwo mimo to po wejściu do Unii dynamicznie zwiększyło eksport, jest zasługą 300–400 tys. gospodarstw dużych, w części, czasem w większości, uprawiających nieswoją ziemię. Polski rolnik nie ma bowiem prawa być właścicielem gruntów większych niż o powierzchni 300 ha. Tak zdecydowali politycy.
To za mało, żeby być konkurencyjnym, więc dzierżawią ziemię od tych, którzy ziemię mają, ale jej nie uprawiają. I płacą za to unijnymi dopłatami, które pobierają ich prawni właściciele.
To w te gospodarstwa uderzają niskie światowe ceny zboża, to one obawiają się, że po wejściu w życie umowy z krajami Mercosuru (Brazylia, Urugwaj, Paragwaj, Argentyna) okażą się niekonkurencyjne. Stracą polski, ale też unijny rynek. Te gospodarstwa do niedawna dzierżawiły też ziemię państwową, ongiś należącą do PGR, teraz im Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa tę ziemię odebrał, żeby podzielić grunt między małych rolników. To skutecznie obniżyło konkurencyjność polskiego rolnictwa. Więc prawdziwi rolnicy Mercosuru się boją.
Prezydent przed Konfederacją nie uchroni
Blokujący Warszawę rolnicy uzyskali od prezydenta Nawrockiego obietnicę, że ich uchroni przed zgubnym działaniem umowy z Mercosurem. Nie wiadomo, w jaki sposób, bo przed zalewem rynku UE argentyńską wołowiną czy brazylijskimi kurczakami chronią ich już klauzule ochronne. Czyli zapisy umowy mówiące, że gdyby ceny na naszym rynku na skutek nadmiernego importu spadły bardziej niż o 5 proc., to mogą wrócić cła. Ale ilości importowanej żywności mają być ściśle limitowane, kontyngenty bezcłowe lub z niskimi cłami są niewielkie. Jest czas, aby się do konkurencji przygotować. Argentyńskie steki z bydła, wypasanego w naturze, na prawdziwych pastwiskach, pozostaną towarem trudno dostępnym.
Jeśli więc prawdziwym rolnikom mogłaby pomóc ochrona prezydenta, to raczej przed polityką partii takich jak PiS czy Konfederacja, których działacze żądali „rozkułaczenia” dużych dzierżawców i podziału państwowej ziemi między drobnych rolników. To oni krzywdzą prawdziwych rolników.
Czytaj także: Bruksela przyjęła umowę z Mercosurem. Ale jak udobruchać Paryż. I Warszawę
Konsumenci też nie chcą przepłacać
Na umowę z Mercosurem należy spojrzeć nie tylko oczami rolników, ale wszystkich unijnych konsumentów. Po pandemii ceny żywności ostro poszły w górę, udział kosztów jedzenia w budżetach domowych zwiększył się, poziom życia wielu rodzin się obniżył. Unijni konsumenci chętnie więc kupią żywność – pod warunkiem że unijne standardy jej jakości będą przestrzegane – która będzie dobra i tańsza.
Polskie rolnictwo boi się taniej konkurencji i słusznie. Bo w gospodarstwie o wielkości 20 ha nie da się produkować tanio, i to nie jest kwestia liczby wysypanych nawozów. Zalewaliśmy unijny rynek polską żywnością, bo była tańsza. Nie zadbaliśmy o to, by unijni konsumenci poznali polskie marki, smaki regionalne, nie wypromowaliśmy ich. Więc nie dziwmy się, że Włosi, także mający rozdrobnione rolnictwo, umowy z Mercosurem się nie boją i premier Meloni, z którą ponoć nasz prezydent ma tak dobre stosunki, namowom, aby jej kraj ją zablokował, nie uległa. Włosi liczą, że parmezanu i wypromowanych na świecie regionalnych smakołyków sprzedadzą w Ameryce Południowej więcej. I nie boją się, że zaleje ich argentyńskie wino.
Dzisiaj polscy rolnicy protestują przeciwko umowie z Mercosurem, ale cały czas obawiają się także żywności ukraińskiej. Obawiają się każdej konkurencji. Prawdę mówiąc, chcielibyśmy nadal zarabiać na sprzedaży płodów swojego rolnictwa innym krajom, ale jednocześnie zmusić Unię, aby zablokowała rynek Wspólnoty przed tymi, którzy będą dla nas stanowić konkurencję. Prezydent Nawrocki może rolnikom to obieca, ale dotrzymać nie jest w stanie.